#sAzjc
Jako dosyć samodzielna 7-latka, w czasie ferii codziennie sama szłam te kilka ulic do domu kultury na półkolonie, ciągnąć za sobą moje ukochane sanki, które bardzo się podobały wszystkim dzieciakom.
Na moje nieszczęście, sanki upatrzyli sobie także dwaj nastoletni bracia z bloku obok.
Pewnego dnia, wracając po południu z domu kultury i będąc już niemalże pod moim blokiem, poczułam, jak ktoś obejmuje moją szyję swoim ramieniem, a drugą ręką wpycha mi brudny śnieg do buzi. Potem zostałam rzucona na ziemię, kopnięta w brzuch przez drugiego chłopaka i zostawiona w takim stanie. Jakoś udało mi się, mimo potoku łez, dotrzeć do mieszkania, już bez moich sanek, które zostały mi zabrane.
Rodzice byli już w domu i kiedy zobaczyli mnie zapłakaną i dowiedzieli się, co mi się stało, wpadli w złość, szczególnie mój Tato - jest on na co dzień bardzo spokojnym człowiekiem, ale tamtego dnia wyglądał, jakby dostał ataku furii. Jako że nie miałam problemu ze zidentyfikowaniem geniuszy zła, którzy mnie tak potraktowali, Tato szybko udał się do ich mieszkania.
O tym, co się tam wydarzyło, dowiedziałam się dopiero po latach: owi chłopacy byli synami dosyć znanego w okolicy lekarza. Kiedy mój wściekły Tata zaczął mu opowiadać, co jego synowie mi zrobili (a dowód, w postaci sanek, został szybko zlokalizowany w ich piwnicy), pan doktor wpadł w taki szał, że grubym paskiem natłukł tym dwóm nastolatkom na tyłek. Mój Tata nawet próbował go powstrzymać, bo u nas w domu nigdy nie stosowało się kar cielesnych, ale pan doktor nie miał problemu z przełożeniem dwóch chłopaków w wieku gimnazjalnym przez kolano. To nie był koniec kary - po kilku dnia doktor zadzwonił do moich rodziców referując, że synowie zostali wysłani na wolontariat do hospicjum.
Z mojej ówczesnej perspektywy całe zajście nie skończyło się dla mnie, o dziwo, żadną traumą. Rodzice zadziałali bardzo szybko i wysłali mnie na lekcje taekwondo, które stało się moją pasją i pozwoliło mi pokonać strach. Sanki oczywiście też odzyskałam.
Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że wczoraj odwiedzając moja bardzo chorą ciocię w hospicjum natknęliśmy się na jednego z moich ówczesnych oprawców - jest obecnie pielęgniarzem. Nie, nie rozmawiałam z nim, ale cieszę się, że ta kara, którą nałożył na niego wtedy jego ojciec, zaowocowała tym, że dzisiaj wykonuje tak ciężką, ale potrzebną, pracę. Cieszę się, że "wyszedł na ludzi".
A wszystko przez to, że kiedyś postanowił ukraść moje sanki...
W tym wszystkim najlepsze jest to, że ojciec rzeczywiście wyciągnął konsekwencje, a nie oskarżył autorkę o kłamstwo, bo jego synkowie to aniołki i nie zrobiliby czegoś takiego.
To jeszcze nie te czasy :)
Zazdroszczę Ci tych lekcji taekwondo. Ja przez całe dzieciństwo, jeszcze nawet zanim szkołę zaczęłam byłam bita przez "kolegów" z podwórka i szkoły. Ostatnio popłakałam się (będąc już dorosłą kobietą), gdy ktoś mi pokazał jak łatwo jest się obronić, gdy ktoś ciągnie Cię za włosy. Gdyby rodzice zainwestowali w kurs samoobrony dla mnie nie miałabym tak traumatycznego dzieciństwa. Gratuluję Ci rodziców.
Trzeba było podejść i szepnąć z konsternacją: „.. a to wszystko przez kradzione sanki” :D
Już myślałam, że doktor powie, że to niemożliwe i jego synowie na pewno są niewinni. Niestety w wielu sytuacjach tak jest i wyrasta potem taka patologia, myśląca, że im wszystko wolno.
Hospicjum to idealne miejsce pracy dla ludzi, którym widok czyjegoś cierpienia, przywołuje na twarz najszczerszy uśmiech.
Może wciąż odbywa tamtą karę? ;)
Historia niby dobra, bo geniusze zła zostali ukarani. Ale fakt, że bracia dostali pasem i to przy obcym człowieku (z czego rozumiem, to ojciec autorki był przy tym zdarzeniu) jest dość niepokojący. Nie usprawiedliwiam chłopaków, ale przemoc nigdy nie jest dobrym sposobem na wychowanie, nawet jeśli zrobili coś tak strasznego...skoro spodobały im się sanki, to czemu nie poprosili ojca o to, by kupił im podobne tylko postanowili je ukraść? Takie zachowania nie biorą się znikąd, jeśli rodzice używają przemocy wobec swoich dzieci, to te dzieci później powielają wzorzec. Nawet jeśli ten doktor postąpił słusznie, to kary cielesne nigdy nie są dobrym rozwiązaniem. Można zawsze wymyślić inną dotkliwą karę zamiast bicia.
Historia w stylu chłopca, który jako dziecko dostał torbę zupy bo był głodny, a po kilkunastu latach okazuje się, że jest lekarzem i anuluje koszty leczenia mężczyźnie,który wtedy dał mu zupę. Albo byłem burakiem i dokuczałem jakiemuś gościowi w podstawówce, a teraz umieram, a on jest moim lekarzem i jest mi głupio. Ten sam schemat, ta sama fabuła, nudne i nieoryginalne wyznanie...
Ale zdajesz sobie sprawę z tego, ze tu powinny być wyznania prawdziwe, a nie oryginalnie wymyślone? To wiadome, ze czasami niektóre historie będą się powtarzać,
W to, że wyznania na tej stronie są prawdziwe już dawno straciłem wiarę. Teraz oczekuję jedynie, że będą przynajmniej oryginalnie wymyślone.
Wiem, że wyznania tego typu są bardzo "filmowe" i dobrze się sprzedają. Zdaje sobie sprawę, że każdy kto podważa wiarygodność takich historii i burzy ich "filmową otoczkę" jest z góry skazany na zminusowanie przez osoby, które chcą w nią z całych sił wierzyć. Tyle, że ja mam dość realistyczne podejście do życia i po prostu w takie efektowne historię nie wierzę. Przykro mi :)
W sumie w tym wyznaniu nie ma nic nierealnego, poza magicznym rozpoznaniem sprawców po 19 latach.
@PrzesSamoH ojjj uwierz niektórych twarzy nie zapomnisz. Spotkałam mojego oprawcę z czasów wczesnej podstawówki na ulicy w wieku gdzie obydwoje dawno byliśmy pełnoletni. Żadnych problemów z rozpoznaniem.
Strona jest anonimowa, więc nie wiem, jak miałabym Ci udowodnić, że napisałam prawdę, a swoich danych z oczywistych powodów nie chcę podawać. Tego chłopaka (a raczej mężczyznę) łatwo rozpoznaliśmy z rodzicami - a właściwie to on rozpoznał nas, mówiąc do moich rodziców "Dzień dobry Panie Darku, Pani Iwono" (imiona zmienione). Taka była cała interakcja - minęliśmy się na korytarzu, on nawet nie zajmuje się wprost moją ciotką tylko po prostu pracuje w tym samym hospicjum. Nie wiem co w tym "magicznego". Tak jak napisałam - fajnie, że z postrachu osiedla i złodzieja moich sanek wyszedł na osobę, która wykonuje taki ciężki zawód - dla mnie każda wizyta w hospicjium/szpitalu jest traumą, także tym bardziej doceniam ludzi, którzy dzień w dzień tam pracują i oferują pomoc podopiecznym. Jak zauważyłam go w hospicjum, to po prostu pomyślałam, że to ciekawe, jak przykra sytuacja (pobicie + kradzież) może zaoowocowac w przyszłości czymś dobrym i, tak mi się wydaje, rozwojem empatii. I z tego tak po ludzku się cieszę :) PS Sanki mam nadal w domu rodzinnym :)