#CS8kp

Mam 23 lata i odkąd skończyłam 17, wpadłam w paranoję prześladowczą. Wracałam do domu okrężnymi drogami, by "zmylić tego, co mnie śledził". Przestałam jadać w restauracjach. Ogólnie miałam status "wariatki Stalinowej" wśród znajomych. Paczka, a wraz z nimi mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa mieli z tego ubaw, ale kiedy zobaczyli, że schorzenie jedynie mi się pogłębia, namówili mnie po długim czasie na terapię. I wszystko pięknie ładnie, jakieś tam efekty były.

W końcu rzeczony przyjaciel z dzieciństwa zabrał mnie do jakiegoś klubu, by spędzić miło czas. Sęk w tym, że ja tak do końca zdrowa nie byłam. Kiedy Piotrek poszedł po piwo dla nas, ja lustrowałam każdego wokół, skręcając się w środku jak piksel ze stresu. A gdy wrócił, tak profilaktycznie zamieniłam kufle, gdy ten nie widział. Nawet zrobiło mi się przez to głupio, ale przestało, gdy po czasie Piotruś zaczynał czuć się coraz gorzej. Wyprowadziłam ledwo kontaktującego chłopaka i wezwałam karetkę.

Idiota wrzucił do mojego piwa tabletkę gwałtu, bo wyczytał na jakimś forum, że takie traumy leczy się poprzez szok. Od dwóch miesięcy nie wychodzę z domu, rodzice dostają szału, a ja na terapię nie wróciłam. Cud, że nie odłączyli mi internetu.

#dVF3C

Pojechałam na tygodniowe wakacje do Hiszpanii. Sama. Podczas schodzenia z piętrowego łóżka w hostelu, nabiłam sobie pokaźnego siniaka na przedramieniu. Po powrocie, ludzie z pracy nie uwierzyli w moją historię i zaczęli podejrzewać, że ktoś mnie skrzywdził (w domyśle zgwałcił). Zaczęli brać mnie na stronę, oferować rozmowę i namawiać na wizytę u psychologa. Teraz jestem traktowana jak jajko.

Cieszę się, że mam tak wspaniałych ludzi wokół, ale już nie mam pomysłu jak ich przekonać, że po prostu jestem pierdołą i nie umiem zejść z łóżka piętrowego.

#XhKEp

Przeczytałam tu właśnie wyznanie osoby, której odmówiono adopcji psa ze schroniska, bo ta miała tatuaże. Z tego względu chcę się też podzielić moją historią adopcji zwierzaka, bo mam wrażenie, że tych ludzi ze "zwierzo-obsesją" w schroniskach wciąż przybywa.

Zacznę od tego, że mam duże doświadczenie z psami. Wychowywałam się z nimi, potem także mi towarzyszyły, ogólnie ciężko mi sobie przypomnieć okres w życiu, w którym byłam bez czworonożnego przyjaciela. Mój ostatni pies zmarł dwa miesiące temu, zabrała mi go poważna choroba. Strasznie to przeżyłam. Jednak u mnie sprawdza się zasada, że na ból po stracie ukochanego zwierzaka działa przygarnięcie nowego. Dlatego wybrałam się do pobliskiego schroniska. Tam moją uwagę przykuł mały kundelek. Po niedługim czasie byłam pewna, że właśnie tego psa chcę adoptować. Niestety bez wyraźnego powodu pracownicy schroniska, niezbyt mili, wybitnie chcieli mi to utrudnić. Z początku zadano mi mnóstwo pytań, przykładem było pytanie z jakiej firmy planuję kupić zabawki dla psa, bo oni akceptują tylko jedną. Po pytaniu na którym piętrze mieszkam i mojej odpowiedzi, że na trzecim, mieszkanie bez balkonu, na twarzy zagościł im grymas i usłyszałam, że pies na pewno wyskoczy (niby jak?!). Ostatecznie po długich "przepychankach" z pracownikami schroniska udało mi się zabrać psa.

I wtedy się zaczęło...

Telefony trzy razy dziennie, z pytaniami jak pies się czuje i jaką karmę mu dałam stały się porządkiem dziennym. Raz zadzwoniono do mnie z prośbą o wysłanie zdjęcia psa, ale akurat byłam w pracy, więc powiedziałam, że wyślę jak wrócę, ale pracownica schroniska stwierdziła, że na pewno chcę zataić stan psa, bo już go zaniedbałam. I trwa to do teraz. Pies jest u mnie miesiąc, ale nadal co drugi dzień dzwonią do mnie ze schroniska z dziwnymi pytaniami. Tylko że obecnie przestałam już odbierać, bo to jak dla mnie przesada. Pies ma u mnie bardzo dobrze, jestem doświadczona i umiem sobie doskonale poradzić z opieką nad psem, wiec naprawdę niekomfortowo się czuję mając taki nadzór. Nie wiem co siedzi w głowach tych ludzi...

