#M664S

Jestem 19-letnią, ładną (według innych) dziewczyną o świetnej figurze (na którą ciężko pracowałam). Jednak nikt z płci przeciwnej na mnie nie spojrzy. Dlaczego? Otóż jestem w 100% łysa. I nie, wcale nie mam raka.

Opowiem o moim błędzie, żeby przestrzec innych.

Będąc dzieckiem, miałam cudowne, długie i ciemne włosy. W wieku 14 lat rozjaśniłam je do bardzo jasnego blondu. Bardzo mało je to zniszczyło, bo wcześniej nie widziały nawet suszarki ani prostownicy. Farbowałam je średnio co miesiąc. Kolor znudził mi się po pół roku i zamarzył mi się rudy, który równie szybko mi zbrzydł. Później byłam czarna, wróciłam do swojego naturalnego koloru, które nie zagościł na mojej głowie na długo i jeszcze kilka razy zmieniłam kolor. Mając 19 lat, chciałam wrócić do blondu. Użyłam kilku dekoloryzatorów, rozjaśniłam je dwa razy i pofarbowałam (wszystko w ciągu dwóch dni). Okropnie je to zniszczyło, ale jakoś nie zwróciłam na to uwagi i po miesiącu znowu zmieniłam kolor, tym razem na jasny brąz. Farbowałam je 3 razy w ciągu jednego dnia, bo nie mogłam uzyskać wymarzonego odcienia.

Moje włosy wypadały już wcześniej, ale wtedy zaczęłam już łysieć. Nie wypadały stopniowo, po prostu wypadły po trzech myciach głowy.

Wiem, że większość kobiet ma trochę oleju w głowie i nie popełni tego błędu, ale nawet w szkole zauważam osoby, które mają inny kolor włosów co tydzień.

Uważajcie, dziewczyny.

#GxYix

Mam chłopaka, jesteśmy razem 2 lata, a znamy się od trzech. On zawsze utrzymywał, że mamy praktycznie identyczny gust jeśli chodzi o muzykę, filmy, książki czy seriale. Bardzo mnie to cieszyło, bo dzięki temu mogłam z nim o tym rozmawiać. W większości wyglądało to jednak tak, że to ja głównie mówiłam, bo gadać to ja uwielbiam, a on słuchał. Czasem coś tam zapytał czy skomentował. Ogólnie wyglądał jednak na zainteresowanego i cały czas się uśmiechał.

Dziś powiedział mi, że udawał. Tak naprawdę to ma zupełnie inny gust niż ja i lubi zupełnie inne rzeczy. Kłamał jednak, bo mu się spodobałam i chciał się do mnie w ten sposób zbliżyć. Potem kłamał dalej, żebym się nie wkurzyła. Teraz już jednak ma tego dość, bo za dużo na te tematy mówię i już nie może wytrzymać. Strasznie go to nudzi i irytuje. Sądzi jednak, że nie będę zła i mu wybaczę to drobne kłamstwo, bo przecież jesteśmy razem już trochę i jest nam dobrze, więc nie ma co tego psuć.

Poczułam się, jakby mi dał w twarz. Nie chodzi mi o to, że on musi lubić wszystko to co ja, ale tak kłamać przez trzy lata? Wyszło na to, że zupełnie nie znam tego człowieka! To ktoś dla mnie obcy. Nic o nim nie wiem! Powiedziałam mu to, a on stwierdził, że dramatyzuję i przesadzam. Kłamał tylko o, jak to ujął, pierdołach, a o rzeczach istotnych (jak jego rodzina, praca czy studia) mówił przecież prawdę. Nie rozumie więc dlaczego jestem aż tak zła. Dodał jeszcze, że skoro już tak sobie szczerze rozmawiamy, to musi mi jeszcze coś powiedzieć, bo zbierał się od jakiegoś czasu. I powiedział, że moje inne zainteresowania uważa za zbyt dziecinne. Wcześniej to było nawet urocze, ale teraz to już pora dać sobie spokój i z tego wyrosnąć i zająć się prawdziwym życiem.

