Pochodzę ze wsi, takiej dosłownie dziury zabitej dechami. Jako jedyna przeniosłam się do miasta, reszta rodziny tam została. Mieszkam w mieście praktycznie już od wielu lat, bo gdy byłam nastolatką, wyjechałam do szkoły z internatem. Obecnie mam narzeczonego i wynajmujemy mieszkanie. A cały problem tkwi w mojej rodzinie. Chodzi o to, że planuję ślub i strasznie się boję, że moja rodzina zepsuje mi ten wyjątkowy dzień, bo nie potrafią się zachować.
Mam dwóch braci. I pewnie wiecie, że na wsiach mentalność jest nieco inna, ludzie kompletnie inaczej podchodzą do wielu spraw niż ci z miast. Przykładowo moi bracia nazwali mojego partnera pederastą, bo ten często odwiedza kosmetyczkę. Moje tłumaczenie, że chodzi tu o to, że partner przez większość życia walczył z silnym trądzikiem i przez to jego twarz obecnie wymaga specjalistycznej opieki jest zbywane, bo dla braci to ujma na honorze, aby facet mógł dbać o wygląd.
Boje się też tego, że rodzice zaczną wtrącać się w przebieg ślubu, bo są bardzo wierzący, a ja nie, i ślub ma być cywilny. Ojciec powiedział, że wydziedziczą mnie za to, jeśli ślubu kościelnego nie będzie. Ja oczywiście nie zamierzam temu ulec, w ostateczności mogę po prostu ich nie zaprosić, chociaż jest to dla mnie bardzo przykre.
Kolejną sprawą jest to, że moja rodzina nie zna kompletnie zasad dobrego wychowania, jakie ludzie z miast mają (przepraszam, że to tak brzmi jakbym mówiła o sobie z wyższością, ale chcę tylko podkreślić te różnice w mentalności). Jestem niemalże pewna, że na weselu upiliby się do nieprzytomności, bekali i pierdzieli przy stole, a bracia zaczepiali wszelkie inne dziewczyny, namawiając je na seks, bo właśnie tak na co dzień się zachowują. Na naszej wsi jest to normalne i tam wszyscy tak robili, ale nie chcę czegoś takiego na swoim weselu.
Jak już pisałam, mogę po prostu nie zaprosić swojej rodziny na ślub, ale będzie mi przykro, a oni śmiertelnie się obrażą. Z drugiej strony nie chcę, aby zepsuli mi ten dzień. Nie wiem co robić, ale raczej skłaniam się ku temu, że to mój dzień i nie powinnam pozwolić go sobie zniszczyć, nawet kosztem obrażenia się rodziny.
To może się wydać głupie, ale boję się sprawdzania biletu w komunikacji miejskiej (nieważne, czy to PKP, autobus, tramwaj). Od razu zaznaczę, że noszę wykupiony bilet ze sobą.
Ten strach nie wziął się to oczywiście znikąd. Dawno temu (zaznaczę, że mam 27 lat), mając jakoś 13 lat, wracałam autobusem ze szkoły do domu. Oczywiście miałam ze sobą bilet, tylko wypadł mi z plecaka. Akurat pech chciał, że trafiłam na kontrolę biletów. Oczywiście kanar mnie złapał na braku posiadania biletu, co jeszcze straszne nie było. Tylko zamiast dać mandat, kazał mi wysiąść z autobusu i wezwał policję. Siedziałam w tym wielkim radiowozie i czułam się jak cholerny przestępca - jakbym przynajmniej okradła sklep. Do tego facet zachowywał się tak, jakbym naprawdę nie wiadomo co złego zrobiła, atakował mnie słownie, a ja byłam młoda i przestraszona.
Od tamtej pory jak widzę kontrolera biletów zawsze się denerwuję, mimo że jestem już dorosła i mam zawsze bilet ze sobą. Tamto wydarzenie pozostawiło jakiś idiotyczny uraz w mojej głowie.
Kilka dni temu dostałam SMS-a ze zdjęciami mojego narzeczonego w dość oczywistej sytuacji, zwieńczone krótkimi przeprosinami i ostrzeżeniem. Okazuje się, że dla tego głąba największym problemem nie była zdrada, a uzyskanie informacji, od kogo dostałam zdjęcia, bo UWAGA "Nie wie, KTÓREJ Z NICH nie będzie mógł teraz ufać".
Klasyczna sytuacja, która pewnie nieraz była tu opisywana. Na zajęcia w mojej uczelni uczęszcza śliczna dziewczyna. Bardzo podoba mi się, ale nigdy nie miałem odwagi, aby do niej zagadać, mimo że w mojej głowie ułożyłem sobie już cały scenariusz nie tylko podrywu, ale i wspólnego życia. Żałosne, co nie?
