#DcBFD

Pewnie nikt mi nie uwierzy. Mojemu życiu zawsze towarzyszyły jakieś paranormalne akcje na pogrzebach czy u nas w domu. Chcąc nie chcąc miałam bardzo otwartą głowę na takie rzeczy i nigdy nie kwestionowałam istnienia życia po śmierci.

Teraz sedno: Czuję śmierć. Miewam silne przeczucia, że ktoś umrze, czasem wiem nawet kto i kiedy. Zaczęło się naście lat temu i ani razu jeszcze się nie pomyliłam.

Pierwszy raz opowiedziałam siostrze co czuję, ona mnie wyśmiała. Kilka dni później powiesił się nasz sąsiad z akademika. Innym razem wstałam rano i wiedziałam, że przyszedł czas na moją babcię. Kilkanaście godzin później odebrałam telefon od wujka. 

Do dziś żałuję, że nie powiedziałam tego mamie, bo mogłybyśmy pojechać się pożegnać i być przy jej śmierci tak, jak chciała. Na długo przed śmiercią taty (lata wcześniej) wiedziałam, że to się zbliża, ale nic nie zrobiłam. Płakałam wieczorami w ramionach chłopaka, a on wmawiał mi, że sobie wymyślam. Potem wykryli chorobę taty, a tuż przed jego operacją wiedziałam, że rozmawiamy ostatni raz. On też to czuł, dlatego nie przyjechałam się pożegnać, bo po co go straszyć. 

Rozmowa była bardzo drętwa. Po operacji, gdy zadzwoniła mama powiedzieć, że tata ma się dobrze, że operacja się udała, byłam w szoku, bo dla mnie to było oczywiste, że to stanie się teraz, w ciągu kilku najbliższych dni... I miałam rację. Nagle jego stan się pogorszył, nie reagował na leki.

Zawsze czuję spokój i mam takie przeświadczenie, że tak ma być i nie mogę w to ingerować. Teraz czuję, że mamie zostały 2 lata. Ja też niedługo umrę, ale nie wiem kiedy. Muszę się ze wszystkim spieszyć. Może to straszne, ale cieszę się, że wiem wcześniej. Pomaga mi to się przygotować na śmierć. Doceniam moich bliskich i spędzam z nimi jak najwięcej czasu.
bazienka Odpowiedz

zaciesnij wiez z mama
sobie wykup wysokie ubezpieczenie i uczyn beneficjentem najblizsza osobe- tobie to nie zrobi roznicy, a komus moze duzo ulatwic

Odpowiedzi (1)
Pelikanowa Odpowiedz

To psychoza

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (3)

#xApMn

Jestem z moim chłopakiem od 6 lat. Około 4 lat temu zmarł jego ojciec. Każdy z nas dość ciężko przeżył zarówno jego walkę z chorobą, jak i śmierć. Mimo, że oficjalnie nie jestem w ich rodzinie, z wszystkimi bardzo się zżyłam, po prostu to wspaniali ludzie więc, śmierć jego ojca również dla mnie była bardzo przykrym momentem. A teraz do historii właściwej. 

Każdy przechodził żałobę, ale czas leczy rany. Matka mojego W., wdowa, jakoś ochłonęła, otrząsnęła się po wszystkim, żyje normalnym życiem, ostatnio nawet wspominała coś o tym, że chętnie by kogoś poznała, bo nie chce reszty życia spędzić sama. 