Te inne zainteresowania to czytanie, a także pisanie opowiadań (fan fiction) o moich ulubionych bohaterach filmów, książek i seriali.
Dodam, że mam 26 lat, pracuję i zajmuję się domem. Nie mieszkam z nim (miałam taki zamiar, ale teraz to już nie wiem), ale dla niego też czas znajduję. Nie wiem więc o co chodzi z tym "zajmowaniem się prawdziwym życiem".
Poczułam się tym wszystkim bardzo zraniona, a on znowu, że przesadzam!

Wybaczcie, wiem, że to nie kącik porad, ale już zgłupiałam. Myślałam, że jesteśmy dobraną parą, a wyszło na to, że on się ze mną cały czas męczy (to czemu w ogóle ze mną jest?) i żebyśmy mogli być szczęśliwi, to ja muszę się zmienić. On nie ma sobie nic do zarzucenia. To nic, że kłamał, to przecież tylko "pierdoły". W dodatku obraził moje hobby, które uwielbiam i sprawił mi tym przykrość.
Powiedzcie, czy ja naprawdę przesadzam? Nie mam prawa czuć się oszukana, bo to nic takiego? Drobiazg?

#c6D6e

Kiedyś, ucząc się dermatologii, poczułam ogromne podniecenie patrząc na jedno zdjęcie. Nie wchodząc w szczegóły, przedstawiało lekko rozchylone usta z białawą zmianą na dolnej wardze. Podnieciło mnie to do tego stopnia, że musiałam się zabawić sama z sobą. Do teraz nic mnie tak nie podnieca jak to zdjęcie.

#NmZRW

Od dziecka byłam zakochana w modzie, z zazdrością patrzyłam na modelki uśmiechające się z okładek kolorowych czasopism. Dzięki wsparciu rodziców i starszej siostry udało mi się dostać do jednej z wielu agencji modelek. Początkowo szło całkiem gładko, a ja, oczarowana światem mody, nie dostrzegałam jego wad. Wielokrotnie pojawiłam się na polskich wybiegach i w kilku gazetach. Z czasem zaczęłam walczyć o coraz trudniejsze zlecenia, również zagraniczne, przy okazji nabierając wrażenia, że jesteśmy traktowane jak stado szkap na targu. Choć czemu tu się dziwić? Nikt nie oczekiwał od nas, że będziemy oczarowywały osobowością czy inteligencją. Wystarczyło, że byłyśmy ładne, "nietypowe", a nasza waga zamykała się w bardzo wąskich widełkach. Kilkukrotnie próbowano mnie molestować, jednak zawsze traktowałam to, jak drobne nieporozumienie na drodze do światowej kariery.

Najróżniejsze diety i ćwiczenia zaczęły stopniowo wyniszczać mój organizm, prowadząc do anoreksji. Starałam się ciągle pozostawać w ruchu w obawie przed "powracającymi" kilogramami. Byłam obojętna na prośby, płacz, a nawet groźby rodziny. Ocknęłam się, dopiero gdy zaczęto odmawiać mi udziału w pokazach i sesjach zdjęciowych, aż ostatecznie agencja postanowiła ze mnie zrezygnować. W końcu postanowiłam rozpocząć leczenie.

Terapia pozwoliła mi nie tylko uleczyć moje ciało, ale i umysł - bezkrytyczne podejście do modelingu zniknęło, moja samoocena wróciła na swoje miejsce. W moim lustrze pojawiła się dziewczyna o kobiecych kształtach, które trudno było u mnie dostrzec w najtrudniejszym okresie. Wiem, że to głupie, ale postanowiłam po raz kolejny spróbować z modelingiem. Po prostu nie wiedziałam, czy potrafię robić cokolwiek innego. Zrezygnowałam z podboju świata, chciałam działać na mniejszą skalę i na moich zasadach. Okazało się, że większość agencji mnie nie chce, ponieważ jestem "za stara" lub "za gruba". Chyba tego właśnie potrzebowałam, żeby do reszty się wyleczyć i w pełni zrozumieć, na czym mi w życiu zależy.

