#TxNSb
Tytułem wstępu - mam własną firmę w branży IT, dzięki czemu często pracuję zdalnie w domu.
Z "Eugenią" znamy się od dziecka. Po podstawówce straciłyśmy kontakt, ponieważ jej ojciec dostał pracę w Niemczech; co zdeterminowało przeprowadzkę. Jednak kilka lat temu wróciła na stare mieszkanie z mężem oraz córką (aktualnie 7 lat). Do męża nic nie mam, pracuje fizycznie po 10-12h, wraca, pobawi się z dzieckiem, zje i idzie spać; natomiast każdy wolny dzień Eugenia zagospodarowuje mu na prace domowe. Do córki też nie, całkiem spoko dzieciak.
Z Eugenią bardzo szybko odświeżyłyśmy dawną relację, fajnie było znów mieć kumpelę w bloku obok. Ona nigdy nie pracowała "bo córka taka chorowita, musiałabym co chwilę brać urlop". Fakt, jej córka między 2 a 5 r.ż. rozchorowywała się wręcz na zawołanie. No i tak właśnie się zaczęło - niewinne prośby, czy mogłabym jej TERAZ JUŻ zrobić zakupy (bo w lodówce przeciąg, a młoda chora i nie da rady wyjść) lub przyjść na chwilę do jej córki, żeby Eugenia mogła skoczyć do sklepu. Prośby oczywiście spełniałam, bo dlaczego nie, skoro miałam taką możliwość. Z czasem Eugenia zaczęła się rozkręcać i wręcz się mną wyręczała; zgrywając przy tym nieporadną i uciemiężoną. Nadal w miarę możliwości się zgadzałam, gdyż potrafiła zrobić wokół siebie taką histerię, że zawsze myślałam "OK, ja to ogarnę w 30 minut, a ona 5 razy zabłądzi i dalej nie trafi". Poza tym lubię piec ciasta i nieraz zanosiłam im kawałek "do kawy". Koleżanka każdorazowo prosiła o przepis i zarzekała się, że następnym razem to ona zrobi. Co nie nastąpiło nigdy, "bo (nowy) piekarnik coś niedomaga, blacha nie taka, mąki akurat nie mam, wiatr wieje nie w tę stronę" i pierdyliard innych wymówek. Zawsze jej było ciężko. Ze wszystkim. No i oczywiście, gdy JA czegoś potrzebowałam, to akurat nie mogła (nawet, gdy jej córka była na zajęciach), bo to, tamto, sramto. Ale bardzo mnie przeprasza, w innej sytuacji NA PEWNO by mi pomogła, no ale akurat dziś nie da rady! Zwykle jakoś sobie radziłam (bo musiałam) i rozchodziło się po kościach. Czara goryczy przelała się jednak, gdy znalazłam się w sytuacji naprawdę podbramkowej, ale Eugenia akurat myła okna, więc mogłaby ewentualnie za godzinkę; i ostatecznie ratowała mnie koleżanka, która bez słowa wsiadła w taksówkę i była u mnie w ciągu 10 minut. Z Eugenią urwałam kontakt.
Teraz, z perspektywy czasu, widzę w tym swoją winę. Nauczyłam ją, że zawsze jestem w stanie sobie poradzić i zawsze, gdy narobi wokół siebie dramę, to głupiutka naiwna ja przybędę z odsieczą. Czy nie widziałam tego wcześniej? Widziałam, ale ponieważ zawsze się jakoś wykaraskałam, to dochodziłam do wniosku, że ona jest po prostu mało zaradna. Ponadto znałyśmy się jak łyse konie, mogłyśmy porozmawiać dosłownie o wszystkim i szkoda mi było to stracić.
Jednak nie żałuję, polecam.