#vsJVy

Siedzę sobie ostatnio w poczekalni do kardiologa. Jest małe spóźnienie. Do poczekalni wtacza się baba, siada koło mnie, czeka 10 minut i w końcu pyta na głos:
- Kto teraz wchodzi?
Więc odpowiadam, że ja.
- A to może mnie pani puści?
- Nie, przepraszam, już czekam długo.
(No a za mną jeszcze z cztery osoby, też by się pewnie nie ucieszyły - dodaję w myślach).
Na to baba zaczyna głośno oddychać, a po dłużej chwili mojego braku reakcji znów zagaduje, tym razem podając argument:
- Wie pani, bo ja tu przyszłam na serce, a na serce niezdrowo tak siedzieć...

No tak, bo pozostali z poczekalni do kardiologa przyszli leczyć grzybicę stóp...

#5yhul

Mężatką jestem od ponad 20 lat, no i przez tyle lat mam teściów. Doskonale nigdy nam się nie układało, ale mniej więcej poprawnie. Mieszkamy niezbyt daleko od siebie, bo jakieś 15 km, oni w bloku, a my mamy dom z ogródkiem.

Odwiedziny były zawsze tylko w jedną stronę - my do nich. Oni u nas prawie nie bywali, mimo zaproszeń. Pamiętam smutek mojego dziecka, gdy dziadkowie nie przyjechali na jego 3. urodziny, żal, gdy dużo później nie odwiedzili go w szpitalu, gdy nie zainteresowali się do jakiej szkoły średniej poszedł. Nie przyjeżdżali, nawet jak mój mąż chciał ich przywieźć, a wymówki były, że benzyna droga, albo słabe połączenie komunikacją miejską, a potem to już samochodu nie mieli.

Prawie rok temu musieli pożegnać swojego psa. Rozpacz, smutek, poprosili mojego męża o pomoc (bo przyjmowania pomocy się nie wystrzegali) i jakoś tak wyszło, że ciało psa trafiło do naszego ogródka (tak, wiem, że nie powinno się tak robić, ale pies nieduży, teść powiedział, że nie da go spalić i w całym zamieszaniu zgodziłam się).

Od tej pory mamy stałe odwiedziny rodziny. Na początku co tydzień, później już co 2-3 tygodnie, nie mówią kiedy przyjadą, da się dojechać komunikacją miejską mimo przesiadek, wchodzą przez uchyloną bramę, nie zawsze pokażą się, że w ogóle byli, dosadzają nowe kwiatki, znicz czasem zapalą, postoją i pójdą. Czasem wejdą na herbatę, o wnuka nadal nie pytają.

Ciekawe jak zareagują, gdy dowiedzą się, że w miejscu pochówku mamy zamiar w przyszłym roku postawić altankę.

#hssB9

Podoba mi się kolega z pracy. Jest już po 30 i jest singlem. Niektórzy uważają go za geja. Próbowałam zagadywać, dawać sygnały, flirtować, ale nie zauważał. Wczoraj podczas rozmowy wspomniał o swojej byłej. Powiedział tak: "To zboczona szmata była. Jak kobieta już po roku znajomości pakuje się do łóżka, to nie zasługuje na mój szacunek. Żaden facet nie wytrzyma z babą, z którą co kilka miesięcy trzeba sypiać. Minęło 10 lat odkąd się rozstaliśmy, ale niesmak pozostał".

Odpuszczę sobie.

#5TMjt

Mam 25 lat i 4-miesiączną córkę, od czasu kiedy zaszłam w ciążę byłam pytana o to, kto jest ojcem i dlaczego robię z tego taką wielką tajemnicę. A ja nie robię żadnej tajemnicy, po prostu nie wiem kto jest ojcem mojego dziecka, ponieważ zostałam zgwałcona. Próbowałam o tym wszystkim zapomnieć, pokochać dziecko, które niczemu nie jest winne i zasługuje na miłość jak każde inne, ale ciągłe pytania mamy, taty i innych domowników nie dawały szansy na zapomnienie, więc pewnego dnia, kiedy mama zapytała po raz kolejny, odpowiedziałam, że nie wiem kto jest ojcem mojego dziecka, bo byłam tak pijana, że ledwo na nogach stałam.