Dziś nie jestem modelką, ale za to jestem szczęśliwa w życiu.

#Fp7MN

Słyszeliście ten dowcip o wegetariańskim psie, który jałowcowej mało z dywanem nie wrąbał?
No więc miałem to na żywo.

Znajoma na kilka dni zostawiła mi Śmieszka (takie imię) - labradora do popilnowania. Zostawiła też pakę wegetariańskiej karmy dla psów. Ona jest wege, to i psa chce mieć wege. Nie moja sprawa, nie wnikam. Wszystko spoko - ale na drugi dzień, jak kanapki sobie robiłem, kroję kiełbasę, a Śmieszek przyszedł, obwąchał mnie dokładnie, "stanął" przy stole, obejrzał co robię, usiadł koło mnie i skamle cicho, tak jakoś błagalnie. A ciul, dałem mu kawałek kiełbasy, posmakowało, dostał jeszcze kawałek. I tak minęło kilka dni - Śmieszek dostawał jakieś skrawki mięsa jakie miałem pod ręką czasami + normalnie swoją wegetariańską karmę, której nie jadł ze specjalnym entuzjazmem, za każdym razem czekając, czy jednak nie dam mu czegoś mięsnego.

Ostatni dzień, w następny znajoma miała wracać i go odebrać - robiąc zakupy na obiad, zobaczyłem steki w przecenie, nie jakieś doprawiane, przerobione, po prostu płat surowego mięsa. Stwierdziłem - a ciul. Kolację na pożegnanie będzie miał na wypasie. Jak zobaczył miskę z mięsiwem - morda mu się cieszyła jak głupia. Następny dzień - piesek pożegnany i jest spoko.

Wieczorem dzwoni wkurzona znajoma, że pies nie chce jeść, była nawet u weta - wszystko z psiakiem w porządku. Co ja mu zrobiłem?! No to przyznałem się do tego, że mu dietę urozmaiciłem. Opierdol dostałem nieziemski. Nasłuchałem się, jaki to ze mnie potwór. Na ponad miesiąc zerwała kontakt. Od znajomych dowiedziałem się, że pieska przyzwyczaiła z powrotem do wegetariańskiej karmy. Tylko jak znowu zaczęliśmy rozmawiać i raz spotkaliśmy się w grupie ze znajomymi, to śmiesznie było, jak Śmieszek mnie zobaczył, mało ją za sobą nie pociągnął, z takim entuzjazmem rzucił się mnie witać. Przez cały wieczór nie oddalał się ode mnie na krok, ciągle prosząc o głaskanie.

#ZjbE0

Zacznę od tego, że pochodzę z małej miejscowości.
Z tego czy innego powodu w podstawówce byłem gnębiony, jak i w gimnazjum (małe miasteczko, jedna szkoła). Szczególnie uprzykrzał mi życie jeden bananowy koleś wraz ze swoimi dwoma przydupasami. Nie, to nie jest historia o tym, jak założyłem firmę i ich nie zatrudniłem czy coś. Szczególnie, że ten bananowy chłoptaś został wspólnikiem swojego ojczulka w rodzinnej firmie (największej w okolicy zresztą, ale ja nie o tym).
Ważne jest to, że niszczyli mi przez lata życie i to systematycznie. Co rok od pierwszej klasy podstawówki aż do czasów szkoły średniej. Jedna wielka udręka popychanek i wyzwisk...

W szkole średniej, w dużym mieście, sytuacja się zmieniła, poznałem nowych znajomych - ot, start z białą kartą. Tam był też w mojej nowej klasie, uczył się ze mną, jak się okazało, przyszły lekarz. To on namawiał mnie na zostanie dawcą szpiku i przy okazji zakończenia studiów faktycznie się zapisałem jako potencjalny dawca.

