Gdybym to powiedział publicznie, zjechano by mnie z góry na dół, ale tutaj jestem chroniony.
Nienawidzę tego pieprzenia o "równych szansach" dla niepełnosprawnych.
O co chodzi?
Już tłumaczę.
W mojej szkole był niewidomy. Dodam, że przedmiot profilowany klasy, na którym byłem, ściśle wymagał sprawnego wzroku, a najmniejsza nieuwaga może doprowadzić do katastrofy, licznych poparzeń czy nawet śmierci w wyjątkowych przypadkach.
Gość cały czas na zajęcia przychodził z asystentem, w pracowni to on praktycznie wszystko robił mu, podawał, spisywał notatki i zapamiętywał.
Oczywistym było, że bez niego niewidomy nie tylko nie może funkcjonować w zawodzie, a nawet stanowi zagrożenie dla siebie i innych.
Nauczyciele przepuszczali go bez mrugnięcia okiem, oferowali specjalne wersje egzaminów i tok nauczania, nieraz obniżali poziom specjalnie dla niego.
Zdał śpiewająco, podczas gdy inni, nawet szkolne prymusy, niezwykle ciężkie egzaminy ledwo co zaliczali.
Czas na szkołę wyższą i... tak, zgadliście. Następny niepełnosprawny.
Chłopak na wózku, jakiś mocny niedowład rąk, prawdopodobne upośledzenie umysłowe, bo zachowywał się jak 15-latek.
Ponownie - szanse na faktyczną pracę efektywną zerowe. Szanse na śmiertelny wypadek bez opiekuna - gigantyczne.
I tak, ten też wszystko pozdawał.
Teraz poszedłem do pracy w zawodzie. Jest nas w laboratorium czworo, z czego pełnosprawnymi w sensie stricte jesteśmy tylko ja i kierowniczka. Pozostała dwójka to kobieta na wózku i chłopak z widocznymi problemami psychicznymi. Jak jeszcze tego ostatniego nie było, to jakoś dawaliśmy radę, ale laborant poszedł na emeryturę i szef zatrudnił tego gościa, "bo zniżka pracownicza".
Szukam nowej pracy i codziennie się boję o swoje życie widząc, jak ci goście mają w łapach odczynniki. Odskakuję kiedy mogę jak najdalej od nich. Nieraz od wykipienia aż po sam sufit substancji dzieliły nas tylko sekundy, bo albo jedno nie zdążyło wózkiem się dokulać do stołu, gdzie zostawiło probówkę, albo drugie się zawiesiło i patrzyło rozmarzonym wzrokiem jak żrąca piana idzie w górę szyjki.
Szef ich nie zwolni "bo nie", ulgi i mniejsze dla nich wypłaty są cenniejsze niż uszczerbek na zdrowiu personelu z nadszarpniętą psychiką.
PO JAKĄ CHOLERĘ SZKOLI SIĘ NIEPEŁNOSPRAWNYCH, KTÓRZY TYLKO SZKODZĄ?!
Po kiego grzyba już od szkół, które jasno powinny im pokazać drzwi, akceptuje się ich, zamiast prosto w twarz stwierdzić, że się nie nadają i żeby poszukali sobie innego zawodu? Dlaczego te *%&#!@ janusze biznesu zatrudniają ich, mimo iż widzą, że to piekielnie niebezpieczne dla wszystkich na zakładzie?
Wiem, że to dla ludzi kicających w krainie przyjaźni i miłości wokół jednorożców straszne oraz radykalne, ale według mnie niepełnosprawnym nie powinno się dawać możliwości studiować ani pracować w zawodach specjalistycznych.
Bo w końcu zniszczą życie innym.
