Mając 21 lat, wspólnie z moją przyjaciółką postanowiłyśmy wyjechać nad morze na cały sezon letni.
Wynajęłyśmy mieszkanie na ten okres, popatrzyłyśmy wcześniej na oferty pracy sezonowej, zakupiłyśmy bilety i ruszyłyśmy w poszukiwaniu przygód.
Pierwsze kilka dni minęło bezproblemowo, zwiedzałyśmy Trójmiasto, poznawałyśmy nowych ludzi, chodziłyśmy dużo na plażę oraz po okolicznych klubach.
Tydzień po naszym przyjeździe dostałam pracę jako kelnerka w jednej z restauracji. Złapałam dobry kontakt z załogą i szefem, ogólnie wszystko szło w dobrym kierunku.
Po kilku dniach mojej pracy w restauracji pojawił się ON.
Niesamowicie przystojny, czarujący mężczyzna, w dodatku bez obrączki.
Jako że nie należę do osób nieśmiałych, razem z rachunkiem dałam mu swój numer zapisany na chusteczce.
Gdy wychodził z restauracji, widziałam chusteczkę w jego dłoni, następnie schował ją do kieszeni na moich oczach i z bananem na twarzy wyszedł z restauracji.
Odezwał się do mnie po 20 minutach.
Pisaliśmy cały dzień, w efekcie umówiliśmy się jeszcze tego samego dnia do jednego z barów. Przez kilka najbliższych dni, spędzaliśmy ze sobą prawie każdą wolną chwilę.
Po pewnym czasie nasza znajomość przerodziła się w romans. Nie określaliśmy się jako para, zwyczajnie się spotykaliśmy, żeby spędzić miło czas. Oboje mieliśmy świadomość, że za jakiś czas trzeba się będzie "rozstać" i każde pójdzie w swoją stronę.
Pewnego dnia po którejś z wspólnie spędzonych nocy, Tomasz poszedł się wykąpać, zostawiając telefon w pokoju na szafce. Zawsze widziałam, że on pilnuje swojego telefonu, ale nigdy mnie nie korciło, żeby go przeglądać.
Nagle widzę, że telefon wibruje. Normalnie nic bym z tym nie zrobiła, ale ktoś dobijał się non stop, więc myślałam, że chociaż poinformuję Tomasza kto do niego ciągle dzwoni.
Wstałam, spojrzałam na telefon, a tam zdjęcie jakiejś kobiety z małym dzieckiem na rękach i podpisane "Żonka".
W jednym momencie zrobiłam się cała czerwona ze złości, bo Tomasz zapewniał mnie, że nikogo nie ma.
Szybko się ubrałam, wzięłam ten telefon i wyszłam na klatkę schodową. Odebrałam telefon i i powiedziałam kobiecie jaka jest sytuacja.
W pierwszym momencie myślała, że jest to żart wymyślony przez jej męża.
Przełączyłam więc na wideo rozmowę i jak wróciłam do mieszkania, to pokazałam jej, jak on wychodzi nago z mojej łazienki.
Kobieta była w szoku, Tomasz zresztą też.
Ja starałam zachować zimną krew i powiedziałam mu tylko, że ma 5 minut na zabranie swoich rzeczy, bo inaczej wylądują za oknem. Ja spisałam numer do jego żony, żeby w razie czego zaoferować swoje zeznania podczas ich sprawy rozwodowej.
Ich rozwód był 3 miesiące później, głupio było opowiadać na sali o romansie z żonatym mężczyzną.
Do tej pory mi wstyd za całą sytuację.
Ostatnio był bum na pedofilię w Kościele - i pedofilię w ogóle. W swoim życiu spędziłam na plebanii, sam na sam z księdzem, kilka nocy.
Jak to się zaczęło? Ano zaczęło się od pijanego ojczyma, który zaczął się do mnie dobierać pod nieobecność mamy, która wyjechała na kilka dni w delegację. Miałam 12 lat, był późny wieczór. Krzyczałam o pomoc, ale to był jakiś głupi odruch, nie było oprócz nas nikogo w domu, przecież nie miał kto mi pomóc… Tak przynajmniej myślałam. Okazało się, że darłam się na tyle głośno, że przechodzący obok domu proboszcz to usłyszał. Zapukał do drzwi. Ojczym zastygł w bezruchu, a mi kazał półszeptem się zamknąć. Na szczęście nie posłuchałam. Choć on mnie uderzył, zdążyłam przynajmniej zacząć kolejny wrzask o pomoc. To wystarczyło księdzu, by… nacisnąć klamkę. Uwierzycie? Drzwi były otwarte.