Co istotne, gdy przyjeżdżałem w odwiedziny do domu, gdy na ulicy mijałem dawnych oprawców, ci radośnie wyzywali mnie, gdy mnie zobaczyli w sklepie czy na ulicy. Część z niech miała dziewczyny czy tam narzeczone, a zachowywali się jak bydło, którym zresztą byli. Nie dali zapomnieć.

Lata bycia kozłem ofiarnym odcisnęły na mnie piętno i już w trakcie studiów chodziłem do psychologa w celu przepracowania traum z dzieciństwa (nie wiem, czy to istotne dla wyznania, ale uznałem, że warto o tym wspomnieć).

Zaraz po 30 urodzinach dostałem telefon. Jest tam jakiś mój genetyczny bliźniak, który potrzebuje szpiku. Bez wahania się zgodziłem, przeszedłem badania, wszystko w porządku. Pobrali mi szpik, ten trafił do pacjenta i "niech zdrowieje".

Po dwóch latach od tego zdarzenia nastała możliwość spotkania się między mną a tym, komu uratowałem życie. W sumie byłem ciekaw, oni też chcieli poznać swojego wybawiciela, więc doszło do wymiany danych. I tutaj zbaraniałem i przecierałem oczy ze zdumienia.

Ten, komu uratowałem życie okazał się być obecnie siedmioletnim dzieciakiem, synem jednego z tych przydupasów od bananowego chłopaka. Tego samego, który był przyczyną całego mojego przykrego życia w szkole. Ten sam, który chętnie mnie trzymał z drugim przydupasem, gdy bananowy chłoptaś mnie okładał.

Wspomnienia wróciły. Nie wiem, czy chcę się z nim spotkać, nie wiem, czy chcę oglądać tego "człowieka". Ani jego potomstwa.

Co w tym najbardziej anonimowego? Odkąd pamiętam swoim oprawcom życzyłem, aby ich dzieci cierpiały. Nie oni, bo to byłoby zbyt proste - chciałem, żeby cierpiały ich dzieci, tak jak ja cierpiałem, żeby oni wyli z bezsilności, tak jak ja wyłem. Żeby nie mogli nic zrobić. Gdybym wiedział komu ratuję życie, nigdy bym tego cholernego szpiku nie przekazał...

Moje życie to jeden wielki j****y żart...

#oWvdD

Jestem 30-letnią kobietą, mieszkam na obrzeżach małego miasta. Do pracy mam niedaleko, toteż chodzę do niej pieszo.

Kilka dni temu, wracając do domu, poczułam na środkowym palcu stopy okropny ból. Zdjęłam czółenko i skarpetkę balerinkę, a tam ukazał mi się krwawy widok. W wąskich nosach butów w palec wbił mi się już przydługi paznokieć. Jako że nie uszłabym dalej, przysiadłam na chodniku i obgryzłam paznokieć.
Reszta drogi minęła bezboleśnie.

PS. Chyba nikt nie widział.

#yiN0B

Będąc w 4-letnim już związku, zaadoptowałam sunię. Super szczeniak - kundelek.
Jak to ze szczeniakami bywa, czasami coś gryzła, nie miałam pretensji, tylko cierpliwie próbowałam tego oduczyć.

Któregoś wieczoru wyszliśmy z partnerem na zakupy, sunia została w domu. Gdy wróciliśmy do domu, pierwsze co zobaczyliśmy, to pogryziony kabel (nie pamiętam już od czego, ale drogi, wiem, bo już parę razy sunia taki pogryzła).

Mojemu partnerowi puściły nerwy, wpadł do mieszkania i pierwsze co zrobił, to kopnął moją psinkę prosto w żebra. Takiego pisku psa w życiu nie słyszałam. Ja zaczęłam płakać, ale nie odezwałam się słowem. Jedynie co zrobiłam, to wzięłam pod pachę torebkę, na ręce sunię i wyszłam z domu.
I tak zakończyłam wieloletni związek. Moje rzeczy odbierały koleżanki. Ten prostak (mój były) więcej mnie na oczy nie widział.

To było 5 lat temu, psinka jest nadal ze mną. Nie żałuję!