Jestem aktualnie na wymianie studenckiej. Mieszkam w akademiku, w pokoju 4-osobowym. Nigdy wcześniej nie współdzieliłam pokoju z innymi osobami, lecz uczelnia wymaga, aby studenci z wymiany mieszkali na terenie kampusu. Mieszkam z dwiema dziewczynami z Azji oraz jedną z Kanady.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy przekonałam się jak dziwne, a nawet obrzydliwe rzeczy moje współlokatorki potrafią zrobić - a w szczególności jedna z nich. Brak higieny jest na porządku dziennym. Prysznic raz na kilka dni, szczoteczka do mycia zębów używana może raz na dwa tygodnie. Pokój nie jest spory, przez co zapach czasami bywa nieprzyjemny. W ciągu kilku ostatnich tygodni mój sen jest przerywany przez głośny oddech, poruszające się łóżko i dźwięki wydawane przez jedną ze współlokatorek. Tak, dziewczyna nie przejmuje się obecnością innych osób w pokoju i po prostu się masturbuje.
Jest to bardzo krępująca sytuacja. Nie wiem, czy powinnam zwrócić jej uwagę żeby zaczęła dbać o higienę lub wzięła pod uwagę fakt, że jej współlokatorki mogą czuć się niezręcznie, kiedy ona sobie dogadza co noc.
Jestem kobietą i podniecają mnie psy. Wiem, że to złe i staram się z tym walczyć, ale nic nie potrafię na to poradzić. Mam przy tym bardzo, bardzo wysokie libido i jednocześnie nie znoszę się masturbować. Za każdym razem odczuwam stres, że nie wyjdzie i tylko niepotrzebnie się zmęczę. Gdy widzę na ulicy psa, to dostaję takiej gorączki, że wręcz mnie piecze. Jeśli wywala język jest jeszcze gorzej. Moim największym marzeniem jest bycie wylizaną przez psa. Oglądałam takie filmiki i gdy już skończę, czuję do siebie obrzydzenie, kilka razy nawet wymiotowałam.
Jestem wściekła, gdy przeglądam strony z memami i widzę psa. W filmach jest jeszcze gorzej, gdy coś oglądam i pojawia się pies, to przewijam aby nie musieć na niego patrzeć i się podniecać. Jeśli sapie, to już kompletnie wariuję. Wiem, że to wzbudzi pogardę, albo zobaczę rady o pójściu do seksuologa... Nie wiem, co gadanie by mi mogło na to pomóc.
Wstyd mi za siebie. Moja przeszłość wyglądała tak, że byłam super konserwatywną przeciwniczką aborcji, która dumnie chodziła w marszach oraz pomagała finansować plakaty antyaborcyjne. No cóż, a gdy życie ostro mnie przycisnęło i zaledwie kilka dni po diagnozie raka płuc, zobaczyłam 2 kreski na teście, sama postanowiła ciążę przerwać. Żałuje tylko tego, że kiedyś byłam tak zaślepiona i wychodziłam z założenia, że macierzyństwo to taka prosta sprawa i nie da się nie pokochać dziecka. Po prostu wstyd mi.
Ps. Z rakiem walczę nadal, ale jest coraz lepiej.
Od dłuższego czasu mam zamiar zakończyć związek. O ile można to nazwać związkiem. Mieszka 5 km ode mnie, duże miasto, dostęp do komunikacji miejskiej ogromny, a mimo to widzimy się tylko w weekend przez parę godzin. Pracujemy w tych samych godzinach. Codziennie dwa telefony, rano i wieczorem. Ale od jakiegoś czasu, nie mam ochoty już nawet z nim rozmawiać. On jest wiecznie zmęczony i musi spać do południa. I nie, to nie jest depresja. Jest porostu leniwy.
Wolny dzień spędzam w domu, czekając aż książę wstanie i się łaskawie zjawi. On nie ma żadnych obowiązków, poza posprzątaniem mieszkania, pozmywaniem naczyń i zrobieniem prania. Czuję się bardzo samotna. Niczego razem nie robimy, bo po co, zresztą nie ma czasu, bo przychodzi wieczorami. Wystarczy, że jego była dziewczyna lubiła to co on. Ja też mam podobne zainteresowania, ale to się nie liczy. Nigdy nie byliśmy w kinie. Mieliśmy wspólnie zamieszkać, ale cały czas mnie zawodzi, kurczowo trzyma się swojego mieszkania i tak od 2 lat.