Młodsza siostra W., która była bardzo zżyta z ojcem oczywiście tęskni, jak każdy, ale funkcjonuje normalnie, pracuje, studiuje, imprezuje, po prostu żyje. Mój chłopak od 4 lat jest w takiej samej żałobie. To jest po prostu straszne, to jest jak życie z żywym trupem. Nie śpi po nocach, żeby potem paść ze zmęczenia na 15 godz., nie je wcale, albo ma napady głodu, płacze, nic nie robi. Jedynym momentem, w którym żyje (albo udaje że tak jest) jest moment kiedy wyjeżdża w trasę koncertową ze swoim zespołem co sezon. 
Przez cały ten czas jestem dla niego ogromnym wsparciem, próbowałam już wszystkiego; wizyty u psychiatrów, rozmowa z rodziną, znajomymi, odciąganie uwagi na różne sposoby. Ja sama już nie daję rady. Nie chce żeby mnie ktoś źle zrozumiał, bo kocham mojego chłopaka nad życie, ale zastanawiam się nad rozstaniem. 

Osobiście nie mogę wygadać się najbliższej osobie o moich troskach czy problemach, bo całą uwagę poświęcam jemu. Moje życie od 4 lat wygląda następująco praca-dom-czas spędzony z W na milczeniu-repeat, nie wychodzę nawet ze znajomymi bo słyszę albo pretensje albo prośbę żeby zostać z nim w domu. 

Jestem młodą kobietą, mieliśmy wiele wspólnych planów, chcieliśmy podróżować, nauczyć się nowego języka, wziąć ślub, realizować pasje - nikt z nas nie mówi tego głośno, ale oczywiste jest to że plany zostały odwołane. 

Od 4 lat żyje w zamknięciu, moja młodość ucieka mi przez palce, to są lata, których nigdy nie odzyskam i przestaje mieć nadzieje że to się kiedyś zmieni, skoro przez 4 lata nie było nawet dnia, który bym mogła nazwać lepszym. Nie wiem już co mam robić. 

Po śmierci ojca W. nikt nigdy nie będzie taki sam, ale chciałabym chociaż w połowie odzyskać mojego dawnego W., bardzo za nim tęsknię. Co robić?
Angel12345 Odpowiedz

Moim zdaniem to pogadaj z jego rodziną. Skoro jesteś w dobrych stosunkach, wyjaśnij im że ty już tak nie możesz i albo on się zmieni albo ty odejdziesz. Może oni do niego trafią skoro ty przez 4 lata nie możesz. A jak to nie podziała, to odejdź.

scor Odpowiedz

Kiedyś na pogrzebie wujka, słyszałem przemowę jego wnuka. Opowiadał o tym jaki był jego dziadek, czego dokonał, był pomocny, niezastąpiony itp. Na koniec dodał coś o tym żeby ludzie się nie martwili, bo dziadek na pewno trafi do nieba. Gdzie będzie patrzał na nas z góry, na nasze dokonania, i nie chciałby żebyśmy za nim rozpaczali. Nie przekaże całości słowo w słowo, bo już nie pamiętam, ale sens ten sam. Jakiś czas później rozmawiałem przez telefon z ciocią. Pytałem jak się trzyma po stracie męża, a ona odpowiedziała że gdyby nie ta przemowa ich wnuka to do dziś by się nie pozbierała. Może też zrób taką przemowę, i opowiedz chłopakowi. Nie wiem czy pomoże, ale na pewno warto spróbować.

Zobacz więcej komentarzy (11)

#gfvhV

Bardzo nie lubię kiedy stopy haczą mi się o skarpetki lub prześcieradło, dlatego staram się, żeby zawsze były gładkie. Czasem dopada mnie mój demon i nie złuszczam stóp tak długo jak tylko jestem w stanie wytrzymać. Mija tydzień, półtora i wtedy robię sobie gorącą kąpiel i czekam aż skóra na stopach dobrze się odmoczy, żeby móc ją zdrapać paznokciami. Jest to dla mnie niesamowicie przyjemne, wręcz orgazmiczne uczucie.
Wtorek09 Odpowiedz

W sumie spoko, fajnie, że masz coś, co lubisz ;) Ale tak sobie myślę, że to musi bardzo nieestetycznie wyglądać. Też miałam kiedyś ten problem, że mi zarastały pięty. Mogę podpowiedzieć, że nawilżanie i natłuszczanie skóry działa znacznie lepiej niż regularne zdzieranie - odkąd kremuję stopy na noc, pumeks mógłby nie istnieć. Polecam :)

Odpowiedzi (3)
Selevan1 Odpowiedz

Ja nienawidzę, kiedy dotkne kostką u jednej nogi o drugą. A jeszcze gdy są bose.. Brrr, koszmar.

