Nie byłam najlepszym dzieciakiem w gimnazjum. Miałam typowy okres buntu, a rozwód rodziców tylko wzmagał wszystkie negatywne emocje. Wchodziłam rodzinie i nauczycielom na głowę, robiłam dramaty i specjalnie byłam problematyczna, żeby tylko rodzice się spotykali i wspólnie próbowali jakoś mnie utemperować.
Ogarnęłam się dopiero, gdy groziło mi oblanie klasy. Bardzo dałam w kość germanistce, pyskowałam, doprowadzałam ją do furii, nie radziła sobie ze mną. Finalnie zażądała zmiany klasy i odeszła z pracy jeszcze zanim skończyłam szkołę.
Od tego czasu minęło 10 lat.
Tydzień temu byłam na rozmowie o pracę, telefonicznie przebrnęłam przez wszystkie rozmowy wzorowo. Byłam święcie przekonana, że ją dostanę. I zgadnijcie kto przeprowadzał rozmowę. Moja germanistka... Nie zadała mi nawet jednego pytania, tylko od razu zaczęła mi tłumaczyć, dlaczego sobie nie poradzę.... Facet, który siedział obok niej, bał się odezwać. Na koniec przeprosiłam za tamte lata, ale jak to ładnie stwierdziła "gdyby przepraszam wystarczyło, nie byłoby wojen"...
Mój ojciec zdradzał moją mamę wielokrotnie, wreszcie nas opuścił i zranił w ten sposób wiele osób, w tym mnie.
Dziś jestem na zdradę uczulona, dlatego gdy moja najlepsza przyjaciółka przyznała mi się do zdrady męża, przestałam jej ufać. Nie mogę znieść jej durnych argumentów o samotności i o tym jak bardzo jest rozdarta. Jest to dla mnie żenujące. Wciąż powtarza, że bardzo kocha męża, a mimo to go zdradza. Nie ogarniam tego.
Nie jestem w stanie wybaczyć jej, że jest taka fałszywa. Pocieszała mnie po zdradach ojca, pocieszała po zdradzie mojego wieloletniego chłopaka. Wyzwała ich od najgorszych i mówiła jak bardzo nie akceptuje takich rzeczy. A tu proszę.
Trochę się zawiodłam na ludziach.
Mam kochającego męża, który jest moi przyjacielem oraz dwójkę dzieci w podstawówce. Sama jestem przed czterdziestką. Pozornie mamy życie jak z bajki - dobre prace, dom, rodzina, zdrowie. Tylko że ja teraz przezywam kryzys życia... Po cichu... Wstydzę się i boję zmian.
Pochodzę z małej wsi, w domu moich rodziców panował patriarchalny model rodziny. Ja też tak żyłam - robiłam wszystko w domu, pracowałam zawodowo, zajmowałam się dziećmi. Od zawsze myślałam, że muszę wyjść za mąż i mieć dzieci. Tak mi wpojono w domu... Mąż jest inny niż mój ojciec, dużo pomaga, organizuje czas wolny dzieciom, zajmuje się ogrodem, robi zakupy. Nie mogę na niego narzekać, jest dobrym człowiekiem i przyjacielem... Kocham go, ale jak ostatnio zrozumiałam - jak przyjaciela.
Poznałam go zaraz po rozpoczęciu pracy w mieście. Szybko się pobraliśmy, gdyż spodziewaliśmy się dziecka. Ale to on mnie pchał naprzód - zrób studia, zrób kurs, zmień pracę. Wierzył we mnie i mi pomagał, wspierał mnie.
Jedynym problemem był seks. Nigdy tego nie lubiłam. Zmuszałam się, żeby nie robić mu przykrości. Wolałam już zaspokoić go inaczej, niż żeby doszło do stosunku, na szczęście on to bardzo lubił. Myśleliśmy, że mam mały popęd seksualny. Mało kiedy osiągałam satysfakcję, czy to podczas masturbacji czy gdy on starał się mnie zadowolić. Udawałam.