Ostatnio długo jej nie widziałem i już obawiałem się, że obiekt moich westchnień zmienił szkołę, gdy nieoczekiwanie, dosłownie parę dni temu, zobaczyłem ją na korytarzu. Wyglądała inaczej. Zeszczuplała i obcięła włosy na krótko. Teraz jeszcze bardziej wyeksponowana była jej przepiękna twarz. Serce zabiło mi szybciej, ale jednocześnie uznałem, że dłużej nie wytrzymam i że muszę wreszcie zagadać. Podszedłem więc do niej uśmiechnięty i zagaiłem: „Cześć. Cóż za intrygująca zmiana wizerunku! Bardzo ci ładnie w tym nowym stylu. Czyżbyś grała w jakimś punkowym zespole? A może byłaś u jakiegoś wizażysty?”.
Spojrzała na mnie smutnymi oczami i cicho rzekła: „Nie. Po prostu mam raka”, a następnie odwróciła się i poszła zostawiając mnie czerwonego niczym buraka i do granic możliwości nieszczęśliwego...
Skończyłam medycynę. Od połowy studiów wiem, co chcę robić później, ale nie przeszkadza to mówić moim rodzicom na okrągło, że mam odpuścić sobie tę psychiatrię, bo przecież nie po to tyle lat studiowałam, żeby teraz „siedzieć z czubkami”. Wstydzą się odpowiadać znajomym na pytania, co wybrałam i wciąż marudzą, że mam zmienić zdanie, „bo będę żałować”, a oni przecież „chcą dla mnie jak najlepiej”.
Goryczy dopełnił fakt, że jak powiedziałam swojej znajomej o tym, że idę na psychiatrię, odpowiedziała, iż to bardzo dobrze „bo przecież psycholodzy są potrzebni”, tylko „szkoda, że nie będziesz mogła sobie wypisywać recept”. Była bardzo zaskoczona, jak jej powiedziałam, że psychiatra to nie żaden psycholog, a normalny lekarz, z normalnymi uprawnieniami.
Kiedy skończy się ta stygmatyzacja i ciemnota?!
Pochodzę z domu, w którym nikt mnie nie przytulał. Czasem byłam brana na kolana przez mamę, ale rodzice nie czytali mi bajek na dobranoc, nie nakrywali kołderką i nie dawali buziaczków w czoło. Ogólnie miałam mało czułości, a zapewnień o miłości było tyle, że na palcach jednej ręki mogę policzyć (a jestem dorosłą kobietą). Raz mama nie chciała mnie wziąć na kolana, więc zmusiła mojego niechętnego ojca, żeby on mnie wziął. Gdy siedziałam mu na kolanach, to były najbardziej niezręczne i drętwe minuty mojego życia.
Od bardzo wczesnego dzieciństwa przed zaśnięciem marzyłam o tym, że mam fajnego tatę, który mnie przytula, wyznaje mi miłość. Albo że ktoś mnie porywa, żeby mnie wychować jak swoje dziecko w domu pełnym miłości, troski i opieki. W okresie dojrzewania uganiałam się za mężczyznami w wieku mojego ojca lub starszymi, zwłaszcza za takimi, którzy byli podobni do taty. Nie marzyłam o związku, ale na przykład o całowaniu przez mojego nauczyciela, gdy sama chodzę do gimnazjum. Takie marzenia, że mam 14 lat i jakiś facet się mną interesuje zostały mi do dziś.
Aktualnie jestem od wielu lat w związku z moim rówieśnikiem. Mój partner zna moje potrzeby i spełnia dla mnie rolę taty. Często siedząc na łóżku przytula mnie tak, jakbym była niemowlakiem. Wiadomo, że cała się na jego rękach nie mieszczę, ale tułów i głowę podtrzymuje mi rękami i daje buziaczki w czoło. Kiedy wychodzi do pracy, nakrywa mnie kołdrą, kładzie się przy mnie na kilka minut i przytula jak tata, głaszcze po głowie, co jakiś czas dając buziaki w czoło, a dopiero potem idzie do pracy. Żeby zdążyć zrobić tę ceremonię, specjalnie wstaje pół godziny wcześniej. Czasami, gdy nie mogę zasnąć, owija mnie kołdrą i buja mną na boki, tak jak to robiła moja siostra swojemu dziecku, kiedy miało kilka miesięcy.
Chciałam się po prostu wygadać i poprosić wszystkich tatusiów, żeby przytulali swoje dzieci.
Związałam się z bardzo spokojnym i religijnym facetem. Ja jestem ateistką, ale nie przeszkadzała mi jego wiara. Nawet czekanie z seksem do ślubu nie było problemem, bo z natury mam baaardzo niskie libido i na co dzień nie myślę o tym za dużo.
Przez pierwsze miesiące związku było naprawdę fajnie. Spędzaliśmy miło czas, były też chwile na nasze własne zajęcia, czyli przykładowo on szedł do kościoła albo się modlił, a ja szłam sobie do kina albo na rolki z koleżanką. Dość szybko zamieszkaliśmy razem, bo obydwoje mieliśmy ciężko z finansami, a w ten sposób łatwiej było zaoszczędzić. I mniej więcej od momentu zamieszkania razem zaczęły się pojawiać problemy. Na początku takie bzdety, jak jego kilka gigantycznych świętych obrazów, które chciał porozwieszać w domu, a mi one tam strasznie nie pasowały. No ale to była błahostka, doszliśmy do kompromisu bez problemu i kilka zawiesił. Jednak potem dochodziły kolejne konflikty.