Zobacz więcej komentarzy (7)

#N3995

Jestem pasożytem.

Kiedy miałam czternaście lat zostałam zgwałcona, pobita i pocięta przez kolegę z klasy - tego popularnego typka z dobrymi ocenami, medalami sportowymi itd. Przez kilka dni walczyłam w szpitalu o życie, by ostatecznie stać się kaleką, a kiedy obudziłam się zauważyłam dwie rzeczy. 


Po pierwsze - całe to zajście było mi obojętne. Po drugie - moja rodzina, która przez tyle lat miała mnie gdzieś, nagle zapłakana wisiała nad moim łóżkiem, modliła się o mnie, przynosiła moje prezenty itd. Chcąc na tym, jak najwięcej ugrać zaczęłam grać - że niby trauma, że boję się wychodzić z domu, a terapie nie działają itd.


W ten oto sposób od pięciu lat siedzę w domu - nie chodzę do szkoły, nauczyciele, psychologowie, psychiatrzy i lekarze, przyjaciele przyjeżdżają do mnie. Dostaję wszystko co zechcę - książki, komiksy, ubrania, farby, płótna, drogie przybory do rysowania, kosmetyki. 


Wystarczy, że najpierw podrzucę jakiś temat, powiem w rozmowie, że czegoś mi brakuje, a potem trochę popłaczę i poudaję, że znowu wszystko wraca, mam koszmary itd. Kilka razy (dla wiarygodności) nawet sikałam w łóżko i "budziłam się" z wrzaskami dla lepszego efektu. 

A kiedy czasami udaje mi się ich namówić na jakieś wakacje albo urlopy, ferie wymykam się z domu i baluję w pobliskich miastach. 

Raz tylko zdarzyło się, że wrócili wcześniej, a mnie nie było ale nawet to rozegrałam na swoją korzyść - wróciłam do domu cała we łzach, mówiąc, że miałam dosyć, chciałam w końcu gdzieś wyjść, ale nie dałam rady, wymiotowałam, panikowałam itd.
DarkMinion Odpowiedz

Anonimowe mocno. Niemoralne i nierozsądne, ale anonimowe. Tylko szkoda mi twoich najbliższych, którzy się o Ciebie martwią.

Odpowiedzi (2)
xxyyzz Odpowiedz

Może teraz Ci się to podoba i dobrze Ci z tym, ale niedługo przyjdzie dorosłość. Chcesz do końca życia żerować na rodzicach? Prędzej, czy później, to się odbije na Tobie.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (28)

#7MRf9

Kończę studia i planuję wyjechać za granicę. Ciągle słyszę, że jestem niewdzięczna i powinnam zostać w kraju i tutaj płacić podatki.
Ja jednak nie czuję takiego obowiązku, gdy patrzę na to, co się aktualnie dzieje.

Nigdy nie dostawałam zasiłku socjalnego, bo zawsze miałam nadwyżkę kilku złotych. Do lekarza chodzę maksymalnie raz na rok/dwa na pięć minut. Nigdy nie dostałam żadnej książki do szkoły za darmo; chociaż miałam daleko, nigdy nie miałam zapewnionego autobusu. Nigdy nie brałam żadnych zasiłków. Na studia chodzę zaocznie, jednocześnie pracując, bo tak to nie byłoby mnie na nie stać.