#eza6m
Zacznę od tego, że ojciec jest alkoholikiem. Z mamą próbowałyśmy zapobiec jego piciu, ale na niego nic nie działa, ani groźby, ani prośby. Każda rozmowa kończyła się agresją z jego strony. A wspominając o leczeniu ewidentnie pchałam się w gips. Jego picie miało trzy etapy, śmiech - płacz - agresja. Po każdej jego libacji musiała interweniować policja. Groził mamie, wyzywał nas i szarpał. A gdy byliśmy sami, obłapiał mnie.
Moja mama nie jest bez winy, cały czas go niańczyła, a on nie omieszkał tego wykorzystywać. Wiedział, na ile może sobie pozwolić i pił dalej. Po każdej takiej akcji udawaliśmy, że nic się nie stało i zgrywaliśmy normalną rodzinę.
Ten rok był jeden z gorszych.
Pierwszy raz wsiadł po pijaku do samochodu, miał gdzieś, że mógł zabić siebie albo niewinnego człowieka. Za drugim razem znów musiała interweniować policja, gdy go zgarnęli, urządził na ulicy MMA na oczach sąsiadów i przerażonych przechodniów. Kiedy napluł policjantowi w twarz, został spacyfikowany przez przemiłych panów mundurowych i trafił do szpitala z obitą twarzą i podejrzeniem popękanych żeber. Na szczęście nic mu nie było, szybko wypuścili go do domu. Myślałam, że po tej akcji się opamięta i przestanie pić. Ale on dalej szukał wrażeń. Następnym razem mama załatwiła mu zakaz zbliżania się, ale trwało to ok. trzy dni, później mu wybaczyła i liczyła na zmiany.
Oczywiście było jeszcze parę takich wybryków, ale jedna historia przelała czarę goryczy.
Słysząc, jak nieudolnie wchodzi po schodach, szykowałam się na najgorsze, ale ku mojemu zdziwieniu otworzył drzwi i padł na ziemie. Myślę sobie, że spoko, obędzie się bez awantury. Następnego dnia od rana było słychać jego wrzaski, zwymyślał nas niesamowicie, rzucał się do mnie z łapami, aż w końcu moja mama wywaliła go z domu. Oczywiście bardzo mu się to nie spodobało, po godzinie jeszcze bardziej pijany zaczął się dobijać do głównych drzwi osiedla, dzwonił i krzyczał, aż w końcu jakiś niczego nieświadomy sąsiad go wpuścił. Żeby dostać się na klatkę, musiał przedrzeć się przez szklane drzwi, myślałam, że podzwoni sobie trochę i odpuści, ale on tak łatwo się nie poddaje, rozbił szkło mocnym kopnięciem. Słysząc to mama zadzwoniła na policję. Szybko przyjechali. Widząc trzy radiowozy nawet nie próbował się rzucać, szybko go zgarnęli. Ma zakaz zbliżania się, mama w końcu złożyła zeznania. Dzień później jego znajomy przyszedł po jego rzeczy. Byłam pewna, że zatrzyma się u kolegi, ale on wolał pić. Nie chodzi do pracy, strasznie się zapuścił. Ostatnio mijałam go na ulicy, szedł chwiejnym krokiem z wielkimi siatami, nie zwrócił na mnie uwagi, jakbym była dla niego nikim.
Mam ogromne wyrzuty sumienia, chcę mu pomóc, ale boję się go wpuścić do domu. Wiem, że się nie zmieni. Chciałabym przestać go kochać.
#LQEOT
Nadal lubię mitologię grecką ;).
#kNiwX
Zdarzyło się, że jadąc na jakąś imprezę, musiałam wrócić po zapomniany prezent czy inny drobiazg. Spotkałam wtedy właściciela mieszkania w windzie. Wjechaliśmy razem na moje piętro, a on powędrował w swoją stronę. Dziwne, pomyślałam, ale nie obudziło to we mnie żadnych podejrzeń.
