#6P7LQ
Anonimowe jest to, że przez większość czasu muszę się powstrzymywać, by nie zacząć krzyczeć ani nikogo nie uderzyć. Wystarczy naprawdę byle głupota, bym czuła, jak robi mi się czerwono przed oczami (niekiedy niemal dosłownie), ręce same się zaciskają, zęby też (do tego stopnia, że po takich epizodach często jeszcze długi czas boli mnie szczęka), a ja mam ochotę coś uszkodzić. Próbuję wtedy się uspokoić, ale chociaż przetestowałam już chyba wszystkie dostępne bez recepty proszki na uspokojenie, melisę, relaksującą muzykę (tylko pogarsza sprawę), medytację nawet, nic nie wydaje się działać. Trzęsę się w środku, a gniew, którego nie mam jak rozładować i który - z czego zdaję sobie sprawę - niejednokrotnie nie ma żadnych podstaw sprawia mi ból, nie wiem, fizyczny czy psychiczny. Czasami po takich epizodach orientuję się, że na przykład pokaleczyłam sobie paznokciami ręce, nawet nie wiedząc, że zaciskałam pięści.
Najgorszy ze wszystkiego jest fakt, że takie sytuacje często biorą się "znikąd". Wystarczy, że na przykład za dużo osób rozmawia w jednym pomieszczeniu (nienawidzę nakładających się na siebie ludzkich głosów, to najgorsze, co może mi się przytrafić), koleżanka z pracy za długo rozmawia przez telefon, szef powtarza po raz trzeci to samo albo autobus spóźnia się o dosłownie dwie minuty. Do szału doprowadza mnie, kiedy muszę gdzieś zostać dłużej niż planowałam, kiedy ludzie się spóźniają, kiedy wracam zmęczona z pracy, a w autobusie nie ma wolnych miejsc. Wiem, że nie są to sytuacje, na które powinnam tak reagować, ale jest to silniejsze ode mnie.
Mam tak chyba od zawsze (w każdym razie odkąd pamiętam). Kiedy byłam dzieckiem i mogłam po prostu krzyczeć albo płakać, było lepiej, ale teraz mi nie wypada, w pracy czy wśród ludzi nie mogę sobie na coś takiego pozwolić i mam wrażenie, że to jeszcze pogarsza mój stan.
Moi bliscy, którzy chwalą mnie za ciepło i uprzejmość, nie wiedzą, jak wiele wysiłku kosztuje mnie powstrzymywanie się przed zrobieniem im krzywdy, czy to fizycznej, czy psychicznej. Najbardziej boję się, że któregoś razu znajdę się w sytuacji, w której rzeczywiście się nie pohamuję i rzeczywiście trwale kogoś uszkodzę - zwłaszcza że z miesiąca na miesiąc powstrzymywanie tych napadów furii robi się coraz trudniejsze. Nie stać mnie na psychologa, zresztą mam z nimi kiepskie doświadczenia. Więc tak sobie żyję, ja i mój gniew, który w każdej chwili może znowu wybuchnąć.
Psychologiem nie jestem, ale na moje oko możesz mieć problem z nagromadzeniem negatywnych emocji. Większość ludzi nie przeżywa napadów gniewu gdy słyszą nakładające się głosy, ale osoba żyjąca w ciągłym stresie, sfrustrowana i nieszczęśliwa, potrafi wybuchnąć przez byle błahostkę. Być może jeśli zorganizujesz sobie więcej czasu dla siebie i odetniesz się od największych problemów, te mniejsze także staną się mniej dokuczliwe.
@asteria - co Ty robisz?! Przecież przez Twój komentarz autorka znów się musi powstrzymywać!!!
Brzmi to jakbyś nie potrafiła wyrazić swoich emocji i tłumisz je w sobie = dziwne rzeczy z tego wychodzą
W sumie... Może kwestią czasu być, aż coś w autorce pęknie i skończy się źle.
Mój mąż ma podobnie. Rozwiązaniem problemu okazało się powieszenie worka treningowego w kotłowni. Ślubny trenuje na nim godzinę dziennie i od tego czasu jest zrelaksowany i spokojny. Może Tobie też to pomoże.