Wszystko zmieniło się jakieś pół roku temu. Koleżanka pożyczyła mi książkę, gdzie był namiętny opis seksu pomiędzy dwiema kobietami. Wkręciłam się w to i czytałam kilka razy. Potem zaczęłam oglądać filmy dla dorosłych, gdzie występowały tylko kobiety. Po raz pierwszy od prawie 20 lat miałam prawdziwy, zadowalający orgazm. Czy to możliwe, że nie wiedziałam, że wolę kobiety? Nie potrafię tego pojąć, ale moje życie nagle się zmieniło. Myślę, jakby to było kochać się z inną kobietą? Wyobrażam sobie to w każdej wolnej chwili. Z drugiej strony nie potrafię tego zrobić mężowi i dzieciom. Skrzywdziłabym wszystkich naokoło, a jakby to wpłynęło na psychikę moich dzieci? Nie mogę zdradzić, nie mogę odejść, ani się przyznać przed nikim, że całe życie żyłam w kłamstwie przed samą sobą. Nie mogę tego zrozumieć, że tak długo myślałam inaczej. Jest mi bardzo źle ze samą sobą... Wybieram się za tydzień do psychologa. Może on mi pomoże....
O depresji i społeczeństwie:
Pawła poznałam na imprezie. Zaczęliśmy gadać, parę razy poszliśmy na kawę, ale szybko zorientowałam się, że to nie mój typ i nic poza koleżeństwem z tego nie będzie. On chyba miał podobne odczucia, bo kontakt samoistnie się rozluźnił.
Jakiś czas później Paweł napisał do mnie - w wielkim skrócie - że potrzebuje pogadać, bo ma depresję, a wie, ile wsparcia niedawno okazywałam w takiej sytuacji naszej wspólnej koleżance i że można na mnie liczyć. Zapewniał, że się leczy, podał nawet nazwisko lekarki. Traf chciał, że okazała się nią moja wieloletnia znajoma, ale nie mówiłam mu o tym - znajoma na portalach społecznościowych ma zmienione nazwisko, więc sam o tym nie wiedział, a ja nie chciałam, żeby źle się z tym poczuł.
Codziennie rozmawialiśmy, czasem wychodziliśmy na kawę, ale z czasem Paweł robił się coraz bardziej natarczywy. Początkowo przymykałam na to oko, ale coraz więcej rzeczy budziło moje podejrzenia. Próbowałam się wycofać z tej coraz dziwniejszej relacji. Wtedy zaczął, grozić, że się zabije.
Czara goryczy przelała się, kiedy musiałam na kilka dni wyjechać. Napisał, że ma za sobą próbę samobójczą. Przestraszyłam się nie na żarty i wreszcie zadzwoniłam do koleżanki-lekarki. Co się okazało? Paweł nigdy się u niej nie leczył. Nigdy nie leczył się też u żadnego innego jej znajomego lekarza. Przyciśnięty przyznał się, że jak zobaczył, że dużo czasu spędzałam z koleżanką w depresji, to uznał, że to świetny sposób ma podryw.
Jak pomyślę, że takich idiotów może być więcej, to rozumiem, dlaczego są ludzie, którzy nie wierzą, że depresja to choroba.
Po ciężkim dniu w pracy postanowiłam wybrać się do popularnego sklepu z elektroniką, agd, rtv itp. Przyszłam po kilka drobiazgów, ale przy okazji postanowiłam przyjrzeć się parownicy (takiej do prasowania), którą niósł jeden z pracowników sklepu. Wesoło zapytałam o sprzęt i jego jakość. Pan podszedł z pełnym profesjonalizmem: "dużo pani prasuje?", a ja na to "raczej normalnie, po 8h dziennie, 40h tygodniowo. W biurze rachunko..." i spaliłam buraka, gdy dotarło do mnie, jakie było pytanie.
Ze względu na zbliżające się święta, będzie takie oto wyznanie-opowieść.
W tamtym roku w wigilię mój sąsiad musiał iść do pracy. Starszy człowiek na emeryturze, ale bardzo skromnej, więc musiał odrabiać na portierni. Na dużym zakładzie był kompletnie sam. Żywej duszy w okolicy 10 kilometrów. W tym czasie jego syn wraz z rodziną szykowali się do kolacji. Dzieci czekały na prezenty, żona w kuchni szykowała pyszne potrawy, on w najlepszym garniturze szykował stół. W końcu usiedli, ale synowi nie dawało spokoju, że nie ma ojca. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Przyszli teściowie, więc poszedł do żony i powiedział, że musi iść do ojca, żeby go zrozumiała, że ma rodziców, dzieci, a on jest sam. Nie protestowała. Spakował duży kawałek karpia, opłatek, jeszcze kilka smakołyków i pojechał. Spędził z ojcem czas do północy.