Nie jestem winna temu państwu pieniędzy. Nie mam zamiaru mieć dzieci. Nie chcę fundować życia innym, którzy płodzą dzieci, skupują krowy, siedzą całe życie na zasiłku. Nie mówię, że te pieniądze nie przydadzą się niektórym, ale właśnie, niektórym. A nie każdemu.

W tym kraju nie ma przyszłości dla młodych ludzi, którzy nie planują zakładać rodziny. Mam zostać i jeździć po dziurawych drogach? Mieć problem z dostaniem się do lekarza, chociaż płacę składki? Patrzeć, jak ceny ciągle rosną, za to pensje stoją w miejscu? Nie, dziękuję. Niech zostaną, pracują i płacą podatki ci, którzy biorą kasę od państwa.
airborn Odpowiedz

Zgadzam się. Co nie znaczy, że nie warto jest spróbować poprawić ten kraj. Wciąż obiektywnie na rzecz patrząc, nasza sytuacja w Polsce jest dobra w stosunku do większości krajów świata. Ale właśnie. Swiata, a nie tych kilku nielicznych bogatszych krajów UE i USA. Jak my nie zajmiemy się naszym krajem, Ukraińcy przeprowadza się tu bez łachy, bo u nich jest tragedia. Owszem, jest, ale wciąż daleko im do szarego końca. I tak dalej.

Odpowiedzi (5)
FestinaLente1 Odpowiedz

Trochę masz rację i trochę jej nie masz. Pomijam tutaj fakt, że próby wzbudzenia w tobie wyrzutów sumienia, bo nie będziesz płacić podatków w Polsce jest żałosne. Nie nastawiaj się jednak, że jak wyjedziesz to będziesz mieć beztroskie życie. W państwach zachodnich socjal jest dużo większy niż w Polsce, także w ten czy inny sposób dokładasz się do budżetu ludzi niepracujących (nie wszyscy oczywiście, ale jest takich osób sporo). Pewne rzeczy też są droższe, np w Wielkiej Brytanii posiadanie samochodu wiąże się z dużo większym obciążeniem finansowym niż tutaj. Faktem jest jednak to, że z racji zarabiania w stosunkowo mocnej walucie choćby nawet wyjazdy na wakacje nie będą ogromnym obciążeniem dla budżetu. Jeśli nie masz dużych wymagań co do jedzenia to na tym też da się sporo zaoszczędzić. Ogólnie rzecz biorąc jak już się zaczepisz tam, znajdziesz stałą pracę to będzie ci sie żyło mniej stresowo niż w Polsce. Na początku jednak to jest koszmar, zwłaszcza jeśli wyjeżdżasz sama i nie masz w miejscu docelowym żadnych znajomych.

Zobacz więcej komentarzy (40)

#F9yuM

Jak ambicja zniszczyła mi życie.
Zastanawialiście się czasami jak wygląda świat tej "ambitnej młodzieży"?


Mój wyglądał właśnie tak: 
Od dziecka bałam się krzyku i bycia obrażaną. Jako mala dziewczynka wielokrotnie byłam wyzywana przez chłopców od suk i brzydali. Dom niby normalny jednak wszystkie problemy rozwiązywało się poprzez krzyk. I kiedy poszłam do szkoły zauważyłam, że jeśli tylko zrobi się coś dobrze pani nauczycielka oczywiście cie pochwali. Wniosek? Jeśli będziesz idealna nikt nie będzie na ciebie krzyczał i zostaniesz lepsza od tych którzy cie obrażali.


I tak mijały lata w tej idealności a kiedy tylko powinęła mi się noga była panika "co ludzie powiedzą." Dojrzewałam wiec coraz większy wpływ miała na mnie opinia publiczna. Wszyscy przyzwyczaili się jednak do tej idealności. Skończyły się pochwały i zostałam sama ze swoimi samymi 6 na świadectwie i milionem powygrywanych konkursów. Obserwowałam swoich rówieśników, średnich oczniaków, którzy cieszyli się z każdej 5 razem z rodzicami. Naprawdę im tego zazdrościłam. Oni żyli. Ja tylko istniałam. Rozwijali swoje zainteresowania i spędzali czas z innymi, kiedy ja siedziałam z nosem w książkach, dodatkowo jeżdżąc na treningi aby być "bardziej idealną". 