Obserwując rodziców nauczyłam się, że związek polega na wspólnej drodze, a nie na tkwieniu w strefie komfortu. Skoro on chce tam tkwić, to ja nie będę się narzucać. On takiego wzoru z domu nie wyniósł. Dla niego ważniejsze jest granie w gry i masturbacja do pornografii. To chyba ulubione zajęcia, na które traci mnóstwo czasu i energii. A kiedy ja się do niego dobieram, jest tak zużyty, że mu nie staje. Już zapomniałam jak wygląda sperma. Ma wiecznie puste jądra. To zaczyna być coraz bardziej wkurzające i żałosne. O problemie mówię mu wprost, on twierdzi, że to tylko przyzwyczajenie i dalej w tym tkwi. Zero poprawy. I nie, nie wyglądam jak pasztet. Nie jestem też pustą laleczką. Lubię seks i nie mam zamiaru żyć w celibacie. Być tylko dodatkiem do ręki i pornoli. Już nawet nie czuję obrzydzenia. Problemem jest to, że od zawsze moim marzeniem było zostanie matką trójki dzieci i żoną. Nigdy mu o tym nie powiedziałam, zresztą nikomu o tym nie mówiłam, bałam się, że ktoś mógłby mnie wykorzystać.
Wkrótce skończę 30 lat, życie ucieka przez palce, a z nim moje marzenie. Szkoda mi marnować czas na życie w samotności mimo związku. Życzcie mi powodzenia, abym jutro znalazła w sobie wystarczająco dużo siły aby zakończyć imitacje jednostronnego szczęścia raz na zawsze. Kto wie, może los się do mnie uśmiechnie i postawi na mojej drodze mężczyznę, a nie emocjonalnie upośledzonego dzieciaka, który ma 32 lata.
Jestem żałosna i nie jest to żebranie o atencję i współczucie, ale zwykłe stwierdzenie faktu. Nawet najlepszej przyjaciółce o tym nie powiem, bo zwyczajnie się wstydzę.
Kilka lat temu poznałam kogoś. Polubiłam go natychmiast - urzekł mnie poczuciem humoru, otwartym sposobem bycia, bezpośredniością. Zauroczyłam się sama nie wiem kiedy, a po dłuższym czasie zdałam sobie sprawę, że go kocham. Drobne zadurzenia już mi się zdarzały, a to było coś więcej. On był tym jedynym, co wiedziałam wtedy i nadal tak uważam.
Nie czułam, że na niego zasługuję, ale mimo strachu przed odrzuceniem zaczęłam działać. Zamiast rzucać się na głęboką wodę z poważnymi deklaracjami, po prostu zaczęłam spędzać czas z nim nie tylko w grupie naszych wspólnych znajomych, ale sam na sam. A to wyjście do kina, a to jakieś łyżwy, a to coś. Wydawało mi się, że powoli idzie to w dobrym kierunku. Wtedy popełniłam ogromny błąd. Zaufałam niewłaściwej osobie.
Nasza wspólna przyjaciółka była świeżo po przykrym rozstaniu, nadal nieszczęśliwie zakochana w byłym. Mimo to miała wokół siebie pozytywną aurę, aż chciało się z nią rozmawiać. Kiedy więc spytała o nastawienie względem "mojego" chłopaka, po długim wahaniu zwierzyłam się jej ze wszystkiego. Obiecała mnie wspierać w tej sprawie, a ja ucieszyłam się, że mam takiego sojusznika. Znała moje nadzieje i obawy, wiedziała, jak mi zależy. I nagle któregoś dnia mi mówi: "Słuchaj, nic z tego nie będzie, rozmawiałam z nim". Śmiejcie się jeśli chcecie, że tak to przeżywam, ale świat mi się wtedy załamał. Tamtego dnia coś zwyczajnie we mnie umarło, ale miało być gorzej. Mimo że zakochana w innym, "przyjaciółka" zaczęła kręcić się przy moim niedoszłym wybranku, mnie jednocześnie zapewniając, że tylko mi się wydaje. Nie wydawało się. Gdy oficjalnie zostali parą, usłyszałam od niej, że on i tak by mnie nie chciał, a ona musi już myśleć o stabilizacji. Nie minęło wiele czasu, gdy wspólna grupa znajomych bez słowa wyjaśnienia wyrzuciła mnie ze swojej paczki, bo w przeciwnym wypadku "byłoby niezręcznie", jak wyraziło się jedno z nich. Sami dorośli ludzie, to nie były lekkomyślne dzieciaki z sianem zamiast mózgu.
