Jakiś czas temu wystawiłam ogłoszenie na pewnej platformie, że oddam za darmo kaszki, słoiczki i paczkę pieluch. Zgłosiła się do mnie pani, która jeszcze tego samego dnia miała odebrać rzeczy. Przyszła z dwójką swoich dzieci. Pierwsze wrażenie było całkiem w porządku. Jednak już chwilę później zapytała "A ubranek pani nie ma?". Odpowiedziałam, że ubranka oddałam kuzynce. Pokręciła nosem, ale nie dawała za wygraną. "Ale z pewnością nic się już nie znajdzie?".
Przypomniałam sobie, że mam przecież kurteczkę w szafie. Nową kurteczkę, której nigdy mojej córce nie założyłam. Pokazałam ją pani. Była bardzo zadowolona. Powiedziała jedynie "biorę". Rzuciłam szybko, że kurteczka jest nowa, więc chciałabym za nią 40-50 zł. Pokazałam jej również w telefonie, po ile takie kurteczki można kupić w sklepie. Moja cena była bardzo przystępna.
To, co się wtedy stało, to szaleństwo. Pani bardzo oburzonym głosem zapytała "Jak to? Wystawiła pani, że odda". Wytłumaczyłam, że oferta na stronie dotyczyła kaszek, słoiczków i pieluch, a nie ubranek. Kobieta ewidentnie mało kumata, ponieważ dalej kłóciła się, że wprowadzam ludzi w błąd. Grzecznie poprosiłam, aby opuściła mój dom. Oczywiście posłuchała, ale patrzę, a ona wychodzi z kurteczką. Zawróciłam ją donośnym "Ej, proszę to oddać". Usłyszałam wtedy, że jestem młoda i bezczelna, że moja córka musi mieć przerąbane z taką niedoświadczoną matką i co więcej, pewnie nie umiem się nią zajmować.
No i niestety, obudziła lwa. Powiedziałam jej dobitnie "Ty wszo zapluta, dać takiej palca, to rękę upier... niczy. Proszę oddać tę kurtkę i resztę rzeczy".
Oddała. Na odchodne jej na oko 3-4-letni synek poczęstował mnie soczystym środkowym palcem. Przezabawne dziecko.
Wakacje. Zwykły szary (ach... no, ale wakacyjny!) dzień. Jak to w lato, razem ze znajomymi postanowiliśmy spotkać się, pospacerować po mieście, poodwiedzać sklepy, spędzić razem czas. Jak zawsze weszliśmy do naszego ulubionego sklepu w galerii. Przeglądałam sobie wiele śmiesznych pierdół, w tym małą, kolorową piersiówkę. Bardzo mnie zauroczyła (żebyście sobie czegoś nie pomyśleli - alkoholu raczej nie pijam, ale ładna była). Stwierdziłam, że 60 zł to trochę za dużo, a jak to w studenckim portfelu - pieniędzy brak, więc musiałam ją odłożyć. Chciałam kupić książkę, więc wybrałam sobie jakiś kryminał i ruszyłam do kasy.
Otwieram torebkę, patrzę, a w niej moja piersiówka! Przerażona, co ona tam robi (no złodziejką nie jestem i pamiętam moment, gdy odkładałam ją na półkę) pobiegłam zanieść ją z powrotem. Wróciłam do kasy, zakupiłam swoją książkę i razem ze znajomymi ruszyliśmy do wyjścia. Przechodząc przez bramki usłyszałam alarm - przeraziłam się i pomyślałam, że coś jeszcze znajduje się w mojej torbie. Pan ochroniarz pewien, że jestem złodziejką, podchodzi z uśmiechem na twarzy i przegląda moją torbę - ku jego zdziwieniu nic podejrzanego się tam nie znajdowało... Po chwilowym przeanalizowaniu sytuacji przypomniałam sobie, że mój "stróż porządku" zawsze się gdzieś koło mnie kręcił. Nie było innego wyjścia - to on musiał podłożyć mi tę piersiówkę.
Gdybym nie zorientowała się, że w mojej torbie znajduje się przedmiot, którego nie zakupiłam, pewnie trafiłabym na komendę i została poniżona. Nikomu nie życzę takiego stresu.