Teraz jestem na zwolnieniu lekarskim, mój służbowy samochód przekazałam na ten czas innemu pracownikowi, więc moje miejsce na parkingu podziemnym stoi puste. Leżę, choruję, to się budzę, to znów zasypiam, generalnie jest kiepsko, ale stabilnie. Nagle obudził mnie dźwięk otwieranego zamka. Po czym ktoś wszedł do łazienki i zaczął się kąpać. Może to gorączka, a może sytuacja była tak absurdalna, że nawet nie pomyślałam o zgłoszeniu tego na policję. A po około 15 minutach z łazienki wyłonił się pan Marcin...
#qKlLP
Mieszkamy w starym domu. Aby przejść do mojego pokoju, muszę przejść przez pokój, w którym śpi dziadek (z babcią śpią w oddzielnych pokojach). Studiuję i do późna się uczę, bo 5 dni w tygodniu kończę zajęcia o 20 i dopiero po 21 jestem w domu. Gdy chcę się wreszcie położyć spać, bo rano aby zdążyć na uczelnię muszę wstać o 5.20, wtedy strasznie głośno włącza telewizor. To samo jest gdy w weekend chcę dłużej pospać. Na prośbę, żeby przyciszył, wyzywa mnie. To samo jest przy stole, gdy chcę porozmawiać z mamą. Mamy się zamknąć, bo on ogląda telewizor. Mama tłumaczyła mu milion razy, ale oni tak swoje. Ile razy ja już usłyszałam od własnego dziadka, że jestem kur*ą? Pogubiłam się już.
Babcia jest chyba jeszcze gorsza. We wszystko się wtrąca, chce wszystko wiedzieć. Od małego wtrącała się w to, jak chodzę ubrana, jak mam ścięte włosy. Zawsze gdy chciałam coś zrobić, robiłam wszystko źle. Umycie talerzy? Kubek stoi nie w tym miejscu, powinien stać 3 cm w prawą stronę pod kątem 30 stopni. Robię ciasto, którego przepisu ona nie zna. Przecież ona wie lepiej. Ile to razy gdy rozmawiałam z mamą podsłuchiwała pod drzwiami albo pod oknem, albo po prostu na chama wchodziła do pokoju, już ze znajomością całej treści naszej rozmowy, wymądrzając się, że ona wie lepiej. Stłukłam szklankę? Co ja zrobiłam, jestem niezdarą, do niczego się nie nadaję. Ona stłukła? No przecież nic się nie stało, kupi się nową. Kiedy mama jest w pracy babka ma istny raj, może mówić i robić co chce, bo gdy mama jest w domu, trochę się hamuje. Gdy coś z mamą kupujemy, chowamy i przynosimy do domu albo kiedy nie ma ich w domu, albo wnosimy przez okno w pokoju mamy.
Wstydzę się kogokolwiek zaprosić do domu. A nie chcę też ciągle siedzieć u koleżanek, dlatego też może kilka znajomości nie przetrwało.
Ile razy ja już myślałam o ucieczce z domu albo śmierci, nawet nie liczę. Nie chcę tylko zostawiać mamy samej, bo wiem, że by sobie sama nie poradziła. Zostaje mi tylko fantazjować o jak najszybszej śmierci dziadków.
#yVQ3Y
Jakiś miesiąc temu w naszym życiu pojawił się pewien problem, w postaci dziewczyny ojca. Nie myślcie sobie, że jestem jakąś durną nastolatką, która nie chce, by jej tata ułożył sobie życie na nowo. Nie jestem zazdrosna o jego związek z inną kobietą, ja to całkowicie rozumiem, a nawet popieram. Po tylu latach poświęcenia należy mu się także coś od życia. Jednak mam poważne obawy co do tej laski, którą sobie znalazł. Ona jest młodsza ode mnie!