Nadal nie umiem normalnie po tym funkcjonować, nadal mnie to boli. Oni są po ślubie, z dzieckiem. Ma "przyjaciółka" tę swoją stabilizację...
Przeglądam często ich wspólne zdjęcia na Facebooku, czytam jej posty, mimo upływu czasu dalej żyję tamtymi wydarzeniami. Analizuję, jak ona wygląda na danym zdjęciu, staram się powielić jej styl; na co dzień myślę co by zrobiła w danej sytuacji, co by powiedziała. Czuję przymus jej kopiowania.
Nie umiem już nawiązywać i utrzymać nowych znajomości, myśl o ponownym zakochaniu się jest dla mnie odpychająca, nie panuję nad swoim życiem. Czuję, że nie mam nic, podczas gdy ona dostała wszystko, czego pragnęłam.
Moi rodzice są razem od ponad 25 lat. Doczekali się trójki dzieci: mnie oraz moich dwóch młodszych braci. Wiadomo, jakieś konflikty w domu były, ale naprawdę zagwarantowali nam cudne dzieciństwo i dzisiaj, już jako studentka, mam z nimi bardzo przyjazne stosunki i bardzo lubię wracać do rodzinnego domu.
Dzisiaj mało kto wie, że zanim zostali małżeństwem, moja mama miała innego męża, którego potem zdradziła z moim tatą. Jak się dowiedziałam od cioci, pierwsze małżeństwo mojej mamy były bardzo nieudane - mama poślubiła go krótko po osiągnięciu pełnoletności, wiecznie się kłócili i nawet podniósł na moją mamę rękę kilka razy. Potem poznała mojego tatę i znajomość szybko się przerodziła w romans, który sprawił, że mama wystąpiła o rozwód i związała się, już oficjalnie, z moim tatą.
Co w tym anonimowego?
Niedawno zepsuło mi się coś w samochodzie i pojechałam do poleconego mi przez kolegę warsztatu. Jeden z mechaników patrząc na moje nazwisko zapytał, czy XY jest moją mamą. Odpowiedziałam, że tak i spytałam się, skąd ją zna.
Nie spodziewałam się jednak, że splunie mi pod nogi i nazwie mnie "córką k*".
Tak mnie tym zszokował, że jedyne, co byłam w stanie zrobić, to wsiąść w samochód i stamtąd odjechać. Bluzgi i inwektywy (m.in. że na pewno jestem puszczalska) padały w moją stronę nawet wtedy, kiedy hamując łzy starałam się uruchomić moje auto.
Już będąc w akademiku zabrałam się za szukanie informacji o tym mechaniku - tak, był to były mąż mojej mamy. Wedle jego profilu na Facebooku, ma żonę oraz dzieci.
Nie opowiedziałam o tym zdarzeniu moim rodzicom (ani nikomu innemu) - nie chcę, żeby im było przykro. Może i moja mama zdradziła kiedyś tego mechanika, ale uważam, że razem z tatą tworzą świetny związek i cóż - gdyby się nie spotkali, to na tym świecie nie byłoby mnie oraz moich braci i nie miałabym tak fajnej rodziny.
Mój tato jest alkoholikiem. Takim, który wychodzi rano do pracy, a wraca wieczorem narąbany i idzie spać. Nie awanturuje się, nie bije nas, zarabia.
Jednak widzę, jak mama to przeżywa. Z boku jesteśmy normalną rodziną. Ale nikt nie wie, co się dzieje w domu. Mama ma męża, ale jakby go nie miała. Rozmowy z nim nie mają sensu, bo on nie widzi problemu, że wypije po pracy piwko. Niby jedno. A musi ich być kilka, skoro w takim stanie wraca. Błagałam go, prosiłam, krzyczałam, ale nic z tego.