W pewnym momencie podczas nauki pojawiły się łzy. Powiedziałam sobie ze to nic takiego jednak płacz przychodził coraz częściej. Coraz rzadsze wychodzenia z domu i poczucie że jesteś nic nie warta. Wniosek? Staraj się jeszcze bardziej. Ale już nie miałam siły. Co dobijało jeszcze bardziej. Czułam ze moje zycie jak i ja jest bezsensu. Coraz większe uwagi w swoją stronę zarówno w kwestii wyglądu i psychiki.


Przyszedł moment, w którym trzeba wybrać co dalej robić w swoim życiu. Ja jednak siedząc nad książkami i ucząc się wszystkiego nie znalazłam w sobie żadnych zainteresowań. Czuje się pusta i nie widzę dla siebie żadnej przyszłości. A przecież wszyscy mi zazdrościli. Pewnego dnia stwierdziłam, że trzeba to skończyć, ale nie potrafiłam, bo co inni powiedzą. Przestaniesz być idealna.


Poszłam w tajemnicy przed wszystkimi do psychologa. Depresja. Co usłyszałam kiedy próbowałam innym powiedzieć? "Nie wymyślaj".
Biorę antydepresanty. Nikt nie wie, bo co by powiedzieli. Nie działają. Nie widzę dalej żadnego sensu. Boje się ze znowu spróbuje coś sobie zrobić.


Przepraszam za to wyżej ale nie mam się komu wygadać anonimowa rodzino. Nie marnujcie życia jak ja. Życzę Wam abyście byli szczęśliwi. Ja nie jestem.
SorryEverAfter Odpowiedz

Przez ile już bierzesz te antydepresanty? Mam nadzieję, że powiadomiono Cię, że na początku leczenia będzie gorzej, a dopiero po ok. dwóch tygodniach zacznie się poprawiać. Więc jeśli jesteś na początku leczenia to wiedz, że będzie lepiej, a także że powinnaś mieć włączony jeszcze jeden rodzaj leków, które będziesz brać do "rozkręcenia" antydepów i które będą te doły podczas początku leczenia niwelowały. A jeżeli jesteś już po przynajmniej miesiącu terapii lekowej i nie widzisz poprawy, to należy zmienić brany preparat. Niełatwo jest "w ciemno" dobrać odpowiedni antydepresant; trzeba polegać na metodzie prób i błędów.

Odpowiedzi (4)
trutuska Odpowiedz

Hej. Nie jesteś jedyna w takiej sytuacji. Bardzo dobrze Cię rozumiem.
I powiem Ci jedno: zmień psychologa. Warunkiem powrotu do zdrowia nie są tylko antydepresanty. Ważna jest też terapia. Musisz zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek i znaleźć dobrego psychologa. Chyba, że masz terapię, wtedy musisz powiedzieć swojemu psychologowi, że leki nie działają. Poza tym jest jeszcze taka kwestia, że na początku stosowania antydepresantów (pierwsze 2, 3 miesiące zdaje się?) jest zjazd.
Będzie dobrze. Nie poddawaj się.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#u82oR

Pisałam tu kiedyś wyznanie o moich rodzicach i siostrze. Raczej nikt tego nie będzie pamiętał, bo minęły trzy lata od tego.