#5v399

Nie cierpię być zaczepiana przez biednych/bezdomnych lub kreujących się na nich, którzy proszą o pieniądze albo jedzenie. Było to spowodowane przez szereg sytuacji, które chcę opisać, również jako przestrogę.

Mieszkam w mieście wojewódzkim, które zrobiło bardzo wiele dla takich ludzi. Są miejsca, gdzie mogą zjeść, ogrzać się, gdy jest chłodno, zaopatrzyć się w ubrania, uzyskać darmową pomoc prawną, są organizowane warsztaty z doradztwa zawodowego i kursy kwalifikacyjne. Mimo to wielu ludzi nie chce się ruszyć, woli pasożytować albo na pieniądzach podatników, albo na tych wpłaconych przez ludzi dobrej woli - wiele takich miejsc jest prowadzonych przez Kościół (Caritas, zakony itd.).

1. Kilka lat temu, gdy miałam 17 lat i serce chętne do pomocy wszystkim, którzy wyglądają na takich, którzy jej potrzebują, szłam z przyjaciółką przez starówkę. Zaczepił nas mężczyzna, wyglądał na bardzo przestraszonego. Opowiedział nam, że zamknęli jego zakład pracy (faktycznie na krótko przez tym upadła spora firma stolarska), od dwóch miesięcy nie dostawał pensji, ma małe dziecko, nie może pić mleka matki i potrzebuje modyfikowanego, a jutro się skończy i boi się, że 3-miesięczny Antoś zginie z głodu. Za tydzień ma zacząć nową pracę, ale na razie został bez grosza przy duszy. Nie powiem, wzruszyłyśmy się. Kupiłyśmy mu nie tylko trochę tego mleka, jak poprosił nas o nieco pieluch i jakiś kremów do pielęgnacji, też nie miałyśmy nic przeciwko. Dałyśmy mu też nieco pieniędzy tak po prostu, powiedziałyśmy, gdzie może szukać pomocy, wyglądał na takiego, który o tym nie wiedział. Poszło na to moje miesięczne kieszonkowe, ale kij z tym, pomogłam człowiekowi!
Parę miesięcy później w tym samym miejscu zaczepił mnie ten sam mężczyzna. I ta sama gadka. Nie powiem, wkurzyłam się okropnie, zwłaszcza że było po nim widać, że był podpity. Miałam ochotę wziąć go za fraki i potrząsnąć, krzycząc "Oddawaj moje 50 złotych, ty gnoju!", czego z oczywistych przyczyn nie zrobiłam. To było pierwsze załamanie. Prawdopodobnie sprzedawał te produkty gdzieś na lewo.

2. Cyganie, plaga mojego miasta, też często proszą, wręcz szarpią za ubranie. Parę razy chcieli ukraść mi torebkę, za każdym razem jestem wulgarnie wyzywana i obrażana. Milutko.

3. Parę tygodni temu jakaś menelica powiedziała, że ma prośbę. Śmierdziało od niej tak, że pomyślałam, że na łaźnię faktycznie bym jej mogła dać parę groszy. Gdy powiedziała wprost, że chce na piwo i najlepiej, żebym to ja jej je kupiła, bo wyrzucają ją z okolicznych sklepów, odeszłam. Ta życzyła mi, żeby moje wszystkie dzieci umarły, żebym wpadła pod samochód, a moich rodziców zabili w męczarniach.

Było tego wiele więcej. Wiem, że są potrzebujący, ale większość to zwykli naciągacze. Uważajcie na nich.

#2bMbE

Niektórzy w wieku 20 lat boją się chodzić do dentysty. Albo onkologa. Albo innych lekarzy specjalistów.
Ja mam 20 lat i w życiu nie wybiorę się do okulisty bez mamy. Mama już się śmieje, pyta, czemu tak bardzo boję się chodzić do gabinetu mojego lekarza, skoro to tylko badanie wzroku.
Boję się, odkąd usłyszałam od okulisty, że mogę oślepnąć. Ale nie za bardzo wiem, jak mam jej to powiedzieć.
Dodaj anonimowe wyznanie