Weronika skończyła dopiero 18 lat. Nie mogę uwierzyć, że mój tata związał się z taką gówniarą. Jakim cudem facet, który jest grubo po czterdziestce, może podobać się osiemnastolatce? Oczywiście, że nie zależy jej na nim, tylko na jego pieniądzach, bo na czym niby innym? Jestem załamana i nie wiem jak sobie w tej sytuacji poradzić. Czuję, że oddalamy się od siebie z ojcem, bo jestem wrogo nastawiona do Weroniki. Tata wspominał mi ostatnio, że bardzo chciałby, żeby ona kiedyś z nami zamieszkała. Zdaję sobie sprawę, że tak tylko mnie uprzedza i to są dalekie plany, ale naprawdę, nie wyobrażam sobie żyć z tą dziewczyną pod jednym dachem. Ona ma pstro w głowie, nie można z nią o niczym porozmawiać, nie mam pojęcia co mój ojciec w niej widzi! Ach, przepraszam, wiem, co widzi. To chyba jasne – jest bardzo atrakcyjna. Tylko co z tego? Czy tylko wygląd się liczy? Czuję się zraniona w środku, mam wrażenie, że cała ta chora sytuacja jest policzkiem dla mojej zmarłej mamy, która była piękną i mądrą kobietą. Jestem pewna, że ona nigdy nie poparłaby zachowania ojca i byłaby teraz nim bardzo rozczarowana.
Tata przeżywa teraz pewnie jakiś kryzys wieku średniego i jestem w stanie to wszystko zrozumieć. Jednak niczego nie pragnę bardziej w świecie niż tego, by przestał spotykać się z tą dziewczyną. Pomyślałam, że pójdę do jej domu i opowiem to wszystko jej rodzicom, może oni wkroczą i naprostują swoją córkę, by zajęła się swoimi sprawami, a nie wchodziła z butami do czyjegoś życia…
#6P7LQ
Anonimowe jest to, że przez większość czasu muszę się powstrzymywać, by nie zacząć krzyczeć ani nikogo nie uderzyć. Wystarczy naprawdę byle głupota, bym czuła, jak robi mi się czerwono przed oczami (niekiedy niemal dosłownie), ręce same się zaciskają, zęby też (do tego stopnia, że po takich epizodach często jeszcze długi czas boli mnie szczęka), a ja mam ochotę coś uszkodzić. Próbuję wtedy się uspokoić, ale chociaż przetestowałam już chyba wszystkie dostępne bez recepty proszki na uspokojenie, melisę, relaksującą muzykę (tylko pogarsza sprawę), medytację nawet, nic nie wydaje się działać. Trzęsę się w środku, a gniew, którego nie mam jak rozładować i który - z czego zdaję sobie sprawę - niejednokrotnie nie ma żadnych podstaw sprawia mi ból, nie wiem, fizyczny czy psychiczny. Czasami po takich epizodach orientuję się, że na przykład pokaleczyłam sobie paznokciami ręce, nawet nie wiedząc, że zaciskałam pięści.
Najgorszy ze wszystkiego jest fakt, że takie sytuacje często biorą się "znikąd". Wystarczy, że na przykład za dużo osób rozmawia w jednym pomieszczeniu (nienawidzę nakładających się na siebie ludzkich głosów, to najgorsze, co może mi się przytrafić), koleżanka z pracy za długo rozmawia przez telefon, szef powtarza po raz trzeci to samo albo autobus spóźnia się o dosłownie dwie minuty. Do szału doprowadza mnie, kiedy muszę gdzieś zostać dłużej niż planowałam, kiedy ludzie się spóźniają, kiedy wracam zmęczona z pracy, a w autobusie nie ma wolnych miejsc. Wiem, że nie są to sytuacje, na które powinnam tak reagować, ale jest to silniejsze ode mnie.
Mam tak chyba od zawsze (w każdym razie odkąd pamiętam). Kiedy byłam dzieckiem i mogłam po prostu krzyczeć albo płakać, było lepiej, ale teraz mi nie wypada, w pracy czy wśród ludzi nie mogę sobie na coś takiego pozwolić i mam wrażenie, że to jeszcze pogarsza mój stan.