Aby każdy miał jakikolwiek podgląd sytuacji, w moim domu nie było zbyt ciekawie. Zaczynając od bicia pasem, kablem, w późniejszym czasie grożeniu nożem, wzywaniu policji na rodziców, gdzie błagałam żeby wzięli mnie do domu dziecka. Kończąc na przymusowym spaniu z pijanym ojcem, który rozbierał się przede mną (miałam zamknięte oczy) i matce, która kazała rozbierać mi się do naga, bo nie zasłużyłam na ubrania, wulgarnie komentując przy tym moje ciało. Wiele razy uciekałam z domu, ale wtedy błagali mnie żebym wróciła, obiecywali, że już nigdy mnie nie uderzą. Często nieudolnie próbowałam popełnić samobójstwo. Nigdy nie zapomnę sytuacji, w której kazała mi klęczeć trzy godziny przed nią i błagać o wybaczenie, bo dostałam jedynkę w szkole.

Niektórzy mieli gorzej, zdaję sobie z tego sprawę, nie robię z siebie ofiary, gdyby ktoś chciał mi dopiec. Wręcz się cieszę, że mimo tego wszystkiego nadal mam w sobie dobro, które wpoili we mnie moi świętej pamięci dziadkowie.

Moja sytuacja trzy lata wstecz miała się dobrze. Mieszkałam z ówczesnym chłopakiem, miałam dobre życie, pogodziłam się z rodzicami. Jednak nadmieniłam w poprzednim wyznaniu, że boję się o swoją dużo młodszą siostrę, nie chciałam, żeby przeżywała to samo piekło. Wasza interwencja była natychmiastowa, mówiliście, że muszę ją uratować. Od tamtego momentu przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, aby ją odebrać (mieszkają teraz w Anglii, co nie byłoby proste).

Teraz przedstawię Wam moją sytuację z teraźniejszości. Zaprosiłam moich rodziców i siostrę na ślub. Długo się nad tym zastanawiałam, ale stwierdziłam, że to najlepszy moment, żeby siostra została ze mną. I niestety, przeżyłam szok.

Z mężem robiliśmy wesele na strażnicy, co wiązało się z obowiązkami, przez co kupiłam im bilety na tydzień przed, aby mogli pomóc. Wyrażali dużą chęć, co napawało mnie optymizmem. Ugościliśmy ich najlepiej jak się dało, a odwdzięczyli się jeszcze większymi obowiązkami dla nas i rodziców męża i zepsutym weselem.

Oczywiście, jak sobie obiecałam, tak zrobiłam. Namawiałam siostrę, żeby została ze mną, że będzie jej lepiej. Okazało się, że stała się rozpieszczoną dziewuchą, która dostaje od rodziców wszystko, kocha ich nad życie i przeklęła mnie, kiedy zaoferowałam jej przeprowadzkę.

To był dla mnie mocny cios. Stracić siostrę. Wyrzekłam się rodziców. Na szczęście mam nową rodzinę. Wspaniałego męża i dziecko w drodze i obiecuję sobie, że będę najlepszą mamą.

Jeżeli chcecie, wspomnijcie w komentarzu, mogę szczegółowo opisać w następnym wyznaniu, dlaczego w czasie jednego tygodnia zdecydowałam, że pozbędę się ich ze swojego życia.
KociLis Odpowiedz

A ja bym się chciała dowiedzieć, co się stało na weselu...

Odpowiedzi (13)
trutuska Odpowiedz

"Niektórzy mieli gorzej, zdaję sobie z tego sprawę, nie robię z siebie ofiary, gdyby ktoś chciał mi dopiec." Oj, ciężko by było o gorszy hardkor. Za to smutne jest to, że w wyznaniach coraz częściej pojawiają się tego typu wstawki. Bardzo źle to świadczy o tej społeczności tutaj. Zresztą, po wielu wypowiedziach widać, że ludzie albo cierpią na brak empatii, albo mają niesamowicie lajtowe życie i ciężko im zrozumieć pewne rzeczy.
I mówię tu o wyznaniach, gdzie naprawdę komuś się zaczyna palić grunt pod nogami, albo już mocno płonie.