Tę noc spędziłam na plebanii z kubkiem ciepłego kakao. Kolejny poranek na komendzie policji, która na szczęście zgarnęła go właściwie natychmiast, więc o to się nie martwiłam. Swoją drogą nie wiem, co on miał w głowie, zostając w domu i nawet nie próbując prysnąć.
Do powrotu mamy (zajął kilka dni, nie była w stanie dotrzeć wcześniej, bo lotów nie było codziennie) mieszkałam na plebanii, ksiądz nie chciał w ogóle słyszeć o tym, że jestem już duża i poradzę sobie sama w domu. Oczywiście nie wyrządził mi żadnej krzywdy, a dbał o mnie jak umiał - co jest warte docenienia szczególnie, że to jednak mężczyzna (kobiety mają raczej wrodzone predyspozycje, faceci muszą stawać na głowie, tak przynajmniej mi się wydaje), który do tego nigdy nie opiekował się dzieckiem.
Motyw w stylu Ojca Mateusza… Tylko że w życiu bywa mniej różowo. Oczywiście ludzie zawsze wiedzą swoje. Według plotek byłam córką księdza, do której nagle się poczuł (o ironio, to mała wioska, gdzie wszyscy znali moją mamę, mojego zmarłego tatę i później ojczyma), o pedofilii z jego strony też było. Chociaż sprawa po jakimś czasie ucichła, gdy wróciłam do mamy, niesmak został. Właśnie dlatego na takie opowieści patrzę odrobinę nieufnie. Nie mówię, że ten problem nie istnieje - ale nie każda rozdmuchana opowieść musi być prawdziwa.
A ksiądz, który uratował mi wtedy… cóż, nie wiem, czy życie, ale na pewno wiele (zareagował na tyle wcześnie i później rozmawiał ze mną na tyle mądrze i też dał rady co do psychologów itp., dzięki czemu właściwie nie przeszłam jakiejś szczególnej traumy) - do dzisiaj jest jednym z moich dojrzalszych przyjaciół i często wpadam na ten kubek ciepłego kakao, gdy jestem w rodzinnej miejscowości.
Regularnie chodzę na siłownię. Kiedy w szatni widzę buty nieschowane do szafki, zaczynam je wąchać, a jeśli rozmiar pasuje, to przymierzam. Lubię badać stopami, jak inni ludzie mają wydeptane buty. Kilka razy przyłapano mnie na mierzeniu, ale zawsze udawałem, że mam takie same i że to zwykła pomyłka - zawsze działa.
Nigdy nie rozmawiam z obcymi przez telefon. Skończyłam studia i chciałabym iść do pracy, ale boję się, że będę musiała podać swój numer i ktoś oddzwoni. To chore, ale strasznie wstydzę się rozmów, boję się, że powiem coś głupiego, jest mi bardzo głupio. Nawet po pizzę nie zadzwonię, tylko zamawiam ją przez Internet. Nie wiem jak to zmienić.
Czasami zastanawiam się, co właściwie poszło nie tak ... Gdzie popełniono błąd w moim wychowaniu albo kto z otoczenia zrobił mi krzywdę, bo dzisiaj muszę męczyć się sama ze sobą, nie wspominając już nawet o mojej rodzinie i chłopaku. Cud, że wytrzymał 2 lata z takim poje@#bem ...
Moim problemem jest nadmierna wybuchowość. Ba, to za mało powiedziane. Jestem jak wulkan, który eksplodując rozku@#rwia wszystko wokół. Nie ma u mnie czegoś takiego jak poirytowanie, mała rzecz potrafi teleportować mnie w kosmos własną parą z dupy. Kiedyś zdenerwowałam się tak bardzo, że przez sekundę lub dwie przestałam widzieć :/ Denerwuje mnie dosłownie wszystko, a do napisania tego wyznania skłoniło mnie moje zachowanie sprzed 2 minut, kiedy zwyzywałam chłopaka ,bo za długo trzymałam mu talerz, który zresztą podałam ze słowami "proszę, misiaczku". Już sama nie rozumiem dlaczego coś tak małego wkurwi@ mnie do tego stopnia, że w momencie, gdy to się zdarza, uważam to coś za sprawę tak ważną, że posuwam się nawet do poniżenia kogoś. Mam dość tego, że wszystko mnie denerwuje i zastanawiania się, dlaczego denerwuje. Coś gdzieś kiedyś musiało pierd&$olnąć.