Moi bliscy, którzy chwalą mnie za ciepło i uprzejmość, nie wiedzą, jak wiele wysiłku kosztuje mnie powstrzymywanie się przed zrobieniem im krzywdy, czy to fizycznej, czy psychicznej. Najbardziej boję się, że któregoś razu znajdę się w sytuacji, w której rzeczywiście się nie pohamuję i rzeczywiście trwale kogoś uszkodzę - zwłaszcza że z miesiąca na miesiąc powstrzymywanie tych napadów furii robi się coraz trudniejsze. Nie stać mnie na psychologa, zresztą mam z nimi kiepskie doświadczenia. Więc tak sobie żyję, ja i mój gniew, który w każdej chwili może znowu wybuchnąć.
#Gtr2j
Dzwoni codziennie nawet kilka razy. Pyta co robię, jak w pracy, kto co mówi. Wszystko musi wiedzieć. Czuję się jak na smyczy. Najgorsze jest to, że tak jest od zawsze. Ciągle byłam pod kontrolą. Nic bez jej wiedzy nie mogłam robić. Gdy tylko gdzieś wyszłam, od razu był telefon gdzie jestem. Gdy poszłam z koleżankami, to jeździła i sprawdzała, czy nie piję. Miałam wtedy 17 lat. Ciągłe pytania kto do mnie pisze. Kiedyś była sytuacja, że zabrała mi telefon i czytała SMS-y czy wchodziła na gg. Nigdy jej się nie zwierzałam, bo zwyczajnie się bałam i wiedziałam, że wszystko powie rodzinie. Nigdy nie rozmawiałam z nią jak z matką. O pierwszej miesiączce i współżyciu dowiadywałam się ze szkoły i od koleżanek. O seksie pierwszy raz porozmawiała ze mnę, gdy miałam 20 lat. Moimi powierniczkami były koleżanki, a potem szukałam znajomości na czatach. Wszystko musi być po jej myśli, a gdy się sprzeciwię jest afera. Nawet ciuchów nie mogę kupić sobie sama, bo musi być jak ona chce, bo twierdzi, że ja nie mam gustu.
Mam już tego wszystkiego dość. Ale nie wiem co mam zrobić.
#jfVcS
Przypomniałam sobie, że mam przecież kurteczkę w szafie. Nową kurteczkę, której nigdy mojej córce nie założyłam. Pokazałam ją pani. Była bardzo zadowolona. Powiedziała jedynie "biorę". Rzuciłam szybko, że kurteczka jest nowa, więc chciałabym za nią 40-50 zł. Pokazałam jej również w telefonie, po ile takie kurteczki można kupić w sklepie. Moja cena była bardzo przystępna.
To, co się wtedy stało, to szaleństwo. Pani bardzo oburzonym głosem zapytała "Jak to? Wystawiła pani, że odda". Wytłumaczyłam, że oferta na stronie dotyczyła kaszek, słoiczków i pieluch, a nie ubranek. Kobieta ewidentnie mało kumata, ponieważ dalej kłóciła się, że wprowadzam ludzi w błąd. Grzecznie poprosiłam, aby opuściła mój dom. Oczywiście posłuchała, ale patrzę, a ona wychodzi z kurteczką. Zawróciłam ją donośnym "Ej, proszę to oddać". Usłyszałam wtedy, że jestem młoda i bezczelna, że moja córka musi mieć przerąbane z taką niedoświadczoną matką i co więcej, pewnie nie umiem się nią zajmować.
No i niestety, obudziła lwa. Powiedziałam jej dobitnie "Ty wszo zapluta, dać takiej palca, to rękę upier... niczy. Proszę oddać tę kurtkę i resztę rzeczy".
Oddała. Na odchodne jej na oko 3-4-letni synek poczęstował mnie soczystym środkowym palcem. Przezabawne dziecko.