#frMGE

Moja żona została napadnięta i bardzo skrzywdzona. Wracała późno z pracy, napadło ją dwóch meneli. Sprawa jest w toku, ale nie ma szans, że unikną więzienia. Jednak jest coś jeszcze. Zaszła w ciążę z jednym z nich (na 100% nie ze mną wcześniej, już uprzedzam). Nie mogę tego pojąć, przecież zapłodnienie nie jest takie wybitnie łatwe, szczególnie przez kogoś z trybem życia menela, a jednak ją trafiło. Nie rozumiem też czemu nie dano jej specjalnej tabletki, gdy została przewieziona do szpitala. Ale nie o tym chcę napisać. Chodzi o to, że żona chce urodzić to dziecko i wychować jak nasze wspólne. A ja absolutnie tego nie chcę. Nie umiałbym pokochać dziecka, które jest owocem krzywdy, jaka wydarzyła się mojej ukochanej. Nie potrafiłbym spędzać z nim czasu, tak jak to robię z naszą 4-letnią córką. Zawsze widziałbym w nim tego obrzydliwego człowieka, który napadł moją żonę. Po prostu nie dam rady zająć się dzieckiem tego potwora, to jest dla mnie za dużo po prostu. Jednak z drugiej strony nie będę namawiać żony na aborcję czy oddanie dziecka, bo ona naprawdę jego chce i zapewne bardzo źle zareagowałaby na taką prośbę, szczególnie że nadal jest w bardzo słabym stanie psychicznym po tym wszystkim.

Nie będę jej dokładać kolejnych cierpień. I kompletnie nie wiem co zrobić. Nie odejdę od żony, kocham ją i nie chciałbym zostawić córki. Ale to dziecko, które się urodzi, zawsze będzie dla mnie niczym intruz. Nigdy go nie pokocham. Nie chcę, by nazywało mnie ojcem. Wiem, że brzmi to brutalnie, ale to są moje odczucia. Ja psychicznie nie udźwignę czegoś takiego, nie jestem taki silny jak żona. I obawiam się, że w przyszłości nie wytrzymam i odejdę, a naprawdę tego nie chcę. Nie mam pojęcia co robić, każda droga wydaje się być zła.

#6LmU7

Ojciec mojego dziadka był rodowitym Niemcem walczącym na froncie wschodnim przeciwko ZSRR, a ojciec mojej babci był Polakiem, który wstąpił do armii rosyjskiej, gdy ta goniła za Niemcami w stronę Berlina. Los chciał, że oboje zostali ranni podczas bitwy nieopodal Szczecina i zamieszkali po wojnie w jednej wiosce.

Na początku ponoć ostro się kłócili, bywały sytuacje, że celowali do siebie z broni, normalnie najwięksi wrogowie we wsi. Póki ich dzieci nie oświadczyły im, że są parą ;)

#J188U

Mam w pracy koleżankę, z którą nie darzymy się szczególną sympatią, ale staram się zachować wobec niej neutralny stosunek. Ona za to wykorzystuje sytuacje, żeby mnie "koleżeńsko" publicznie ośmieszyć, ingeruje w moje obowiązki i krytykuje sposób ich wykonania albo niby" przypadkiem" nie przekazuje mniej lub bardziej istotnych informacji.

W pracy interesowałam się od dawna intensywnie jednym zagadnieniem i wiązałam z nim swój rozwój zawodowy. Ww. koleżanka również od jakiegoś czasu próbowała wkręcić się w ten temat i skutecznie podbierała mi projekty, do których się zgłaszałam. Nawet rozpatrywałam odejście z pracy z tego względu, gdyż czułam, że jestem spychana na drugi tor i że mój rozwój jest hamowany.

Dzisiaj szefostwo zaprosiło mnie na rozmowę. W skrócie: dostałam propozycję awansu na stanowisko ściśle związane z tym zagadnieniem. Nie ukrywam, że cieszę się niesamowicie z docenienia, ale głupio się przyznać, bo wizja miny owej koleżanki gdy szefostwo zakomunikuje oficjalnie moją zmianę stanowiska jest nieporównywalnie bardziej satysfakcjonująca.

#hBAjc

Czuję się strasznie sfrustrowana. Z moim chłopakiem jesteśmy ze sobą od 7 lat, od 4 mieszkamy ze sobą. Mamy skończone studia, stabilne, dobrze płatne prace, a i dobrze się ze sobą dogadujemy.
Jednak, pomimo 29 lat na karku, wciąż żyjemy jak studenci. Dopiero w zeszłym roku namówiłam go, żeby opuścić mieszkanie studencie i przenieść się na kawalerkę.

Co rusz patrzę, jak znajomi wychodzą za mąż, mają dzieci i szczęśliwe rodziny. Ja, pomimo już odpowiedniego wieku i warunków, wciąż żyję jak student, którym od 4 lat nie jestem.
Mojemu facetowi to odpowiada, w czwartki impreza, na weekend do domu rodzinnego żeby pozwozić niepotrzebne słoiki od mamy i żeby mu powiedziała jaki to on nie jest młody i jak ma się nie spieszyć. Nie myśli o większym mieszkaniu, o ślubie, o dzieciach...

Nie sądziłam, że tak będzie. Zawsze wydawał mi się pracowity, taki życiowy. Do teraz jak się go pytam, czy chce mieć dzieci, to odpowiada, że tak, i to co najmniej troje. Z tym że kiedy ja te dzieci zdążę urodzić? Kiedy będę w końcu mogła zapewnić im dom zamiast mieszkanka w ruinie (bo najtaniej) o powierzchni 30 m2? Czuję, że kończy mi się czas, że marnuję go z nim, że on zatrzymał się na etapie studiów i nie chce iść dalej. On twierdzi, że mamy czas, przecież jesteśmy młodzi, ale jak dla mnie, rodzenie dzieci po 30 to zbędne ryzyko.

Jestem sfrustrowana i najzwyczajniej w świecie smutna, bo coraz częściej myślę, że tylko zmarnowałam czas i dałam się głupio mamić jego obietnicami o szczęśliwej rodzinie, którą stworzymy.
Nie chcę go zmuszać. Duma mi nie pozwala. Nie chcę chodzić za nim i ciągle pytać kiedy ślub i kiedy dzieci. Już i tak za często to robię, kiedy irytacja osiągnie kulminacyjny punkt. Zawsze wtedy mówi mi, że jesteśmy bardzo młodzi, że jeszcze nie czas. Cholera jasna, obydwoje mamy prawie 30 lat, a nie 16!

Zastanawiam się nad odejściem. Ultimatum jest dla mnie najgorszą opcją, bo on też powinien tego chcieć. To zbyt poważna decyzja, żeby stawiać ultimatum i zmuszać go w ten sposób.

Miesiąc temu ostatnia panna z naszej paczki wyszła za mąż. Po 3 latach chodzenia ze sobą. Wesele jakoś przetrzymałam, uśmiechając się sztucznie, ale gdy szłam złapać welon, czułam się jak wyrzutek wokół dziewczyn, które miały 20 lat max. W domu oczywiście beczałam pół nocy w poduszkę, co mój facet skwitował tym, że mam okropny charakter, skoro zazdroszczę innym.

Czuję się bezsilna. Ciągle nachodzi mnie myśl, że przegrałam życie, że robiłam wszystko, by mieć dobrą rodzinę. Cholera, ja naprawdę myślałam, że on też tego chce. Tyle razy mnie zapewniał! Nawet przegląda czasami domy na sprzedaż, ale kiedy zaczynam pytać, to od razu temat się kończy i twierdzi, że nas nie stać. Mamy łącznie ponad 11 000 zł miesięcznie. Jak nas nie stać? On szuka wymówek, a ja powodów, ale chyba skończyła mi się cierpliwość.

#mmCx3

Nigdy nie przyznam się nikomu znajomemu, że posikałam się ze strachu przez własne dziecko.

Łóżeczko młodego stoi w naszej sypialni. Odkąd nauczył się sam z niego wychodzić uczyłam go, że to nic strasznego, że nie ma mnie w sypialni i nie ma powodu, żeby załączał swoją syrenę. Tak więc nawet jeśli w nocy oglądałam telewizję w innym pokoju czy przyjechali znajomi na grilla, nie było z nim większego problemu, gdyż po prostu po mnie przychodził.

Pewnego razu po obejrzeniu wieczorem filmu stwierdziłam, że czas się umyć i udać się w objęcia Morfeusza. W całym domu ciemno, jedyne światło dochodzi z łazienki. Jako że całe dnie spędzam z potworkami, przestałam zamykać się w łazience (pewnie większość rodziców to zrozumie).

To już ta godzina, gdzie myślenie zostaje wyłączone, wiec słabo kontaktuję co się wokół mnie dzieje. Resztki swojej świadomości skierowałam ku temu, żeby wytrzeć włosy ręcznikiem, przez długie włosy nie widziałam kompletnie nic wokół.
Zarzuciłam włosami do tyłu i w tej sekundzie zobaczyłam 10 cm od siebie wpatrzonego młodego. Mózg nie skumał co widzi, a więc z piskiem podskoczyłam i poczułam ciepło spływające po nogach.

Skubaniec bez wydania najmniejszego dźwięku przeszedł w ciemnościach sypialnię, pokój dzienny i kuchnię, żeby odnaleźć mnie w łazience.

#kEBRG

Jestem samotną mamą. Radzę sobie dobrze, pracuję, jestem młodą, całkiem ładną, zadbaną i inteligentną osobą.

Wiem, że w dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi czuje mega samotność. Że jest też ogrom roszczeniowych matek bąbelków itp. Ale bardzo boli mnie, że gdy tylko próbuję porozmawiać z jakimś facetem, to otoczenie to komentuje, że szukam naiwniaka, aby opiekował się mną i dzieckiem... Z tego powodu zupełnie zrezygnowałam ze znajomości damsko-męskich.

Zarówno próby normalnego życia samotnie, jak i bycia w związku są piętnowane. I bardzo bolesne. Szczyt? Gdy zaszłam kiedyś do baru na drinka barman, który przypadkowo mnie znał, krzyknął "500 plus!". Błagam, trochę empatii...

#RPRR8

Mam ze sobą pewien problem. Nie widzi tego nikt poza moim mężem. Otoczenie odbiera mnie jako zapracowaną, pełną życia, energiczną i na pewno nie leniwą osobę.
Prawda jest niestety inna. Jestem najbardziej leniwą osobą, jaką znam.

Kiedy nikt mi niczego nie narzuci, potrafię leżeć i nic nie robić przez całe dnie. Mam z tego powodu straszne poczucie winy. Zaczyna się od zwykłych obowiązków domowych - nie potrafię zmobilizować się do sprzątania, obiady gotuję tylko dla męża (i tak z dużym opóźnieniem, bo chcę tylko żeby widział, że coś robię...). Ja bym mogła cały dzień podjadać cokolwiek. Wyrzucenie śmieci to dla mnie wielka wyprawa. Głowa mnie boli również na samą myśl, żeby o siebie dbać. Robię tyle, żeby otoczenie myślało, że wszystko w porządku. A tak naprawdę nie mam nawet w sobie siły, żeby codziennie wziąć prysznic czy umyć zęby...Czasami cały dzień powtarzam sobie, że zrobię jakąś czynność, nawet najprostszą, ale niestety mój plan nigdy nie wchodzi w życie. Poza gadaniem nie mam w sobie siły, żeby robić cokolwiek. Nawet nie ciągnie mnie do seksu... a podobno każdy to lubi i na pewno ze mną jest coś nie tak. Mąż na całe szczęście ma niski temperament i mu to nie przeszkadza. Podobno...

Nie cierpię siebie za to. Nie dość, że oszukuję samą siebie, to jeszcze innych. Nie mam pojęcia jak to zmienić i jak sobie z tym poradzić.

Byłam u psychologa. Usłyszałam, że wcale nie jestem leniwa, bo przecież dużo pracuję... A ja wciąż czuję, że coś jest nie tak.

#6TXv0

Parę miesięcy temu umówiłem się na randkę z Kasią - dziewczyną, która bardzo mi się podobała. Chciałem, aby to spotkanie obfitowało w mocne wrażenia – takie, które zapamięta za każdym razem, kiedy o mnie pomyśli. Znalazłem więc największy rollercoaster i przez dobrych kilka minut namawiałem moją towarzyszkę, że wszystko będzie OK i że nie ma czego się bać, mimo że tak naprawdę sam nigdy na nim nie jechałem. W końcu udało się. Wsiedliśmy do wagonika, a ja w duszy obiecywałem sobie zachować spokój i kamienną twarz, aby wybranka mojego serca nie pomyślała sobie, że jestem jakimś cieniasem.

Przez pierwszą połowę jazdy piszczałem niczym mała, przerażona dziewczynka, a przez drugą wymiotowałem na wszystkie możliwe strony, przy okazji wylewnie fajdając ubranie mojej sympatii.

Randka skończyła się zaraz po wyjściu z wagonika. Kasia nigdy więcej do mnie nie zadzwoniła. Natomiast to, czego mogę być absolutnie pewien to fakt, że zapewniłem jej taką ilość wrażeń, że zawsze, gdy o mnie teraz myśli, robi jej się słabo...

#D0QFw

Kilka lat temu zaczęłam śledzić na Facebooku pewną blogerkę, później przeniosłam się też na jej Instagrama. Byłam zafascynowana jej idealnym życiem; dziewczyna mniej więcej w moim wieku, miała kochanego męża i dziecko, a razem tworzyli rodzinę, która była przykładem rodziny, jaką sama chciałam mieć. Wspólnie pracowali, prowadzili bloga, zwiedzali świat i widać było, że są bardzo szczęśliwi. 

Po jakimś czasie znalazłam się przypadkiem na Instagramie jej męża i całkowicie odleciałam. To był totalnie mój styl, moja wrażliwość, wspaniałe, głębokie i poruszające zdjęcia, artystyczna dusza, wyjątkowe kadry, a każdy opowiadał jakąś niebanalną historię.


Niewiele myśląc, napisałam do niego wiadomość, opisałam tam moje uczucia, jakie towarzyszą mi, gdy oglądam jego fotografie, a także swoje przemyślenia. Niedługo później on odpisał i tak zaczęła się nasza dziwna znajomość. Pisaliśmy raz na jakiś czas, mieliśmy wspólne zainteresowania, poglądy, wymienialiśmy się sztuką, którą tworzyliśmy, muzyką, wierszami. Zaprosiłam go (z rodziną) na swoją wystawę, przyszedł sam. Po wernisażu siedzieliśmy kilka godzin w kawiarni, po prostu rozmawiając. 

Nie było w tym żadnego romantyzmu, erotyzmu, raczej fascynacja i czysty zachwyt. Ja ze swojej strony nie czułam pociągu seksualnego, nie byłam kompletnie nim zainteresowana w tym sensie. Był dla mnie raczej jak przyjaciel, bratnia dusza, jak męskie odbicie mnie. 

Spotykaliśmy się co jakiś czas, dużo rozmawialiśmy, uwielbiałam go.
Kilka miesięcy temu wyznał mi miłość. Powiedział, że odchodzi od żony i chce być ze mną. Już to postanowił i zdania nie zmieni.
Przeraziłam się. Nie kochałam go w ten sposób, nie chciałam z nim być, a już na pewno nie chciałam rozbijać rodziny. 

Powiedziałam mu o tym i zerwałam kontakt. Próbował dzwonić, przychodzić do mojej pracy i mieszkania, ale nie chciałam z nim więcej rozmawiać. Miałam nadzieję, że pogodzą się z żoną, byłam pewna, że jestem tylko chwilowym zauroczeniem.
Niedawno jego żona ogłosiła na swoim Instagramie, że się rozwodzą.

A mi jest cholernie z tym źle. Nie chciałam tego, nie chciałam być z tym człowiekiem, nigdy nie będę. W Internecie byli tacy idealni, zakochani pomimo wielu lat razem, a rzeczywistość okazała się brutalna. Czuję w tym swoją winę po części, przecież to ja do niego napisałam, wlazłam z butami w jego życie i namieszałam w głowie. 


Jednocześnie smutno mi i tęsknię za nim, za rozmowami, za jego wrażliwością. Straciłam najlepszego przyjaciela i jedyną osobę na tym świecie, która mnie rozumiała.

#ZjCBX

Miałam garbaty nos, który totalnie nie pasował do mojej urody.
Całe życie przez ten cholerny nos czułam się gorsza od innych.Czułam, że nie powinnam wypowiadać się publicznie, bo każdy tylko ocenia mój nos. Byłam nieśmiała i zakompleksiona. Myślałam o nim dosłownie codziennie.

Operację robiłam w wakacje, postanowiłam nie mówić o tym nikomu prócz najbliższej rodzinie. Zrobiłam ją u najlepszego speca od nosów w Polsce. Na samą konsultację czekałam 1,5 roku, a na operację kolejny rok. Chciałam być pewna, że wybrałam odpowiednią osobę.
Operację zniosłam zaskakująco dobrze, w dzień operacji byłam pełna pozytywnej energii, choć bałam się strasznie. Po prostu postanowiłam nie myśleć o strachu, ciągle odkładałam to na później, aż w końcu dostałam głupiego jasia i zapomniałam, że miałam się bać.

Uważam, że to była najodważniejsza decyzja w moim życiu. Na samym początku nie mogłam się przyzwyczaić do nowego wyglądu. Na forum o operacjach plastycznych było mnóstwo dziewczyn zafiksowanych na punkcie swoich nosów. Doszukiwały się najmniejszych wad w idealnych dla przeciętnego człowieka nosach. Pół roku po operacji postanowiłam przestać analizować wygląd nosa. Dopiero wtedy poczułam się szczęśliwa i wolna od kompleksów.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie nawet nie zauważyli zmiany. Zmieniłam w tym czasie fryzurę i dostałam tylko parę komplementów na temat tego, że wyglądam młodziej w nowych włosach. Najważniejsze jednak było to, że ja czułam się wspaniale z nowym nosem. Jestem z siebie zajebiście dumna z tego powodu - że odważyłam się zmienić coś w swoim życiu.
Dodaj anonimowe wyznanie