Od tamtego czasu jestem najgorszą córką, tata wyzwał mnie od puszczalskich i zagroził, że odbierze mi córkę. Pomimo tego wszystkiego nigdy nikomu nie powiem jaka jest prawda, nie jestem w stanie.

Teraz mieszkam w domu samotnej matki i jest mi o wiele lepiej niż w domu rodzinnym, nikt nie pyta o to, kto jest ojcem, nikt nie ocenia.

#TVafF

Od kilku dobrych lat koleguję się z Natalią. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, ale spotykamy się co jakiś czas, głównie w gronie znajomych. Obie mamy fajne, poukładane życie prywatne - mężów, dzieci, dom, stabilne prace.

Jest jedna rzecz, o której nie wie nikt poza nami (nawet nasi mężowie) - kilka lat temu, w czasie pierwszego roku studiów, postanowiłyśmy trochę poeksperymentować i zobaczyć, jak to jest między dwiema kobietami. W sumie uprawiałyśmy seks kilkanaście razy w przeciągu kilku miesięcy, akurat kiedy obie byłyśmy singielkami. Trochę się przy tym pośmiałyśmy i choć było naprawdę przyjemnie, to jednak stwierdziłyśmy, że zakochać możemy się jedynie w osobach płci przeciwnej i nic do siebie wzajemnie nie czujemy, poza satysfakcjonującym zaspokojeniem cielesnym.

"Romans" zakończył się, kiedy na nowo zaczęłyśmy randkować z chłopakami. W sumie nie było żalu, podziękowałyśmy sobie za mile spędzony czas i skupiłyśmy się na naszych nowych związkach.

Obiecałyśmy też sobie, że nigdy nikomu o tym nie powiemy. Temat został poruszony jeszcze tylko jeden raz przez Natalię, na chwilę przed moim ślubem, żeby się upewnić, że nie opowiemy o tym epizodzie naszym mężom.

Przyznam, że trochę kręci mnie posiadanie takiego sekretu. Że nawet ja - zwykła, szara myszka - mam pikantny szczegół w moim życiorysie.

#sDF8y

Oda do naiwności...

Posiadam na Instagramie publiczny profil.
Jak to jest na insta - większość wie. Hasztagów mrowie. I po którymś otagowanym zdjęciu napisał do mnie prywatną wiadomość pewien obywatel USA. Nie odpisałam. Napisał drugi raz. Nie odpisałam. Niestrudzony napisał po raz trzeci. Zaintrygował mnie ten upór, odpisałam. I tak zaczęła się nasza znajomość.

Jestem samotną matką, on był samotnym ojcem. Żona mu zmarła i został sam z córką.
Fajnie się pisało, cieszyłam się że trochę podszkolę angielski - to zawsze się przyda.

Pierwszy dzwonek alarmowy rozdzwonił mi się po tygodniu. Wtedy mi wyznał, że czuje coś do mnie. Że się zakochał. Nigdy nie rozmawialiśmy, nawet przez whatsup. Byłam sceptycznie do tego nastawiona, choć gdzieś tam z tyłu głowy kiełkowało "no ale kto to wie". Pozostawałam jednak wycofana.

On pisał codziennie, interesował się moim życiem, sprawami, opowiadał wiele o sobie, wysyłał zdjęcia ze swoją córką. Szczerze go polubiłam, na ile można polubić człowieka znanego tylko ze zdjęć i internetu.

Po dwóch tygodniach codziennego pisania zadeklarował się przyjechać do Polski. Powiedział córce o mnie i bardzo by chciał, żeby nam się udało. Musi przed tym jednak załatwić pewną transakcję - handluje elektroniką LG i wyjeżdża służbowo do Turcji - transakcja na 500 000 dolarów. Zaraz po powrocie przyjedzie do Polski.

Myślę - OK. W dalszym ciągu nie rozmawialiśmy nawet przez whatsap. Tylko wiadomości na Instagramie. No i stało się, wyjechał do Turcji.

Kolejna lampka ostrzegawcza - poprosiłam go o jakieś fajne foto tego tureckiego miasta, w którym jest. Odpisał, że nie może, bo ma zepsutą kamerkę w telefonie i nie zdążył jej naprawić przed wyjazdem (fakt, wcześniej mi o tym wspominał).

Kulminacja nastąpiła dzisiaj. Napisał do mnie, że był w porcie i oprócz opłat, które miał poczynić (42 000 $) okazało się, że musi dopłacić jeszcze 20 000 $, w przeciwnym razie straci swój towar za pół miliona. Przy sobie miał jedynie 10 000 $ gotówki, nie ma pieniędzy na koncie, nie ma od kogo wziąć, brakuje mu 10 000 $. Ja milczałam, myśląc, że może jestem zbyt podejrzliwa, w końcu nie prosi o nic wprost.