Miesiąc temu potrącił mnie samochód. Trafiłam nieprzytomna do szpitala. Potrącił mnie pijany kierowca, który jechał z dzieckiem. Im się nic nie stało. Ja natomiast miałam połamane żebra, wstrząs mózgu, złamaną nogę i... straciłam rękę. Amputowano mi dłoń.
Świat się dla mnie załamał. Mam 20 lat, a nie mam dłoni. Dalej nie umiem się z tym pogodzić. Nie dam rady odwinąć bandaża. Zmieniać opatrunki musi mama.
Od mojego wypadku tato nie wypił kropli alkoholu. Gdy leżałam w szpitalu nieprzytomna obiecał, że jak z tego wyjdę, to nie tknie alkoholu. Na razie mu się udaje.
W końcu widzę mamę w innym humorze. Widzę, że jest jej cholernie smutno z mojego powodu. Wiem, że płacze po nocach. Ale w końcu ma męża, z którym może porozmawiać. A to wszystko dzięki mojemu wypadkowi.
I mimo że nie umiem się pozbierać po tym, że jestem kaleką, to jakaś część mnie się cieszy, że dzięki temu znów mam kochającą rodzinę.
Jako dziecko byłem nieziemskim gadułą (zresztą do tej pory mam gadane). Nieważne co - gadałem, śpiewałem, recytowałem nawet milion razy dziennie to samo. Nie bardzo się przejmowałem prośbami i upomnieniami rodziców, zazwyczaj po prostu rozmawiali kiedy chciałem obejrzeć bajkę, czasem traciłem na pewien czas zabawkę, oczywiście też miałem wiele razy tłumaczone, że czasem warto być cicho. Nie przejmowałem się, żadna gorsza kara mnie nie mogła spotkać, bo moi rodzice to przeciwnicy bicia.
Kiedy miałem jakieś pięć-sześć lat, moją mamę dopadła grypa żołądkowa. Była tak wyczerpana, że zasnęła na kanapie. Oczywiście ojciec i dziadek pilnowali mnie, żebym zostawił mamę w spokoju, bo aż mnie skręcało i niezłą mieli ze mną przeprawę. Po południu tata musiał iść na dłużej do toalety. Zapowiedział, że jeśli obudzę mamę, zaklei mi buzię taśmą. Oczywiście nie wziąłem tego serio, więc kiedy dziadek poszedł sprawdzić kto dzwoni do drzwi, wskoczyłem na kanapę obok mamy i zacząłem głośno śpiewać. Naturalnie ją obudziłem. Dziadek bardzo szybko zniósł mnie do kuchni i ochrzanił. Ojciec od razu zrozumiał, że narozrabiałem. Kazał dziadkowi mnie porządnie przytrzymać i odciął kawał szerokiej taśmy. Byłem pewien, że chcą mnie tylko postraszyć, ale ojciec zakleił mi usta od ucha do ucha.
Zaprowadził mnie do mojego pokoju i powiedział, że jeśli chcę pozbyć się taśmy do kolacji, sam mam ją zdjąć, przynajmniej zajmę się czymś w milczeniu.
Taśmę odkleiłem sam, bolało jak diabli. Ojciec co jakiś czas do mnie zaglądał.
Traumy żadnej nie mam, ojca się nie boję. Nauczyłem się za to, że czasem warto dać odpocząć innym od swojego gadulstwa.
Pracuję na nocne zmiany już od kilku lat, więc jak każdy normalny człowiek rano śpię. Dziś ok. 9:30 obudził mnie dzwonek do drzwi. Otwieram zaspana i w piżamie z króliczkiem. A tam kto? Świadkowie Jehowy.
ŚJ: Czy wie pani, kto rządzi światem?
Ja: Nie wiem. Ale na pewno nie ja. Pomylili panowie adres.
W życiu nie widziałam Jehowych zanoszących się od śmiechu, a tu proszę...
Dodaj anonimowe wyznanie