Pewnego dnia zarzucił mi, że po domu chodzę specjalnie wyzywająco ubrana, aby wciągnąć go do łózka. W rzeczywistości ja po prostu czasem przeszłam przez salon w bieliźnie, gdy np. zapomniałam czegoś wziąć ze sobą do kąpieli, a już się zaczęłam rozbierać do wanny. Nago nigdy mnie nie widział. Ostatecznie obiecałam, że nie będę się nawet w tej bieliźnie pokazywać, skoro jest to dla niego problem. Nawet to nie pomogło, bo mu coraz więcej rzeczy zaczęło przeszkadzać. Nagle zaczął bardzo mnie kontrolować, prosił nawet o dostęp do mojego konta w banku. Nigdy też nie zmuszał mnie do wiary, a w tamtym czasie bardzo naciskał, abym chodziła z nim do kościoła. Jednak najgorzej wspominam sytuację, gdy poprosiłam go, żeby pożyczył mi 20 zł na taksówkę do pracy, bo byłam spóźniona i przed wypłatą, a on stwierdził, że jasne, da mi, ale jak odmówię modlitwę. Dla niego była to taka jakby zapłata, często o to prosił. Zszokowana tym żądaniem po prostu wyszłam.
Dokładnie w tamtym czasie zaczęło do mnie docierać, że wcale nie jestem szczęśliwa w tym związku. Czułam się osaczona. Do tego doszło to, że praktycznie nie mieliśmy już o czym rozmawiać. Nie interesowało go to, co ja mam do powiedzenia, na co dzień jedyne co do mnie mówił to jakieś ciekawostki związane z religią czy kościołem albo losowe teksty o pogodzie i brudnej podłodze. Ale nie to zadecydowało o rozstaniu. Przejrzałam w pełni na oczy dopiero w momencie, gdy podczas jakiejś kłótni powiedziałam mu, że mam dość jego przesadzania z tą religią, a on jako odpowiedź po raz pierwszy w życiu uderzył mnie w twarz i powiedział, że nie życzy sobie, abym tak mówiła o jego wierze. Następnie wyszedł i kazał mi przemyśleć swoje błędy w tym czasie. Ale cóż, jak wrócił, zastał tylko list, że wracam do rodziców, a po resztę rzeczy wpadnę jutro. I w zasadzie tak się to skończyło.
O ile bardzo lubię uduchowionych facetów, to wiem, że już nigdy nie zwiążę się z osobą, która jest bardzo religijna.
6 lat temu zmarła moja mama (rodzice nie są już ze sobą ponad 20 lat, nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Ja mam teraz 26). Pomimo tego, że kocham mojego tatę, nie mogę zapomnieć momentu, jak go o tym poinformowałem. Zadzwonił do swojej kobiety i z uśmiechem na twarzy poinformował ją o tym, że moja mama nie żyje i mogą już wziąć ślub. Stałem dosłownie dwa kroki od niego.
Jutro idę do dentysty. Od lat nie bywałam, paniczny strach związany z traumą z dzieciństwa - wyrywanie mleczaka skończyło się złamaniem dziąsła...
Mam zdewastowane uzębienie w wieku 40+. Wstydzę się uśmiechać, rozmawiać...
Widzę, że córka się mnie wstydzi przed znajomymi.
Jem tylko miękkie rzeczy, bo nie mam czym porządnie pogryźć.
Idę jutro, co prawda mnie nie stać, nie mam żadnych oszczędności, ale MUSZĘ już coś z tym zrobić. Nie wiem jak to opłacę, ale coś wymyślę.
Mąż jest przy kasie, ale niechętnie się dzieli, za to chętnie mnie wyśmiewa.
Trzymajcie kciuki.
W młodości nie dostałam się na medycynę, o czym zawsze bardzo marzyłam. Ostatecznie skończyłam jako pielęgniarka, dzięki czemu mogę chociaż być blisko szpitali i chorych.
Kiedy tylko odkryłam, że mam bardzo zdolną córkę, mocno promowałam jej edukację - jakieś dodatkowe zajęcia itp. Do tego dodatkowe korki z biologii i chemii, by przygotować ją do matury jak najlepiej. Jej ojciec się w to szczególnie nie wtrącał, ale nie miał nic przeciw. Oczywiście miała dostać się na medycynę. I dostała się, z pierwszego naboru.
Dopiero dzisiaj powiedziała mi, że nie dostarczyła dokumentów, bo ona nigdy nie interesowała się medycyną, nie ma ochoty na nią iść i złożyła też za moimi plecami papiery na romanistykę, bo właśnie języki (szczególnie francuski) są tym, co uwielbia i tym chce się zajmować całe życie. Wcześniej nie miała odwagi mi powiedzieć, „bo przecież tobie tak bardzo zależało”.
Przepraszam, córeczko…
Dodaj anonimowe wyznanie