To było dawno temu. Miałam 10 lat. Mieszkałam na osiedlu słynącym z patoli, chociaż u mnie w domu było normalnie. Moja przyjaciółka, która była w tym samy wieku co ja, takiego szczęścia nie miała. Ojciec pił i bił, a matka wszystko olewała, włącznie ze swoimi dziećmi.
Z tego powodu Monika, bo tak miała na imię, organizowała "ucieczki z domu", w których często jej towarzyszyłam. Wiecie, ja traktowałam to jako zabawę. Prawdę mówiąc, nie rozumiałam sytuacji jaką ona ma w domu, byłam dzieckiem, zawsze starałam jej się pomóc, ale nie miałam pojęcia przez jakie piekło przechodzi.
Pewnego styczniowego wieczora przybiegła do mnie z plecakiem, cała zapłakana. Były ferie, za oknem padał śnieg... Chciała uciec z domu. Ja znowu nie wzięłam tego na poważnie, ale mimo wszystko postanowiłam "uciec" razem z nią. Poszłyśmy do takiej starej fabryki, była to ruina, która stała tak jakby na wylocie z osiedla, trochę dalej niż bloki, często się tam bawiłyśmy. Tam śnieg nie padał, nie wiało i nie było tak zimno, więc wiadomo, że było to jedyne miejsce, które nam przyszło do głowy, aby poczekać do rana. Po godzinie, może więcej, zaczęłam ją prosić, żebyśmy jednak wróciły do domu, wiedziałam, że mama się o mnie martwi. Ona nie chciała, więc troszkę się posprzeczałyśmy i ostatecznie postanowiłam wrócić sama, ale obiecałam jej, że nikomu nic nie powiem i rano przyjdę ze śniadaniem.
Wróciłam do domu... W nocy obudziła mnie mama. Rodzeństwo Moniki szukało jej, więc przyszli spytać, czy nie wiem dlaczego nie wróciła do domu. Nie powiedziałam nic, w końcu dałam słowo! Pamiętam, że długo nie mogłam zasnąć, bo zastanawiałam się, czy dobrze postępuję... Rano dowiedziałam się, że nadal jej szukają. Przez okna widziałam policję i sąsiadów krążących po osiedlu. Ukradkiem zrobiłam dwie kanapki i poszłam w stronę fabryki, ale tam też byli ludzie, nawet zastanawiałam się jak ona się tak dobrze ukryła, że jeszcze jej nie znaleźli. Zawróciłam, bałam się, że i siebie, i ją zdemaskuję.
Poszukiwania zakończyły się późnym popołudniem tego samego dnia. Znaleziono ją kilka kilometrów dalej w takim leśnym bajorku. Martwą.
Później okazało się, że gdy poszłam, w tej fabryce zaczepił ją jakiś typ, który też się tam poszedł schronić przed zimnem. Zaczepił ją, wykorzystał i pozbawił życia.
Do dziś noszę w sobie traumę. Mimo licznych wizyt u psychologów, psychiatrów przez wiele, wiele lat, wciąż czuję się winna. Ich tłumaczenia, że byłam tylko dzieckiem, że inaczej pojmowałam świat, nigdy nie zaleczą tej rany, którą noszę w sercu. Ona wciąż i wciąż krwawi, wciąż daje mi o sobie znać. Bo mogłam wtedy temu zapobiec. Mogłam zrobić cokolwiek.
Jestem bardzo otyła, wynika to po części z zaniedbania, po części z przejść zdrowotnych, no ale do brzegu.
Siedziałam na kanapie, wysmarowana balsamem po kąpieli, oglądałam TV i coś tam zamawiałam online, potrzebna była karta płatnicza, wszystko pięknie ładnie, zapłacone, balsam się wchłonął, więc w drogę.
Ubrana i gotowa do wyjścia, portfel, telefon, klucze, torebka, najpierw zakupy, potem kawa z przyjaciółką - popołudnie typowe, aczkolwiek bardzo przyjemne.
Pierwszy sklep, płacę gotówką, drugi tak samo, w trzecim ostatnie pieniądze wydane, więc teraz kawka i plotki.
Szukam karty, by zapłacić za kawę - karty brak.
Panika, ale umiarkowana. Powrót do mieszkania - karty brak. Panika już mniej umiarkowana.
Aplikacja - logowanie do banku (uff, nic nie ubyło), blokada karty (cholera, to już czwarty raz w tym roku), no trudno.