Wiem, że mi nie powiecie, ponieważ mnie nie znacie, ale może przeczyta to ktoś, kto ma podobny problem. Będę wdzięczna. Trochę mi ulżyło...
Mam 20 lat, mieszkam w dużym mieście i jestem kompletnie nieprzystosowana do życia.
Odkąd pamiętam siedziałam w domu przed tv, spotykałam się ze znajomymi w domu albo u nich i nie wychodziłam bardziej "do ludzi". Nie potrafię płacić kartą, kupić biletu w kinie, tramwaju, czy kupić kawy z automatu. Nie poszłam na wybory, mimo że koleżanka mnie bardzo namawiała, bo po prostu nie wiem co tam się po kolei robi. Nie wiem gdzie mam podejść, skąd wziąć kartę do głosowania. Wycofuję się ze wszystkich takich sytuacji, bo wstydzę się, że zrobię coś źle i ludzie będą się śmiać, komentować, dziwnie na mnie patrzeć.
Ostatnio chciałam kupić bratu bilet w parkometrze, wysiadłam z auta, popatrzyłam na to urządzenie coś tam wciskając i powiedziałam, że się zepsuło, bo nie mogłam znieść myśli, że obok przechodzą ludzie, którzy na mnie patrzą, a ja nie wiem co tam klikać.
Nigdy nie pracowałam, nie wiem jak to wszystko miałoby się odbywać, co miałabym mówić podczas rekrutacji. Chciałabym polecieć na wakacje, ale nie wiem jak się postępuje na lotnisku, gdzie trzeba iść, co zrobić...
Przeraża mnie to wszystko i nie wiem jak poradzę sobie w życiu.
Kojarzycie Hiacyntę Bucket, która bardzo nie może pogodzić się z byciem Baket i przedstawia się jako Bukejt? No mnie to jakoś nie bawi. Moje nazwisko to Pochwa i od małego mama wciskała nam, że powinno się je wymawiać „Poszfa”.
Poszedłem na warsztaty "impro", żeby się przemóc i zacząć się wreszcie odzywać do ludzi - totalny introwertyzm here. Kierownik grupy obśmiał moje (pokraczne co prawda) wypowiedzi i powiedział na koniec, że gdybym się w ogóle nie odzywał, to zajęcia poszłyby o wiele lepiej. Piwnico, nadchodzę.
Moja dziewczyna jest turbo religijna, a ja… niekoniecznie. Jakoś jednak udaje nam się wspólnie żyć, gdyż umiemy iść na kompromis, a mi w niczym ta jej religia nie przeszkadza. No cóż, nie przeszkadzała, aż do teraz.
Ja wiem, że katolicy nie uznają Halloween, ale ja uwielbiam to święto. Co roku obchodzę je hucznie, wykrajam dynie, zawsze idę na jakąś przebieraną domówkę. Eliza powiedziała wczoraj, że jeśli pójdę gdziekolwiek w długi weekend albo chociażby kupię dynię do domu, to „wyrzuci mnie za drzwi”. Oznajmiła, że to czczenie szatana i nie ma zamiaru przyzwolić mi na udział w czymś takim. Tutaj wyrozumiałość i elastyczność mojej dziewczyny się zakończyły.
Nie rozumiem w czym taki wielki problem – co złego w tym, że człowiek sobie zapali świeczkę w dyni? Walczyć o prawo do zabawy, czy odpuścić?
Chciałam wam podziękować, kochani anonimowi.
Godziny szczytu, w autobusie straszny tłok, ludzie stoją jedni na drugich, wsiada mężczyzna koło 40. Wygląda całkiem zwyczajnie. Najpierw patrzy na jedną dziewczynę, potem na mnie i ustawia się przodem do mnie, opiera rękę nad moją głową. W trakcie kilku minut jazdy przysuwa się coraz bliżej. W pewnym momencie przekłada dłoń na pasek od torby, którą miał przełożoną przez ramię, jest już na tyle blisko, że pięścią opiera się idealnie o mój biust. Przysuwa biodra coraz bliżej i bliżej. Początkowo stałam jak sparaliżowana, patrzyłam tylko na zmianę na dłoń na moim biuście i uśmiech na jego ustach.
Tylko dzięki wam, dzięki opisanych tu ku przestrodze historiach podobnych do tej, odezwałam się. Głośno skomentowałam to co robi, tak żeby wszyscy usłyszeli. Uciekł na pierwszym przystanku. Gdyby nie kobiety, które wcześniej opisały tu podobne historie, stałabym tam, sparaliżowana strachem i pozwalała mi się dotykać. Dziękuję wam!
Dodaj anonimowe wyznanie