Po świętach zwolniono P. Kazimierza z pracy ponieważ "wpuścił postronną osobę na zakład". Kilka tygodni temu sąsiad umarł. Dziś rozmawiałem z jego synem. Bardzo mu smutno, że wigilia będzie bez ojca i bardzo żałuje, że ostatnia wyglądała tak jak wyglądała.
Morału brak. Za to są życzenia.
Życzę wam kochani pracodawcy i kochani pracownicy aby każde świata były tak obchodzone jak gdyby miały być ostatnie tj. z rodziną, przy pełnym stole i żeby wam niczego nie brakło, a w szczególności człowieczeństwa. A wam drodzy internauci życzę aby Facebook nie zastąpił rodziny, a lajki szczerych uczuć. Nie zapominajcie także, że komentarze piszą ludzie i to że się z nimi nie zgadzacie nie znaczy, że są trollami czy też żywą siłą przeciwnika.
Wszystkiego dobrego.
Dużo osób pisze na temat sowich problemów związanych ze swoim imieniem czy tam nazwiskiem.
(Imiona i nazwiska zmyślone, ale chce pokazać analogię).
Mam na imię Julia - a na nazwisko Mateusz.
Chłopak, z którym mieszkam od niedawna ma na imię Mateusz... nie, nazwiska nie ma Julia, ale mimo to jest wiele różnych problemów, gdy razem coś załatwimy + problemy z odbiorem paczek od kuriera - takie niedomówienia setny raz z rzędu robią się mało przyjemne.
Parę lat temu, gdy byłam jeszcze studentką, wracałam z moją koleżanką (niech będzie A) autobusem z uczelni.
Był to jakiś trudny dzień i byłam mega zmęczona. Wsiadając do busa, zauważyłam faceta, nasze spojrzenia spotkały się dosłownie na moment.
Usiadłyśmy wygodnie z koleżanką, wspominając miniony dzień na uczelni.
A wysiadała wcześniej ode mnie, więc ja postanowiłam zrobić sobie krótką drzemkę, zamknęłam oczy i już miałam odpływać w ramiona morfeusza, gdy nagle ktoś się do mnie dosiada i mówi:
- Przepraszam, nie chciałem Cię przestraszyć, ale nie darowałbym sobie, gdybym nie zapytał... - to był mężczyzna, z którym nasze spojrzenia się spotkały.
Ja onieśmielona do granic! Czerwona na twarzy, z wielkimi oczętami, uśmiecham się i zamiast mówić, to piskliwym głosem skrzeczę "słucham?"
I wtedy On powiedział coś, co do tej pory buduje moja megaaaaa słaba samoocenę:
- Czy jest ktoś w Twoim życiu, kto docenia Twoje piękno?
Byłam tak zszokowana, że nagle nie widziałam czy mam chłopaka czy nie, gdzie ja w ogóle jestem...
Nagle przypomniałam sobie, że tak, mam chłopaka, więc tylko pokiwałam głową.
Nigdy już później nie spotkałam tego faceta, ale dzięki niemu, gdy dopada mnie mega zdołowanie i coraz mniejsza samoocena, to sobie przypominam jego słowa.
Bardzo za nie dziękuję...
Puenty brak, chciałam Wam to opowiedzieć.
Święta Bożego Narodzenia, i tak przypomniała mi się pewna sytuacja sprzed dekady.
W wigilię przyjechał do domu moich rodziców brat ojca. Nie znałam go, ponieważ tylko okazjonalnie dzwonił do ojca raz w roku, a mieszkał na drugim krańcu kraju.
Ojciec nie wpuścił go za próg domu, tylko powiedział, aby się wynosił.
Ja jako 15-latka nie mogłam zrozumieć taty, to był jego brat, a na dodatek wigilia.
Byłam zniesmaczona ojcem i okazywałam mu to. Pyskowałam, dogadywałam, mama mówiła tylko, że jestem jeszcze młoda i nic nie rozumiem, co oczywiście skutkowało moim oburzeniem.
Tata zmarł w sierpniu następnego roku. Na pogrzeb przyjechał stryj, ale zauważyłam, że zawsze ktoś z rodziny był wokół mnie i pięcioletniej kuzynki, gdy on był w pobliżu. Wręcz paranoicznie wujkowie i starsi kuzyni nas pilnowali. Oczywiście w tamtym czasie uznałam to za chore.
Dopiero mając 24 lata, dowiedziałam się od starszego kuzyna, że brat ojca siedział za pedofilię. Ojciec chciał mnie chronić, a ja w jego ostatnie święta byłam dla niego wredna.
Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić.
Gdybym miała skarżyć się na historie ze swojego życia spod szyldu #metoo, dotyczyłyby upokarzania mnie przez kobiety.
Gdy byłam w 4 klasie, intensywnie dojrzewałam i zaczęłam nosić pierwsze staniki. Nie zawsze było mi w nich wygodnie, zwłaszcza na wf. Któregoś razu po bieganiu za piłką stanęłam z boku i zaczęłam sobie dyskretnie poprawiać stanik przez t-shirt, na zasadzie poprawienia przesuniętych ramiączek. Zauważyła to moja wuefistka i krzyknęła:
- Haha, ale fajnie się za cycki złapałaś! Co, bolą, jak biegasz? Tak, do ciebie mówię!
Wszystkie dziewczynki na sali się na mnie obejrzały i zaczęły się śmiać, a babsko razem z nimi. Potem wuefistka aż podeszła do drugiej nauczycielki i razem zaczęły wyśmiewać moje rzekome łapanie się za cycki, a potem mnie przedrzeźniać. Wszyscy się ze mnie śmiali! Jaka ja czułam się upokorzona... płakałam przez cały dzień.
W wakacje po 4 klasie pojechałam na obóz sportowy. Byłam jeszcze mimo wszystko gówniakiem, a na obozie było sporo starszej młodzieży. Bardzo imponowały mi dwie starsze koleżanki, mogłam całe dnie u nich przesiadywać. Jedna z nich miała też starszego brata, który któregoś razu obrzucił mnie rozmoczonym papierem toaletowym (bardzo dojrzale), a ja nie pozostałam dłużna i chlusnęłam w niego kubkiem wody. To był początek mojego piekła. Dziewczyny przestały być super koleżankami i w odwecie zaczęły mnie przy każdej okazji łapać za tyłek, za piersi, rozrzuciły moją brudną bieliznę po całym ośrodku, a pewnej nocy naprawdę mnie skrzywdziły. Jedna mnie trzymała, a druga wkładała mi palce w waginę. Najgorsze wspomnienie mojego życia. Czemu się nie poskarżyłam? Próbowałam, ale wychowawczyni, kobieta, stwierdziła, że zmyślam i przesadzam.
Liceum. Uczyłam się w klasie z praktycznie samymi dziewczynami. Miałyśmy jednego nauczyciela, który ciągle rzucał zboczone teksty. Raz powiedział do mnie - w kontekście brakującej oceny z kartkówki, której nie pisałam - "hehe, chodź obejrzymy twoją dziurkę". Boże, było mi tak wstyd. Stałam sparaliżowana w klasie i do dziś pamiętam, że koleżanki ŚMIAŁY SIĘ z tego jak szalone. Śmiały się również, kiedy powiedział, że jak odpowiadam, to gwałcę go o lepszą ocenę. Zapamiętałam zwłaszcza dziki śmiech jednej z nich, tak jej było wesoło, gdy facet upokarzał koleżankę.
Smaczek? Ta dziewczyna, której wtedy było tak wesoło, jest obecnie naczelną feministką, dziennikarką Wysokich Obcasów i najwięcej płakała na swoim FB za czasów mody na #metoo, jak to się wykładowca do niej brzydko seksistowsko odezwał, albo pod jej klatką stał ekshibicjonista.
I tak w tym kontekście dziwi mnie najazd, jacy faceci są źli i stosują przemoc seksualną, bo kobiety nie są wcale lepsze.
Dodaj anonimowe wyznanie