Rozbieram się, chcę przymierzyć jeszcze raz nowe ciuszki, zdejmuję stanik i... pac. Tak, to była karta, przyklejona między fałdkę tłuszczu a biust...
Kurtyna.
PS Przyjaciółce powiedziałam, że "została w drugiej torebce".
Mając 15 lat, poznałam chłopaka starszego od siebie. Nie wiem skąd przyszło mi to do głowy, ale powiedziałam mu, że nie jestem już dziewicą. Nie przedłużając, próbowałam pozbyć się sama błony dziewiczej. Marchewką. Nie, nie udało się i z tym chłopakiem też do niczego nie doszło.
Od razu mówię, że nie mam nic do harcerzy i harcerstwa. Jedynie na niektóre środowiska należy uważać. Stąd właśnie moje wyznanie.
Kilka lat temu zaczęła się moja przygoda z harcerstwem. Trafiłem do pewnego środowiska. Poznałem tam naprawdę fajnych rówieśników. Problemem była jedynie kadra, jej myślenie i zachowanie. Co może być takiego kontrowersyjnego?
1. Kadra uważała się zawsze lepsza od uczestników. To nie polegało na zdobywaniu szacunku i byciu autorytetem dla innych. Oni po prostu potrafili zrównać uczestników z najgorszym śmieciem. O braterstwie i zasadzie, że kadra powinna być dla uczestników jak starszy brat można było pomarzyć. Byli raczej jak patologiczny pijany ojciec, który jak nie przyniosło mu się piwa, to zaraz cię bił.
2. Kadra zawsze wpajała wszystkim, że to akurat nasze środowisko jest najlepsze i nie powinniśmy w ogóle spoufalać się z innymi. Zawsze było słychać na zlotach komentarze na inne środowiska, jak to oni są gorsi, bo noszą mundury tak a nie inaczej itd.
3. Na wszelakich konkurach harcerskich nie liczyła się zabawa z robienia wspólnie zadań ze znajomymi. O nie! Liczy się tylko to, żeby wygrać, bo nam się należy, bo jesteśmy najlepsi. A spróbuj takiemu powiedzieć, że liczy się też zabawa... Oj...
4. Kadra na obozach harcerskich pod pretekstem "rutynowego sprawdzania porządków" kradła dzieciom słodycze.
5. Na moich oczach komendant obozu zakradł się na kuchnię bazy harcerskiej i wykradł jedzenie z lodówki.
6. Zdarzyło się, że na bazę harcerską codziennie przyjeżdżała budka z lodami. Fajnie, prawda? Dzieci byłyby ucieszone... i w tym momencie wchodzi rola naszej kochanej kadry - nie można kupować, bo nie jesteśmy na obozie cywilnym. Ta...
7. Wyobraźmy teraz sobie 5 harcerzy w wieku koło 11 lat. Dostają zadanie - służba na kuchni. Akurat tak się trafiło, że po całym dniu harcerze ci mieli do umycia wszystkie gary i całą kuchnię, więc od kolacji do gdzieś 21 ciągle sprzątali. Wtem kadra oznajmia, że jest alarm rynsztunkowy (trzeba ubrać pełny mundur i spakować wszystkie rzeczy). Zdarza się, tak to już jest na obozach harcerskich, tylko problem polegał na tym, że ci harcerze, którzy jeszcze mieli tyle do zrobienia, też mieli brać w nim udział. Mieli pracować na dwie zmiany. Jedna zmiana idzie się pakować i przebrać, a potem druga, no i oczywiście potem myć wszystko w mundurach. Ci harcerze już praktycznie płakali. Jako ich przełożony stwierdziłem, że w ramach pocieszenia kupię im lody (z tej budki z lodami). I tak też zrobiłem. Bardzo się cieszyli, a kierowniczka bazy odpuściła im na szczęście sprzątanie, gdy przedstawiłem jej całą sytuację.
Jakiś czas później wywalili mnie i to był jeden z powodów. Jeżeli można wylecieć z harcerstwa za sprawianie dzieciom radości, to coś tu jest chyba nie tak.
Naprawdę polecam harcerstwo, ale na ludzi trzeba uważać.
Śmieję się moim znajomym w twarz.
Była nas w szkole zgrana paczka pięciu osób. Ot, paczka jak paczka.