Wpadł na pomysł, że zadzwoni do przyjaciela do USA. Bach, przyjaciel może poratować kwotą 8400. Brakuje 1600. I w tym momencie zaczął mnie błagać, że jestem jedyną osobą, która może mu pomóc, że jak mu nie pomogę, to straci cały towar, a zainwestował w niego wszystkie pieniądze. Że jak nie mam, to żebym pożyczyła od rodziny. Że życie jego córki zależy ode mnie i tym podobne teksty.

Poczułam się, jakby ktoś mi dał w twarz. Poświęciłam 2 tygodnie życia jakiemuś oszustowi, który chciał tylko wyłudzić pieniądze i miał to z góry zaplanowane. A wystarczyło od początku słuchać intuicji. Zablokowałam go na insta i piszę tutaj dla przestrogi.

#Y5Izc

Moja siostra obwinia mnie o śmierć swojego dziecka. Powodem miało być to, że nie dałam jej pieniędzy na leczenie. Ale może zacznę od początku.

Wychowywałam się na wsi, jednak po skończeniu szkoły udało mi się dostać na studia i wyprowadzić do miasta. Za to moja siostra nigdy nie interesowała się nauką, po skończeniu szkoły zaczęła pracować na kasie, w jedynym sklepie w naszej wsi. Piszę to, aby zobrazować mniej więcej jej status materialny przez kolejne lata. Oczywiście mi wcale nie wiodło się lepiej, mieszkałam w akademiku, a dorywcza praca w magazynie nie pozwalała mi na więcej niż zapewnienie sobie minimalnych warunków do życia. Do tego studia, więc wyrwanie się ze wsi do miasta, wcale nie zapewniło mi nie wiadomo czego. W tym czasie, gdy ja ciężko pracowałam na lepsze życie w przyszłości, moja siostra mimo braku pieniędzy, wciąż mieszkając z rodzicami, zdecydowała się na dziecko z jakimś gościem, którego dodatkowo utrzymywała, bo ten nie planował pracować. Niestety dziecko urodziło się poważnie chore i o pieniądze na leczenie zwrócili się do mnie. Ale co ja mogłam im zaoferować, skoro sama żyłam na zupkach w proszku? Za to plan mojej siostry był taki, że powinnam rzucić studia i skupić się tylko na pracy, a całe pieniądze dawać jej na leczenie dziecka. I ja się na to nie zgodziłam.

Zanim mnie obrzucicie błotem - ona świadomie podjęła decyzję o dziecku, to był jej wybór i jej życie. Ja nie jestem instytucją charytatywną, nie zamierzam poświęcić całej mojej dotychczasowej pracy oraz przyszłości, aby naprawiać czyjeś błędy. Dla mnie jej propozycja wyglądała jak życie za życie, konkretniej - ja poświęcam swoje życie, aby ktoś inny mógł żyć. Owszem, mogłam ewentualnie przerwać studia, dokończyć w przyszłości, ale kluczowa jest tu choroba dziecka, która sygnalizowała, że zapotrzebowanie na pieniądze na leczenie zmaleje może minimalnie po latach i wciąż będzie potrzeba ciągłej pracy i gigantycznych pieniędzy. Dlatego nie wyobrażałabym sobie np. przez 10 lat pracować na czyjeś dziecko. Poza tym nie było też gwarancji, że te pieniądze faktycznie by wystarczyły, mogłabym pracować na marne przez lata, bo i tak byłoby za mało. Do tego jedynym staraniem siostry wciąż było pracowanie na kasie oraz założenie zbiórki, a ojciec dziecka starań nie włożył w to żadnych, bo jak twierdził, ma niesprawną rękę i nie może w ogóle pracować (jakoś w koszykówkę z kolegami zawsze aktywnie grał, z tego co widziałam). Więc czemu tylko ja miałabym się starać i coś robić? Dlatego odmówiłam rzucenia studiów, na co siostra zareagowała ogromną agresją. A po jakimś roku dziecko zmarło. I ja jestem o to obwiniana.

Siostra i jej facet mnie nienawidzą. Rodzice podobnie. Ale ja tyle ile mogłam, to zrobiłam. Wysyłałam im czasem drobne sumy, tyle na ile mogłam sobie pozwolić, kosztem np. jedzenia. Ale to wszystko. Po prostu nie uważam, że moje całe życie było warte poświęcenia przez to, że ktoś podjął bardzo głupią decyzję o dziecku w momencie, gdy nie miał ani grosza.
Dodaj anonimowe wyznanie