O właśnie, coś w tym stylu chciałam zaproponować. Osobiście miałam taki okres w życiu że chodziłam ciągle zirytowana jakimiś nieistotnymi pierdołami. I trochę pomagało mi bieganie plus słuchałam wtedy częściej takich bardziej agresywnych, głośnych gatunków muzyki. A oprócz takich mechanicznych sposobów, polecam stopniową naukę wyrażania tych negatywnych emocji od razu, żeby tego w sobie nie tłumić. Świat się nie zawali, jak czasem przeklniesz czy ochrzanisz kogoś jak na to zasłużył, życie takie jest. Ważne, żeby nauczyć się robić to w kontrolowany sposób i nie wyładowywać się na przypadkowych osobach.
Też tak mam. Chyba muszę kupić worek treningowy. Mnie pomaga wykrzyczenie się (mam mało interesujących się sąsiadów i nie reagują na darcie mordy) i coś co mogę zepsuć, jak suszarka, pudło styropianu, czy krzesło.
Piąteczka, opisalas moje życie.
Ja się podjęłam psychoterapii i powoli się turlamy.
Co jakiś czas terapeutce udaje się mi wytłumaczyć, dlaczego akurat na tą rzecz nie powinnam się denerwować i tak żółwim tempem odhaczamy. Nie wiem jak ona to robi, bo ja jestem ultra świadoma, że postępuje idiotycznie i robię sobie krzywdę, racjonalizuje sytuację do bólu i wiem, że robię źle, a mimo wszystko nad sobą nie panuję i potrzebuje kogoś, kto powie mi co już od dawna wiem.
Czasem się zastanawiam co będzie szybsze, umrę ze starości czy zacznę mieć wywalone i przestanę się denerwować.
Zdarza się nawet, że jeden komentarz na anonimowych wyprowadza mnie z równowagi na tydzień i bez przerwy przeżywam go od nowa
Może wybierz się na samotny spacer do parku (lub inne miejsce gdzie nikogo nie ma) i wykrzycz się, rozładuj energię, pouderzaj z pięści w ziemię czy inne rzeczy, albo zapisz się na sztuki walki, gdzie wypada krzyczeć. Czasami to bardzo relaksuje
Może znajdź jakąś pasję gdzie będziesz mogła wyładować swoją energię i złość np. jakaś dziedzina sportu.
To nie jest durna rada. Niektórym pomagają takie rzeczy. To trochę jak z polecaniem ziołowych suplementów "na uspokojenie" - mogą pomóc, a mogą wcale nie zadziałać (tak jak u autorki wyznania). Ale szansa że zrobisz sobie tym krzywdę jest dosyć mała, więc na początek można spróbować. Czasem warto zaczynać od takich łagodnych metod.
Also, chyba wiadomo, że wszystko zależy od osoby i kalibru problemu. Przecież logiczne, że jeśli czyjś gniew wywołany jest naprawdę ciężką, poważną rzeczą, to nie pomoże "pójście pobiegać". Ale czasem istnieje opcja, że jest to przejściowy stan i jakaś chemiczna nierównowaga w organizmie, który można złagodzić np. wspomnianą aktywnością fizyczną, zmianą diety czy innych nawyków. Tutaj akurat brzmi to jak coś grubszego, czym powinien zająć się lekarz, ale to nie powód do naskakiwania na osobę, która próbuje pomóc.
To tak jak ja. Kiedys jeszcze panowałam nad wyrzucaniem swojego gniewu. A teraz sam głos mojej matki np potrafi mnie tak zirytować, że drę się kilka minut ze złości
Też tak mam że się wściekam bez powodu
Gniewu nie trzeba powstrzymywac. To calkowicie naturalna emocja. Gniew trzeba wyrazac- lecz w sposob nieraniacy. Slowami: “czuje gniew bo...”, “to dla mnie za duzo”, “nie chce tego”, “”to mi przeszkadza”. Poczuc gniew, poszukac zrodla, nazwac, wyrazic i pozwolic zeby przeminal.
Da się nauczyć tego gniewu nie odczuwać w niektórych sytuacjach lub odczuwać mniej.
psychiatra/psycholog i ucz sie w ZDROWY sposob wyrazac irytacje czy zlosc
abstrahujac juz od stanow emocjonalnych, takie tlumienie w sobie skutkuje np. wrzodami zoladka, rzs, astma i innymi chorobami autoagresywnymi
Ooo matko, właśnie o tym ostanio czytałam w książce znanego psychologa dziecięcego Jaspera Juula. Byl zwolennikiem wyrażania emocji, także u dziewczynek, bo te najczęściej są hamowanie tekstem "dziewczynom nie wypada krzyczeć i się złościć."