Jedyny problem jaki był, to przeogromny wyścig szczurów, narzucony przez liceum.
Liceum jako jedne z "najbardziej renomowanych z renomowanych", wszystko nastawione na naukę. Zdałeś na 4? Czemu nie na 5?! Na 5? Czemu nie na 6?
Moi znajomi uczyli się, ryli całymi tygodniami. Spotykaliśmy się na wspólną naukę gdzie... faktycznie się uczyliśmy. Tak, jak teraz na to patrzę - było to chore.
W pewnym jednak momencie zachorowałem, nie było mnie miesiąc w szkole. I przez ten czas odkryłem Internet, odkryłem swoje hobby, które uprawiam po dziś dzień, odkryłem masę rzeczy, a najważniejsze z nich takie, że nauka nie jest najważniejsza. Że wystarczy zdać.
I tym pięknym sposobem zaliczyłem na trójkach, czasem czwórkach drugą klasę liceum.
Odbierałem jako jedyny z paczki i w ogóle jako ósma osoba w liceum świadectwo bez wyróżnienia. Darli się na mnie nauczyciele, wyśmiewała klasa - miałem to gdzieś.
Paczka nie rozumiała, jak można olać naukę na rzecz jakichś "głupich składanek", czym nazywali moje pierwsze próby robienia biżuterii.
Klasa maturalna minęła w akompaniamencie wzywania do szkoły rodziców przez nauczycieli, a także dyrektorki, "bo państwa syn zaniży nam średnią". Paczka dalej nie rozumiała, ale akceptowała. Klasa dalej się śmiała.
Zdaliśmy matury, ja ponownie - tak aby było. Kiedy nauczyciele się dowiedzieli, że nie chcę iść na studia, bo chcę zająć się całkowicie rzemieślnictwem, dostali apopleksji. Dla świętego spokoju poszedłem na tzw. "g-kierunek", który to również ukończyłem na "aby-aby".
Tymczasem moi znajomi, pełni pierdół, których im natłukli do łba nauczyciele, rozbili się o realny świat. Nikt nie zwracał uwagi na ich średnie, oceny. Studia ich przywitały gromkim "meh". Po nich następne rozczarowania w postaci pracy za średnią krajową.
A ja?
A ja właśnie zdałem egzamin na mistrza złotnictwa. Siedzę sobie w domu z kawusią, składam średnio po parę rzeczy dziennie. Sprzedaję na Polskę i za granicę. Żyję całkiem dobrze, nie muszę chodzić do pacy, słuchać drącego się na mnie szefa.
I tylko śmieję się pod nosem, kiedy któryś mi płacze przy piwie, że znów się na niego drą, znów mu pensję obetną. Mówią mi, że nie znam życia.
Nie.
Ja je poznałem już w liceum, kiedy oni żyli snem dziecka-prymusa.
Mam 24 lata i mam wrażenie, że im jestem starsza, tym coraz mniej rozsądna. Ostatnio przeszłam jednak samą siebie. Będąc na koncercie, oczywiście w stanie konkretnego upojenia alkoholowego, postanowiłam dać obcemu chłopakowi swój portfel z kartą prosząc o zapłacenie za moje piwo, a sama pójść do toalety. Stan konta sprawdzałam z drżącym sercem. Chłopak nie dość, że faktycznie kupił to piwo, zapłacił moją kartą, później mnie odnalazł i przekazał mi rzeczy, to nie tknął niczego poza tym. Dziękuję, dobry człowieku!
Historia o tym, jak zmarnowałem moje życie przez nałogową masturbację I pornografię.
W wieku około 5 lat zacząłem poznawać własne ciało i odkryłem, że bardzo dużą przyjemność daje mi pocieranie mojego penisa. Od tego czasu przez blisko 20 lat robiłem to codziennie, z okresowymi przerwami, które nigdy nie były dłuższe niż miesiąc.
Przygodę z pornografią zacząłem niedługo później (około 10 lat). Zaczęło się niewinnie, od przeglądania w internecie zdjęć jakichś znanych osób. Na początku ubranych, potem coraz mniej. Nałóg ewoluował, coraz ostrzejsze filmy (nawet homoseksualne), coraz dłużej. Po 5 latach codziennym rytuałem przed snem był maraton filmowy.
