#5ieJ0

Pracowałam rok w osiedlowym sklepie, przez co poznałam większość sąsiadów. Wcześniej mieszkałam tu już 2 lata, a nikt mi nie odpowiadał „dzień dobry”. 
Teraz ludzie zaczepiają mnie na ulicy, by sobie pogadać, często też przepuszczano mnie w kolejce w supermarkecie, dzieci mówiły mi „cześć” albo się kłaniały, bezdomni zawsze pytali mnie jak dzień, bo to z nimi rozmawiałam zawsze najszczerzej. 
Czasem miałam wrażenie, że robię za terapeutę, bo ludzie dzielili się ze mną swoimi ciężkimi sekretami takimi jak zabieg u ginekologa, śmierć żony, trudy opieki nad chorą córką. 
Często płakałam przez historie klientów. Innym razem koleżanka z pracy w ramach ciekawostki powiedziała, że mój ulubiony bezdomny się powiesił. W domu ryczałam jak powalona, a na drugi dzień wypytałam jego kolegę, kiedy i gdzie będzie pogrzeb. On żył! To nie ten bezdomny! Pewnego razu obok sklepu był wypadek. Zginął bardzo lubiany sąsiad. Nie zliczę, ile osób płakało mi w rękaw z jego powodu. Ja tego faceta nawet nie znałam, przynajmniej tak myślę. 

Ta praca wyczerpała mnie psychicznie. Na zewnątrz byłam miła, dawałam się wygadać, a w środku wszystko przeżywałam. Zaczęłam mieć koszmary, w których próbuję zamknąć sklep i iść do domu, ale oni wszyscy napierają na drzwi i próbują wedrzeć się do środka, bo muszą mi o czymś powiedzieć. Ostatni dzień pracy w tym sklepie to była dla mnie prawdziwa ulga.
Dodaj anonimowe wyznanie