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (12)

#irZzp

Moja córka chodzi do pierwszej klasy podstawówki. Ostatnio na plastyce miała zadania, by narysować portrety swoich rodziców wraz z atrybutami, które ich charakteryzują.

Narysowała ojca z butelką piwa przed telewizorem. A matkę jak robi zakupy, z winem w ręku.
Postac Odpowiedz

Narysowała to co jej się z rodzicami kojarzy.

Whereru Odpowiedz

Chyba czas zastanowić się nad sobą i swoim życiem

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#SmiwY

To nie jest kolejne wyznanie o 500+...

Gdy oglądam zdjęcia nawet z momentu zejścia z Giewontu uważam, że byłam taka ładna, zadbana…

Dwa lata temu urodziłam swoje pierwsze dziecko. Ciąża bardzo mnie sponiewierała, uaktywniło się wiele ukrytych dolegliwości. Zapuściłam się.
Po porodzie nie było lepiej bo zapomniałam o sobie na rzecz dziecka, które nie jest zdrowe. 

Codziennie walczymy o mowę, o wyjścia 'ze swojego świata', o to aby było kiedyś samodzielne. Nie dostajemy żadnych pieniędzy od Państwa, nie mamy jeszcze orzeczenia, choć i to nie daje gwarancji otrzymania dodatkowych pieniędzy.

Ja już nie pracuje bo jeździmy codziennie na rehabilitację na NFZ, z oświaty i te najważniejsze a zarazem najdroższe- prywatne. Mąż pracuje na wszystkie wydatki.

Moje dziecko ma wszystko, najlepszy wózek, wszystkie zabawki edukacyjne które, poleca nam terapeuci. Mieszkanie przerobione na salę do zajęć integracji sensorycznej. Trzymam mu też dietę bez laktozy, bez glutenu, bez-cukrową. Ma najlepsze ubranka, jest zadbany, pachnący.

A teraz ja- zaniedbana, z lekka nadwaga, niewymalowana, w tenisówkach za 30 złotych, w rozciągniętych bluzkach i omszonych legginsach. Czemu? Bo mi żal wydać na siebie jakiekolwiek pieniądze, gdy wiem, że mogłabym wydać to na zajęcia czy rzeczy dla dziecka. Nie chodzę do fryzjera, na paznokcie, mam suchą skórę ale nie kupię sobie balsamu. 


Szampony kupiłam na ostatniej promocji w drogerii 2+2 i to najtańsze po 2.99. I to nic, że nie mogę rozczesać po tym włosów, ważne, że nie wydalam za dużo kasy. W tym samym czasie gdy ja do mycia używam zwykle mydło moje dziecko ma płyn za 60 złotych 500 ml. 

Nie śmierdzę, ale tez nie pachnę, bo nie mam żadnych perfum. Powinnam o siebie zadbać. Wstydzę się swojego wyglądu aż tak, że gdy mijam jakiegokolwiek mężczyznę idę ze spuszczoną głową, a jak spotkam jakaś zadbana dziewczynę to chce się zapaść pod ziemię. Mieszkam w dużym mieście, wszędzie jeżdżę komunikacja miejską. Może ludzie myślą, że jestem tylko opiekunką swojego dziecka bo wizualnie do siebie nie pasujemy. Gdy już kupię coś dla siebie to bardzo długo to przeżywam. 

Jest jeszcze mąż, którego sama namawiam do kupienia sobie super butów, któremu sama robię na obiad łososia, gdy ja jem jakaś tanią zupę. On ciągle mówi mi, że są pieniądze, żebym coś sobie kupiła, zrobiła sobie włosy ale ja nie potrafię. 

Chodzę do psychologa, który mówi mi,że muszę walczyć o siebie, zadbać, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Nie potrafię jednak pozbyć się wyrzutów sumienia, kalkulacji w głowie, że co da mi zrobienie sobie raz paznokci jeśli to trzeba powtarzać minimum raz na miesiąc.

Nie jestem szczęśliwa, wstyd mi za siebie ale nie wiem co mam robić, jak sobie pomóc.
majer Odpowiedz

W samolotach zawsze pokazują, aby najpierw maskę tlenową założył dorosły, a potem, aby założyć dziecku. Bo jeśli dorosłego szlag trafi, to dziecko samo sobie nie pomoże. Dlatego dbaj o siebie, byś mogła dbać o dziecko.

Odpowiedzi (10)
TaehyungLoveYourself Odpowiedz

O losie.. krótko i na temat, ale majer ma racje.

Zobacz więcej komentarzy (22)

#2T3mZ

Mam problem. Od 8 lat jestem w związku z czego 2 lata po ślubie. Mamy dwuletnią córkę. I tu jest problem. Moja żona przestała poświęcać mi uwagę, całą swoją miłość przelewa na nią. Od kiedy kupiliśmy mieszkanie (czyli jakieś 4 miesiące) dziecko śpi z nami. Mam dosyć. Wiem, jestem facetem, powinienem mieć to gdzieś, ale ja też mam uczucia, jestem wrażliwy, potrzebuję miłości, a dostaję nienawiść wyżywanie się na mnie, ciągłe kłótnie. 


Mam dosyć, mówię żonie, że chociaż w nocy chce ją mieć dla siebie, ale dziecko tylko piśnie i już ląduje u nas w łóżku. Zaczynam ich nienawidzić. Zabija nasz związek dzień po dniu. To jest źródło wszystkich naszych problemów. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Jestem człowiekiem, jeżeli ona nie da mi uczucia troski i miłości, to da mi ktoś inny i ulegnę, choć wcale tego nie chcę. 


Dla niej liczy się tylko dziecko. Nikt więcej. Ja rozumiem bycie mamą i w ogóle, ale no proszę was... Znam wiele młodych ludzi z dziećmi i dzieci śpią same mają własne pokoje, A u nas? Chciałem żeby miała własny pokój to "Nie bo to nowe miejsce" mówię okej 2-3 tygodnie okej, ale nie ku.... 4 miesiące ile można. Od 4 miesięcy nie spać po nocach, bo rozwali ci się i ani waż się jej ruszyć. To dziecko miało nas połączyć, a tylko dzieli...
Espersso Odpowiedz

Wszystko zależy jaki Ty masz udział w rodzicielstwie. Jeśli Twoja rola skończyła się na byciu reproduktorem, to się nie dziw, że kobieta Cię tak traktuje. Niewiele piszesz o swoim wkładzie w wychowanie tego dziecka. Aczkolwiek jak mówisz, że "dziecko tylko piśnie i już jest w łóżku", to raczej niewiele wiesz o tym czemu "piszczy".
Z tego co mi wiadomo 2-latki przechodzą spory skok rozwojowy (nie mam dzieci, a w miarę mam świadomość wielu rzeczy, Tobie też radzę się zainteresować, bo Cię to dotyczy) - uczą się swoich emocji. Może w nocy nie dawała się uspokoić, bała się, a Twoja żona (nawet jak nie pracuje) chciała sama się wyspać i dać się wyspać Tobie? Jeśli ona pracuje, to już w ogóle nie mam pytań.
Zapytaj siebie ile Ty jej dajesz uczucia i troski. I nie chodzi mi o Twoje chęci do tulenia się w łóżku, a o rzeczywistą miłość i troskę.
Tak jak mówiłam - nie mam dzieci, nie znam się na nich dobrze. Sama też myślę, że dziecko w łóżku rodziców to kiepski pomysł. Jednak Twoja wypowiedz przypomina bardziej żale starszego dziecka złego, że rodzice poświęcają uwagę młodszemu.

Odpowiedzi (1)
JanekSnieg Odpowiedz

Jestem ciekawa jak wyglądałaby wersja kobiety.

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (36)
Dodaj anonimowe wyznanie