#8rAnD
Nienawidzę tego pieprzenia o "równych szansach" dla niepełnosprawnych.
O co chodzi?
Już tłumaczę.
W mojej szkole był niewidomy. Dodam, że przedmiot profilowany klasy, na którym byłem, ściśle wymagał sprawnego wzroku, a najmniejsza nieuwaga może doprowadzić do katastrofy, licznych poparzeń czy nawet śmierci w wyjątkowych przypadkach.
Gość cały czas na zajęcia przychodził z asystentem, w pracowni to on praktycznie wszystko robił mu, podawał, spisywał notatki i zapamiętywał.
Oczywistym było, że bez niego niewidomy nie tylko nie może funkcjonować w zawodzie, a nawet stanowi zagrożenie dla siebie i innych.
Nauczyciele przepuszczali go bez mrugnięcia okiem, oferowali specjalne wersje egzaminów i tok nauczania, nieraz obniżali poziom specjalnie dla niego.
Zdał śpiewająco, podczas gdy inni, nawet szkolne prymusy, niezwykle ciężkie egzaminy ledwo co zaliczali.
Czas na szkołę wyższą i... tak, zgadliście. Następny niepełnosprawny.
Chłopak na wózku, jakiś mocny niedowład rąk, prawdopodobne upośledzenie umysłowe, bo zachowywał się jak 15-latek.
Ponownie - szanse na faktyczną pracę efektywną zerowe. Szanse na śmiertelny wypadek bez opiekuna - gigantyczne.
I tak, ten też wszystko pozdawał.
Teraz poszedłem do pracy w zawodzie. Jest nas w laboratorium czworo, z czego pełnosprawnymi w sensie stricte jesteśmy tylko ja i kierowniczka. Pozostała dwójka to kobieta na wózku i chłopak z widocznymi problemami psychicznymi. Jak jeszcze tego ostatniego nie było, to jakoś dawaliśmy radę, ale laborant poszedł na emeryturę i szef zatrudnił tego gościa, "bo zniżka pracownicza".
Szukam nowej pracy i codziennie się boję o swoje życie widząc, jak ci goście mają w łapach odczynniki. Odskakuję kiedy mogę jak najdalej od nich. Nieraz od wykipienia aż po sam sufit substancji dzieliły nas tylko sekundy, bo albo jedno nie zdążyło wózkiem się dokulać do stołu, gdzie zostawiło probówkę, albo drugie się zawiesiło i patrzyło rozmarzonym wzrokiem jak żrąca piana idzie w górę szyjki.
Szef ich nie zwolni "bo nie", ulgi i mniejsze dla nich wypłaty są cenniejsze niż uszczerbek na zdrowiu personelu z nadszarpniętą psychiką.
PO JAKĄ CHOLERĘ SZKOLI SIĘ NIEPEŁNOSPRAWNYCH, KTÓRZY TYLKO SZKODZĄ?!
Po kiego grzyba już od szkół, które jasno powinny im pokazać drzwi, akceptuje się ich, zamiast prosto w twarz stwierdzić, że się nie nadają i żeby poszukali sobie innego zawodu? Dlaczego te *%&#!@ janusze biznesu zatrudniają ich, mimo iż widzą, że to piekielnie niebezpieczne dla wszystkich na zakładzie?
Wiem, że to dla ludzi kicających w krainie przyjaźni i miłości wokół jednorożców straszne oraz radykalne, ale według mnie niepełnosprawnym nie powinno się dawać możliwości studiować ani pracować w zawodach specjalistycznych.
Bo w końcu zniszczą życie innym.
Autor ma rację. Ja jako w pełni sprawna osoba nie wtykam się w zawody, których wiem, że nie podołałabym. I tak samo powinno być z tymi niepełnosprawnymi. Nikt im nie broni mieć zainteresowań czy hobby, ale skoro startują do tego zawodu nie powinni mieć przywilejów np. w postaci łatwiejszych egzaminów, bo to jest faworyzownie i dyskryminacja, ale tych pełnosprawnych. Tak piszą w komentarzach, że ci niepełnosprawni powinni mieć równe prawa ale powiedzcie chcielibyście spotkać się ze specjalistą, który miałby w rękach wasze życia bądź najbliższych. Wątpię.
Otóż to. Tolerancja skończy się tam, gdzie zacznie być zagrożone wasze życie.
Podam przykład z życia wzięty: dziewczyna z mózgowym porażeniem dziecięcym i stwierdzoną lekką niepełnosprawnością intelektualną oraz ruchową jest na studiach pielęgniarskich. Nie radzi sobie z nauką i pomimo że już kończy studia nie potrafi np. pobrać krwi, wykonać prostych czynności przy pacjencie, nie umie współpracować z ludźmi. Ale przechodzi z roku na rok i nie zawala przedmiotów, bo żaden asystent nie chce zostać posądzony o dyskryminację niepełnosprawnych.
Myślę, że w tym momencie kończy się wasza tolerancja dla niepełnosprawnych wykonujących zawody, które nie są dla nich odpowiednie. Ta osoba za rok skończy studia i może być osobą, która będzie dla was przygotowywać leki i je podawać, może też zajmować się waszą babcią w domu opieki. Dalej uważacie, że każdy ma prawo wykonywać dowolny zawód nawet jeśli jest do niego zupełnie nieprzystosowany?
@digoksyna, jestem w szoku. Sama jestem po położnictwie, które ma mnóstwo wspólnego z pielęgniarstwem i nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak można taką osobę przyjąć na ten kierunek i jeszcze przepychać cały czas dalej. Przecież jasne, że ona się nie nadaje do tej pracy. To może okrutne i przykre, ale tak jest. Tu trzeba być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej.
Jasne, że zawsze może się takiej pielęgniarce czy położnej przydarzyć wypadek i po 20 latach pracy nie będzie mogła wykonywać zawodu. Ale kształcić kogoś w tym kierunku, mimo że nigdy nie powinien w tym zawodzie pracować? Jeszcze podam argument dla tych, którzy powiedzą, że kto się zabroni kształcić, przecież tym nikomu krzywdy nie robi. No nie do końca. Na tych studiach 2/3 godzin w programie nauczania to praktyki zawodowe. W szpitalach, przychodniach, z PRAWDZIWYMI pacjentami, którym wykonujemy różne zabiegi, przygotowujemy leki itd. Więc w tym przypadku tak, zabroniłabym takiej osobie studiować ten kierunek.
Pamiętam jak widziałam filmik z pokazem sztuk walki. Było na macie kilka osób i chłopak z nierozwiniętymi kończynami. Dobra, ok, fajna sprawa, bo chłopak miał zainteresowania. Ale! Podczas tego pokazu była konfrontacja pomiędzy zawodnikami. I tak, ten chłopak 'spuscił łomot' przeciwnikowi. Nie mam nic do ludzi niepełnosprawnych, ale to co było na tym filmiku wolało o pomstę do nieba. Raz, że ten chłopak podczas pokazu wyglądał jakby próbował się wyswobodzić z kaftana bezpieczeństwa, bo te jego ruchy sprowadzały się do mocnych szarpnięć ciałem. Dwa, to to, że wmawia się ludziom niepełnosprawnym, że mogą wszystko, ale jakby przyszło do prawdziwej walki, to tego chłopaka wystarczyłoby mocniej pchnąć i już byłoby po nim. Jak napisałam wyżej- nie mam nic do niepełnosprawnych, ale to co ludzie często robią w dobrej wierze, tak naprawdę jest krzywdą i wystawianiem na pośmiewisko. Głośno nie można tego powiedzieć, bo zaraz jest się złym, bezdusznym i bez serca, ale wychodzę z założenia, że lepsza najgorsza prawda niż najsłodsze kłamstwo.
Widzialem kiedys ten filmik, ten taki maluczki to byl. Fajnie ze ma pasje i ja realizuje, ale faktycznie mieszane uczucia bo to budzi politowanie.
Też to widziałam. Żałosne było. Zainteresowanie, zainteresowaniem - problem w tym, że to był jakiś turniej i się ludzi tym prawie kadłubkiem zachwycali, gdzie w praktyce jedyne ze sztuk walki co mógł znać to teoria - bo walczyć w żaden sposób nie był w stanie.
Moim zdaniem jeśli osoby niepełnosprawne chcą równouprawnienia powinny mieć egzaminy na tym samym poziomie. No chyba aż takir ułatwienia na egzaminie to nie jest równe traktowanie.
Miałem kiedyś pewną sytuację, mniejszej wagi, ale jednak.
Wakacje, nastoletni ja i masę kumpli. Dzień jakby chłodniejszy, więc wraz z kumplami wylegliśmy na boisko i pykamy sobie wesoło w gałę. W pewnym momencie podchodzi do nas jakaś Pani, wyglądającą na sympatyczną. Podchodzi z synem. Kule, nogi dosłownie jak makaron. Pani pyta się, czy syn może z nami zagrać. Gra zamiera, wszyscy patrzymy się po sobie i nie mamy pojęcia, co powiedzieć. W końcu, mój dobry przyjaciel zdobywa się na odwagę i mówi chyba najdelikatnjej jak się da, że raczej trudno by było chłopakowi choć kopnąć piłkę. "Jak śmiesz?! Przecież jest taki sam jak wy wszyscy, czym się od was różni?!" Zabrała syna i poszła sobie, mówiąc uprzednio, że porozmawia z naszymi nauczycielami.
Wiem, że niepełnosprawne dziecko to koszmar. Nie wyobrażam sobie, jak trudno może być rodzicom je zaakceptować. Przykro mi to mówić, ale od tamtego czasu zauważyłem, że straszne irytuje mnie wypieranie przez rodzica faktu niepełnosprawności dziecka. Kiedy ktoś mi mówi, że jego niepełnosprawne dziecko jest takie samo jak wszyscy, mam ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że tak nie jest.
W sumie tyle, i tak się rozpisałem. Osądźcie mnie jak chcecie.
Dokładnie! Zamiast nauczyć taką osobę akceptacjii siebie i sytuacji w jakiej sie znajduje, to ludzie z litości próbują wykreować takiej osobie jakiś fałszywy obraz samego siebie.
Po napisaniu matury próbowałem dostać się na studia w jednym z takich zawodów. Pomimo prawie 800 pkt nie dostałem się. Za to niepełnosprawni fizycznie i umysłowo dostawali się bez problemu mając punktów zaledwie 200 - bo są niepełnosprawni.
Zgadzam się. Na mojej uczelni był koleś z żółtymi papierami. Był chory psychicznie, miał problemy z agresją itd. Prowadzący na zajęciach, na których mieliśmy żrące odczynniki skakali wokół niego i byli w ciągłym stresie. Koniec końców sam zrezygnował. Ale usunąć takiego delikwenta ciężko. Poważne zaburzenia psychiczne powinny dyskwalifikować ludzi z tego typu studiów, a nie im zapewniać immunitet.
Istnieje coś takiego jak lekarz medycyny pracy, który wskazuję czy dana osoba powinna pracować w danym zawodzie. Bardzo często już na etapie szkoły średniej trzeba przynieść taki papierek.
Osoby niepełnosprawne powinny mieć dostęp na równi z osobami pełnosprawnymi do edukacji czy zatrudnienia a lekarz medycyny pracy powinien wyraźnie napisać, że są przeciwwskazania do wykonywania danego zawodu.
Ciężko mi uwierzyć, że takie sytuacje jak w opisanej historii w ogóle mają miejsce.
Syn mojej koleżanki chciał iść do technikum na elektromechanika nie dostał zgody od lekarza bo nie rozróżnia kolorów.
@derp, co do lekarzy, którzy muszą przebadać przed zatrudnieniem w szpitalu się zgodzę, raczej nie dopuściliby takiej osoby do pracy. Ale na studiach różnie z tym bywa... Moje badanie w medycynie pracy przed rozpoczęciem studiów wyglądało tak, że lekarka spojrzała na mnie znad okularów, zapytała czy wszystko ok, rzuciła okiem na wyniki badań z sanepidu i na podstawie tego zaawansowanego badania wypisała mi zaświadczenie, że mogę studiować na kierunku medycznym :) Więc do nauki mogą dopuścić różne osoby, również te, które nie powinny wykonywać później zawodu.
@derp, ależ tak, ja się z Tobą zgadzam, tylko właśnie zaznaczyłam, że różnie bywa z tą medycyną pracy, która powinna być takim sitem, odsiewającym tych co się nie nadają, już nawet na etapie studiów, a nie jest. A z tą pracą to już w ogóle jest jakieś kuriozum. Jak mówisz - podejrzana sprawa.
Czytając to myślałam, dobra, niech sobie się uczą i mają te wyższe oceny. I tak ich nie zatrudni. A jednak znaleźli zatrudnienie, mimo, że się do pracy tej nie nadają. Trochę rozumiem autora, jak i te osoby niepełnosprawne. Chciałyby mieć równe szanse i jestem pewna, że wolabyly być sprawne, ale szkoda, że wybrały sobie zawód do którego się nie nadają i stwarzają zagrożenie same sobie i otoczeniu. I poniekąd zabierają pracę osobom, które się do tego nadają i są naprawdę wykształcone, a nie przepchnięte. Z drugiej strony nie są zamknięte w czterech ścianach i starają się żyć jak każdy zdrowy.
Super, to daltonista nie może być kierowca zawodowym, a niewidomy może bawić się substancjami wybuchowymi... Hmm coś chyba poszło nie tak
Trochę nie rozumiem, jak te osoby przeszły testy. Teraz przecież nawet uczelnie wymagają na niektóre kierunki zaświadczenia z Medycyny Pracy.