Trwało to dość długo, aż na pierwszym roku studiów poznałem dziewczynę, która bardzo mi się spodobała, zaczęliśmy być razem. Z czasem doszło do czegoś więcej, a tu pierwsze rozczarowanie - kompletny brak przyjemności podczas stosunku. Niczego nie czułem, a przy każdym zbliżeniu myślałem jedynie o tym, kiedy się ono skończy.
Z dziewczyną, którą kocham najmocniej jak umiem w wydaniu przyjacielskim, musiałem zerwać, dla jej dobra. Była to jedyna osoba, którą pokochałam, a zarówno jedyną osoba, o której nie potrafiłem myśleć w kontekście seksualnym.
Moimi nałogami doprowadziłem siebie do stanu, że nie potrafię zbudować jakiekolwiek relacji, nie mam przyjaciół, znajomych. Gdy zaczynam z kimkolwiek tworzyć jakąś relację, zaczynam myśleć o tej osobie jako o obiekcie seksualnym.
Gdy miałam 19-20 lat, dorabiałam sobie na myjni samochodowej. Mieszkałam z rodzicami na obrzeżach większego miasta. Tata akurat stracił pracę (redukcja etatów). Pracy w mojej wsi i okolicach nie było, dojeżdżałam na myjnię do miasta. Szef był okropny, istne zło wcielone. Zacznę może od tego, że jego świat kręcił się wokół wyzysku pracowników i znęcania się nad nimi. Zostawaliśmy po godzinach, informował nas o tym 5 min przed końcem pracy, kazał myć kafelki szczoteczką do zębów. Jawnie podrywał klientki, tak samo jak mnie i moją współpracownicę. Szczytem było wydarzenie, którego mu nie wybaczę. Na myjnię przyszedł po mnie chłopak ze swoim psem, uwielbiałam tego sierściucha. Szef o tym wiedział. Niby przypadkowo go potrącił, gdy wyjeżdżał z myjni. Psiak zginął na miejscu. Nawet nie wysiadł z auta, a na jego twarzy malował się uśmiech wyrażający satysfakcję. Tego było za wiele. Zwolniłam się mimo tego, że kolejnej pracy szukałam jeszcze przez 3 miesiące. Takie były czasy.
Teraz anonimowa część wyznania.
Rok temu wygrałam dość pokaźną sumę pieniędzy. Postanowiłam kupić jakieś stare auto, tego samego dnia zrobiłam w nim bałagan życia. Podeptałam kilka paczek paluszków w aucie, wysypałam na dywaniki i podłogę różnokolorowy brokat, w bagażnik wtarłam sierść wyczesaną z mojego psa (owczarek niemiecki), a całość dopełnił wysypany w niektórych miejscach pieprz mielony. Tak pojechałam na myjnię. Nie zastałam szefa, ale postanowiłam poczekać. Warto było kwitnąć pod tą myjnią 2 godziny, by w końcu spojrzeć mu prosto w oczy. Przywitałam się i zapytałam, czy da radę wyczyścić środek auta. Powiedział, że tak, ale patrząc na stan w jakim samochód się znajduje, policzy mnie drożej. Odparłam, że pieniądze nie grają dla mnie żadnej roli, płacę 1000 zł, ale mam swój warunek. Moje auto musi sprzątnąć pan szef osobiście.
Zdębiał, ale się zgodził. To ten typ człowieka, który złotówki by nie przepuścił.
Patrzyłam na ten cyrk ponad 3 godziny. Były przekleństwa, próba uzyskania pomocy od pracowników (na miejscu jednak byłam ja, a miał sprzątać sam). Pojawiło się nawet pytanie, czy może być bez bagażnika. Oczywiście, że nie mogło :) Po skończonej pracy zapłaciłam. Zrobiłam pogadankę na temat szacunku. Przyjął ją na klatę, zapewne licząc na więcej możliwości szybkiego zarobku, lecz z udziałem pracowników. Poprzednich współpracowników nie zastałam, byli nowi młodzi ludzie, ale patrzyli na zmagania szefa z nieukrywaną satysfakcją.
Do wszystkich, którzy mają zamiar napisać mi, że mogłam lepiej wydać te pieniądze niż na zemstę napiszę jedno: co miesiąc wspieram znane fundacje ratujące dzieci i zwierzęta większą sumą.
Mi osobiście starczy uczucie, że szef chyba jednak będzie milszy dla swoich ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie