#idXrr

Od dziecka byłem dziwny, rzeczy które mnie interesowały były przeciwieństwem tego co akurat interesowało ludzi w moim wieku. Ponieważ moja osobowość odstawała od reszty, w dzieciństwie byłem bardzo bity przez rówieśników, ojciec dołożył swoje, do dzisiaj panicznie boje się młodych chłopaków, a mam już 32 lata. Gdyby tego wszystkiego było mało, to do pakietu dorzucę jeszcze molestowanie przez starszego syna sąsiadów.


Teraz kiedy jestem już dorosły, mieszkam sam, żyje zupełnie w swoim świecie, nie umiem zbudować żadnych relacji, szczerze nie znoszę ludzi, mam nerwice, stany lękowe, mówię sam do siebie, w środku gdzieś marzę o tym, żeby żyć jak inni, ale nie umiem. Nie wiem co to jest wspólne wyjście do pubu, knajpy czy na koncert, nie wiem co to znaczy pójść na basen, plażę czy nad jezioro.


Unikam takich miejsc, bo wywołują we mnie paniczny strach przed ludźmi. Nie użalam się nad sobą, nie zrozumcie mnie źle, przyjąłem sytuację taką jaką jest, nie wyje po nocach, nie mam depresji i nie chce się zabić. Kiedyś chciałbym mieć odwagę i tak jak zwykły człowiek wyjść gdzieś na miasto, spotkać się z kimś. marzę o tym by spędzać wakacje z kimś, pojechać nad morze...


Cały mój świat to moje mieszkanie gdzie się zamykam i rozmyślam, niestety nie mam rodziny, moi rodzice wyjechali lata temu za granicę, a rodzina która została, wyrzekła się dziwadła, które nie pasuje do ich światopoglądu.


Święta, urlopy i wolne dni spędzałem sam w bezpiecznym kokonie swojego mieszkania... właściwie do czasu, kilka miesięcy temu okradli mi moje gniazdko i wytrąciło mnie to totalnie z równowagi, straciłem bezpieczny azyl i poczucie bezpieczeństwa. Jak na dziwaka przystało po pięćdziesiąt razy dziennie sprawdzam czy mam zamknięte drzwi i okna, rolet właściwie nie podnoszę, bo boje się, że ktoś stoi za oknem, którego właściwie też prawie nigdy nie uchylam. Marze o normalności, nikomu o tym nie opowiadałem, bo i właściwie nie mam komu, dlatego piszę o tym wam, drodzy anonimowi.

#x7JEP

Będzie krótko i to dosłownie.

Mam 23 lata i długość przyrodzenia nie większą niż 10 cm. W zeszłym roku miałem swój pierwszy raz i nie ukrywam, że bardzo się stresowałem, że jestem nieadekwatny, po wszystkim dziewczyna dała mi do zrozumienia, że była wysoce niezadowolona z mojego sprzętu co wywołało u mnie ogromny kompleks oraz brak pewności siebie.

Nie ukrywam, że nie wyobrażam sobie moich przyszłych stosunków przez to.

#UqznL

Stresuje mnie ABSOLUTNIE wszystko, ale od początku.
Wśród znajomych uchodzę za osobę wyluzowaną, z dystansem do życia i do siebie. Za kogoś kto na chłodno przyjmuje wszystko do wiadomości, analizuje i rozwiązuje problem, jeżeli sytuacja tego wymaga.
Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna.

Może to już trochę śmieszne, ale mnie stresuje wszystko i każda sytuacja w życiu.
Od tych poważnych typu zapłata raty w banku, która musi wyjść najpóźniej 5 dni przed terminem, bo co jeżeli nie dojdzie? Aż na samą myśl robi mi się niedobrze. Do pracy muszę wyjść 1,5h wcześniej, chociaż dojazd zajmuje mi 45 min.

W głowie zawsze mam myśl: A co jeżeli tramwaj się spóźni? A jeżeli będzie wypadek i nie zdążę? Najbardziej szaleję, gdy ktoś popełni błąd i przez to coś w moim planie dnia się psuje. Dziś ktoś nie odnotował wpłaty czesnego za moje studia, które przelałam 7, a mamy już 17. Nie zasnę, chociaż wiem, że środki wpłynęły na ich konto. Stres zżera mnie od środka, nie mogę spać, jeść, ani myśleć. Żołądek obraca mi się już chyba na drugą stronę.

Niestety, żeby było lepiej, ten stan wywołują nawet krzywo odstawione buty, niepewność czy wyłączyłam kuchenkę wychodząc z domu, czy też to, że rano nie umyłam kubka po kawie. Wszystko musi mieć swoje miejsce i swój czas wykonania. Jednak jak to w życiu, nie wszystko jest od nas zależne, czasem zdarzają się sytuacje losowe.

Czuję wtedy ogromną frustracje i jak gotują mi się wszystkie obwody pod kopułą.
Nikomu o tym nie powiem, bo już kiedyś jak o tym wspomniałam, to wszyscy się zaśmiali, bo gdzie ja taki luzak, miałabym się czymś przejmować.
Morału nie ma, chciałam się Wam tylko wygadać.

#DG5sD

Nigdy nie wierzyłam w zjawiska paranormalne, chociaż bardzo chciałam - jestem wielką fanką fantastyki, kręcą mnie alternatywne światy, duchy, demony i inne wróżki. Po prostu choćbym nie wiem jak się starała, to nie potrafię się przekonać do ich rzeczywistego istnienia. Nigdy nie bałam się ciemności, odgłosów w domu. Wszystko zmieniło się jakieś dwa tygodnie temu. Wiecie, mówią, że do trzech razy sztuka. To była taka trzecia paranormalna sytuacja w moim mieszkaniu.

Pierwsza wydarzyła się kilka lat temu. Siedziałyśmy z mamą w pokoju, nagle usłyszałyśmy huk, więc idziemy do salonu sprawdzić, co tam się podziało. Bukiet uschniętych róż, który od zawsze stał na półce w rogu, był postawiony pionowo na środku pomieszczenia. Pionowo. A wazon rzucony gdzieś w kąt. Jakim cudem? Nie wiem. Nie pytajcie. Zapomniałyśmy o całej sprawie.

Druga miała miejsce chyba w zeszłym roku. Ściany w moim pokoju są obklejone wielkimi plakatami, a pewnej nocy odkleiły się wszystkie. Wszystkie naraz.

I wreszcie trzecia, czyli ta, przez którą do dziś nie mogę spokojnie zasnąć. Moja mama wyjechała do swojego partnera na kilka dni, ja w tym czasie odwiedziłam mojego przyjaciela z drugiego końca Polski. Dom zostawiłam w idealnym stanie, był pusty przez kilka dni. W końcu mama wróciła, dzwoni do mnie i pyta, czemu wszędzie porozrzucane są jakieś małe kawałki plastiku. Oczywiście nie wiem, o co chodzi, bo przecież nic mi nie spadło, mieszkanie było czyste. Ktoś się włamał? Po jakimś czasie wróciłam, nic szczególnego się nie działo, żyłyśmy jak zwykle. Aż pewnego dnia mama chciała użyć starego lakieru do włosów, schowanego gdzieś w głębi szafy. Był na miejscu. Z dziurą na środku zakrętki. Tak, to były te kawałki plastiku.

Od tamtej pory mam ataki paniki i każdy dźwięk przyprawia mnie o dreszcze, momentalnie oblewam się zimnym potem, potrafię obudzić się w środku nocy ze stanem przedzawałowym.

I wiecie co? W sumie nadal ciężko mi uwierzyć w duchy. Ale nie potrafię znaleźć na to wszystko logicznego wyjaśnienia.

#PDCIK

Ja naprawdę czegoś tu nie rozumiem...

Jestem w związku z moim chłopakiem od 5 lat. Pierwsze 2 lata to była ciągła walka - miał problem z alkoholem i narkotykami, depresja, lęki i parę innych problemów, przez co nie pracował i był na moim utrzymaniu. Po tych 2 latach walki udało mu się w końcu zacząć terapię i w końcu zaczynał żyć normalnie, dzięki czemu udało mu się znaleźć pracę związaną z jego pasją i w tej chwili zarabia więcej ode mnie.

Odkąd z nim jestem, przewija się przez nasze życie grupka znajomych, jeszcze z czasów szkolnych mojego chłopaka. Zawsze powtarzali, jaka ja nie jestem wspaniała, że tak mu pomogłam, że tak dbam cały czas o niego, niektórzy nawet wprost nam mówili, że zazdroszczą nam tak wielkiej miłości. Ale... Kilka dni temu mój chłopak mi się oświadczył (oczywiście powiedziałam TAK :)). Na social media nie jestem za bardzo aktywna, jednak tym wydarzeniem postanowiłam się podzielić że światem i...

Tyle hejtu, ile otrzymałam w ostatnich dniach, nie doświadczyłam przez całe życie. Zostałam hieną, materialistką, panią do towarzystwa - a to najłagodniejsze z określeń. Zarzucają mi, że traktuję mojego chłopaka jak bankomat, że pewnie będzie ślub i zaraz potem rozwód, żebym mogła mu zabrać majątek i dom, gdzie ten dom jest mój - dostałam go w spadku po siostrze mojej mamy. Mówią to ci sami ludzie, którzy znają doskonale naszą historię i nie raz jego nazywali pasożytem, a teraz to ja nim zostałam. Naprawdę nie potrafię pojąć tej nagłej zmiany nastawienia. Tak nam kibicowali, a teraz obrzucają mnie błotem? Generalnie w innej sytuacji bym jak zawsze po prostu olała to co mówią, ale teraz, kiedy niszczą moje szczęście, to po prostu boli. Nie wiem skąd w ludziach tyle nienawiści i nie wiem jak sobie poradzić z tą sytuacją. Chyba pozostaje tylko rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady...

#711SB

Gaslighting. Pojęcie, z którym pewnie niewielu z Was się spotkało, ale wielu z Was mogło stać się jego ofiarą. 

Mojego partnera poznałam wiele lat temu. Była to miłość od niej wejrzenia i od razu zostaliśmy parą. Kupował mi kwiaty, zabierał w różne miejsca, myślałam że spotkałam ideał. Moja rodzina go uwielbiała nie wiedząc, że rok później rozpoczął się mój koszmar. Zaczęło się niewinnie. Kontrolowanie mojego telefonu, włamywanie się na moje media społecznościowe, ograniczenie mi spotkań ze znajomymi, bo podobno się źle prowadzą. Tak oto dałam się zamknąć w "złotej klatce".

Pewnie pomyślicie sobie, ze byłam słaba psychicznie i mało asertywna toteż dałam sobie wejść na głowę. Otóż zaraz po studiach zaczęłam pracę w dużej korporacji, gdzie na ten moment zarządzam setką osób z dużym powodzeniem. Ale kiedy tylko pojawiał się on, mój oprawca, nagle odejmowało mi mowę i posłusznie dałam sobie wmawiać kolejne bzdury.

Doszło do tego, że tylko on decydował co leci w telewizji, on podejmował decyzję co kupujemy do jedzenia, kiedy idziemy spać. Nie mogłam nawet włączyć swojej muzyki, zaproponować wyjścia z domu czy pofarbować włosów na kolor jaki to ja wybiorę. Subtelnie zostałam pozbawiona własnego zdania, a próby odzyskiwania decyzyjności kończyły się zarzutem, że "rozpoczynam kłótnie o nic". Cały czas byłam poniżania, niewystarczająco zadbana, niewystarczająco dobra.

Źle gotowałam, miałam nie taką fryzurę czy zły kolor paznokci choć, gdy jakaś inna dziewczyna taki miała to było ok. Wielokrotnie zostałam wyzwana od najgorszych, gdy tylko zobaczył, że piszę z jakimś kolegą, doszło nawet do przemocy fizycznej. Rodzina i bliscy problem widzieli oczywiście we mnie. I ja też widziałam w sobie, bo myślałam, że gdybym była lepszą dziewczyną może wtedy zasłużyłabym na jego miłość i szacunek. Wierzyłam, że nie byłam wystarczająco dobra dla niego.

Na co dzień nie miał znajomych, twierdził że wystarczam mu ja. Ale gdy maraton gnębienia osiągał punkt kulminacyjny i przechodziłam kolejne załamanie nerwowe, on nagle mnie zostawiał i diametralnie zmieniał życie zostając imprezową duszą towarzystwa. Nagle znajdował kolegów i zaliczał ich dziewczyny. Gdy to mu się nudziło znów odzywał się do mnie jak gdyby nic się nie stało. I znów stawał się pozornym chłopakiem z zasadami. Z zasadami, które tylko mnie obowiązywały. Bo gdy znów przeobrażał się w swoją drugą wersję przestawało się liczyć czy dziewczyna zaliczyła pięciu czy stu kolesi.

Czy świeci tyłkiem i cyckami na Instagramie przed tysiącami osób. Lub czy zmienia chłopaków co tydzień lub czy zalicza skok w bok. Ważne, że ja rozmawiałam z kolegą z pracy i dostałam miano puszczalskiej. Obecnie jestem po 7 załamaniu nerwowym i dwóch próbach samobójczych. Mój kat bawi się w najlepsze. Ja czuję się jak śmieć.

#aGMTG

Opowiem Wam o jednej, jedynej osobie, której szczerze nienawidzę i której życzę jak najgorzej.
Pewnie zaskoczy Was, że nigdy jej nie widziałam, ba - nawet z nią nie rozmawiałam.
Ale po kolei.

Miałam 9, może 10 lat. Mój tata był kierowcą ciężarówki. Pewnego dnia, w trakcie jazdy, coś (zabijcie, nie pamiętam, co) pod maską tira mojego taty strzeliło, powodując, że stracił panowanie nad kierownicą. Nie mógł skręcić, z hamowaniem przy tak nagłej usterce, jadąc trasą 90 km/h było za późno - zjechał na przeciwległy pas jezdni, uderzył w samochód osobowy. Pasażer bez obrażeń, kierowca zginął.

Nieumyślne spowodowanie śmierci.

Tir taty był sprawny, miał przegląd. Tata trzeźwy, jechał z przepisową prędkością.
Los, prawda? Okrutne przeznaczenie?
No, niestety nie widziała tego tak matka człowieka, który zginął, prawniczka.
Przez nią, jej zawiść, chęć zemsty, mój ojciec, najlepszy i najbardziej życzliwy człowiek, jakiego znam ponad rok spędził w więzieniu, z tego prawie pół z recydywą, bo w innych więzieniach nie było miejsc. Strażnicy więzienni, widząc jego akta, ze zdziwieniem mówili: Ciebie tu nie powinno być.

Dlaczego go skazali? Domyślacie się. Klika. A byliśmy tak biedni, że nie było nas stać na dobrych prawników.

Po wypadku mój ojciec się załamał psychicznie. Małżeństwo moich rodziców prawie się wtedy rozsypało.

Jak miałam może 12 lat, znalazłam treść zeznania tej kobiety, matki zmarłego. Tłumaczyła, że jej córka zginęła kilka lat wcześniej w górach, że więcej dzieci już nie ma i została jej tylko synowa i wnuk.
No i co to kogo interesuje? Dlaczego musiała mścić się na moim ojcu? Co chciała osiągnąć? Jakieś chore poczucie sprawiedliwości?
Ponoć miała za złe, że nie przyjechał do niej i nie powiedział: Przepraszam. Jak miał to zrobić, skoro do nas prawie się nie odzywał? Był tak załamany, że nie wyobrażam sobie, że mógłby jej spojrzeć wtedy w twarz. Był wrakiem. Pustą skorupką.

Zostałam sama z mamą, która utrzymywała nas z marnej pensji nauczycielskiej. Było ciężko, bardzo, ale przetrwałyśmy. Tata do nas wrócił.

Mam teraz prawie 30 lat. Moi rodzice nadal są razem, szczęśliwi. Każde rozkręciło własny, dobrze prosperujący biznes. Dzielą się z innymi tym, co mają. Organizują świąteczne paczki. Pomagają niepełnosprawnym dzieciom. Ja niedawno wyszłam za mąż, mam fantastycznego faceta. Mieszkamy chwilowo wszyscy razem, dopóki nie skończymy budowy własnego domu.

Nadal pamiętam wydarzenia z dzieciństwa. Płaczącą po kątach mamę, siedzącego cały dzień przez telewizorem bez ducha tatę.
Myślę o tej kobiecie i o tym, jak prawie zniszczyła naszą rodzinę. Mam nadzieję, że jest nieszczęśliwa, że cierpi.
Jak my wtedy.

#RoX0n

Mam ponad 20 lat i nie mam przyjaciół. Nawet jednej najlepszej przyjaciółki. Staram się jak mogę zawierać znajomości, ale mam wrażenie, że nikt nie chce się ze mną nawet kolegować. 

Nie jestem osobą ekscentryczną ani dziwaczną, mam dobrą pracę, studiuję, a jednak jedyny kontakt z ludźmi to przelotne rozmowy na zajęciach lub przerwach. Nikt nie próbuje nawet zapytać, czy chcę robić coś w czasie wolnym. W konsekwencji tego każdego dnia spamie we wszystkich social mediach cokolwiek, co mogłoby mnie uczynić fajną - zakupy super ciuchów popularnych marek, kawy ze "znajomymi", wyjścia w fajne miejsca z chłopakiem, kibicowanie na meczach, czytanie modnych książek. 

Nawet udaję zainteresowanie rzeczami, których nienawidzę, byleby z kimś porozmawiać. I w końcu musiałam wyznać jakim kłamstwem jest całe moje życie, byleby znaleźć przyjaciół...

#EQnzS

Jestem już starym chłopem, ale nadal, po tylu latach, z wielką satysfakcją i dumą wracam do pewnych wydarzeń z podstawówki. 

Czasy PRL-u, parę miesięcy po śmierci mojej mamy. Tata nie mógł pogodzić się ze stratą potęgowaną faktem, że mieszkaliśmy w mieście rodzinnym moich rodziców, gdzie każde skrzyżowanie wiązało się z jakąś z ich wspólnych historii. Pojawiła się szansa, by od tego uciec. Walizki spakowane - kierunek Śląsk. Podróż przez niemal całą Polskę. U celu czekało na nas niewielkie mieszkanie, a na ojca ciężka praca fizyczna, po której przychodził umyć się, zrobić kolację i spać. To tytułem wstępu.

Nowa szkoła podstawowa, nie znam nikogo. Do najbliższej znajomej mi osoby, poza ojcem, kilkaset kilometrów. Już pierwszego dnia zostałem wypatrzony przez szkolnego łobuza z siódmej klasy. On - wysoki i masywny, ja - niewielki i chudy. Dostałem kilka kuksańców. Nie wiedziałem jak się zachować, wcześniej nikt nie był względem mnie agresywny. Sytuacja wyglądała tak samo przy każdym naszym spotkaniu, nikt postronny nie reagował.

Zdecydowałem, że powiem o wszystkim ojcu. Wróciłem ze szkoły i czekałem. Tata wrócił dużo później niż zwykle, dużo bardziej zmęczony niż zwykle, choć zawsze wracał zmordowany. Wysłuchał, co miałem do powiedzenia. Trzeba powiedzieć, że był to - i na szczęście nadal jest - naprawdę wspaniały człowiek, jednak samotny ojciec w tamtych czasach nie wiedział zbyt dużo o wychowywaniu dziecka. W ramach rady usłyszałem tylko "nie daj się". To wystarczyło.

W tamtej chwili dotarło do mnie, że przy każdym akcie agresji ze strony szkolnego opryszka ja byłem zbyt przerażony jego fizyczną przewagą, by jakkolwiek reagować. Obiecałem sobie wtedy, że już nigdy, gdy zostanę zaatakowany, mój oponent nie wyjdzie z tego bez szwanku.

Następne spotkanie, tym razem po kilku szturchnięciach odpowiedziałem. Uderzyłem na ślepo, trafiłem w pierś. Nie spodziewał się. Co prawda nie zostawiłem żadnego widocznego śladu, ale wzbudziłem furię.
Do domu wróciłem bardziej posiniaczony, ale i szczęśliwy. Nie byłem już ofiarą, byłem uczestnikiem bójki. 
Następnego dnia znów zostałem zaatakowany. Tym razem chciałem odpowiedzieć tak, by ślad został na dłużej. Trafiłem w nos, pociekła krew, a ja zauważyłem przerażenie w oczach agresora. Odepchnął mnie i odszedł. 
Przy kolejnym spotkaniu nie zaatakował. Popatrzyłem mu w twarz i wiedziałem - boi się. Skorzystałem z okazji i to ja zaatakowałem. Podszedłem, uderzyłem go w twarz, a potem jeszcze kilka razy na oślep. Chłopak nie bronił się, zwinął się w przerażeniu na ziemi i zalał łzami. 
Nigdy więcej nie zaczepił ani mnie, ani nikogo innego.

Z całego zajścia wyciągnąłem naukę, z której garściami czerpałem przez następne kilkadziesiąt lat.

#UushN

Czy powinienem zerwać kontakt?

Mam 25 lat. Niedawno byłem na rozprawie w sądzie. Na rozprawie o zaprzestanie płacenia na mnie alimentów przez ojca. Alimentów, o których nawet nie miałem pojęcia. Od 18 roku życia mieszkam w wynajmowanych pokojach i pracuję sam na siebie. Wiadomo - bez wyższej szkoły jest trudno, więc zarabiałem minimalną. Na początku często na koniec miesiąca nie miałem co jeść. Prosiłem matkę o chociaż 20-100 zł do końca miesiąca. Na kilkanaście przypadków pomoc otrzymałem raz - akurat się zbliżały moje urodziny, to dostałem 50 na prezent.

Ojca kiedyś bardzo źle potraktowałem i miałem blokadę by go o coś prosić. A w zeszłym tygodniu dowiedziałem się, że wciąż płacił 400 zł miesięcznie na mnie na konto matki. Więc w czasie kiedy ja głodowałem i prosiłem o cokolwiek, to ona żyła częściowo z moich pieniędzy. Nietrudno policzyć, że w ciągu 6 lat winna mi jest ponad 20 tysięcy.

I tutaj mam mętlik, bo teraz zdaję sobie sprawę jak na nas oszczędzała. Kontakt już od kilku lat mocno ograniczyłem. I tutaj moje pytanie - czy powinienem zerwać kontakt całkowicie i wytoczyć proces o zwrot moich pieniędzy?
Dodaj anonimowe wyznanie