Cieszyłam się na wieść o śmierci mojej matki.
Generalnie to nasze charaktery różnią się o 180°. Jako dziecko nie przepadałam za nią, dużo pracowała poza domem. Bardzo się poświęcała, bo nie miałam ojca i było nam ciężko finansowo. Potem, jako nastolatka, nie mogłyśmy się porozumieć na żadnym polu. Była cudowną matką, o wszystko dbała, ale chyba nie rozumiała mojego sposobu bycia. Zawsze byłam trochę ekscentryczna, mogę powiedzieć, że nasiliło się z wiekiem. Mój ojciec był chory psychicznie, dlatego martwiła się, że coś odziedziczyłam. Po prostu jej nie lubiłam, denerwowała mnie. Widziałam, że się stara, chodziła na rozmowy z różnymi pedagogami, walczyła o naszą relację.
Wyprowadziłam się szybko. Miałam trochę wyrzuty sumienia o to, więc utrzymywałam kontakt. Założyłam własną rodzinę i ona przyjeżdżała na święta czy weekendy. Ale po prostu jej nie lubiłam, nie chciałam, żeby przyjeżdżała. Męczyło mnie to, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać. Właściwie to zawsze pomagała z obowiązkami domowymi, bawiła się z wnukami, starała się nie wtrącać swojej opinii. Wielu ludzi dałoby się za coś takiego pokroić. Naprawdę, widziałam jak się stara i była wtedy świetną kobietą. Ale mimo tego spędzałam z nią czas z poczucia obowiązku, bo wiedziałam, jak wiele dla mnie zrobiła.
Gdy umarła, to ogarnęła mnie ulga. Że już nie trzeba będzie przyjeżdżać ani dzwonić, tylko ten czas poświęcę dla siebie. Zdałam sobie sprawę, że ja jej tak naprawdę nigdy po prostu nie lubiłam, nie była w moim typie. Jak męcząca ciocia, dla której jest się zawsze serdecznym i miłym, ale czeka się, kiedy wyjedzie. Teraz minęło trochę czasu od jej śmierci, a ja nadal nie czuję żadnej tęsknoty. Trochę mnie to martwi i w cholerę boję się, że z moimi dziećmi stanie się dokładnie to samo.
Są we mnie dwa wilki - ten dobry i ten zły.
Wilk dobry: mimo stosunkowo młodego wieku należę do czołówki onkologów dziecięcych pewnej specjalności/specjalizacji. Jestem pochłonięty pracą od godziny 8 rano do 8 wieczorem. Często pracuję również w weekendy - pobierając wynagrodzenia, które nie są wysokie. Jestem uważany za osobę, która bezbłędnie rozpoznaje symptomy nowotworowe, która potrafi rozpoznać wczesne stadia wszelkich zmian prowadzących do pełnego obrazu klinicznego "raka" u małych pacjentów. Moja skuteczność już dawno przekroczyła 95% rozpoznań, włączając bardzo rzadkie przypadki. Miesięcznie diagnozuję nawet kilkaset nowych przypadków. Teoretycznie daję nadzieję na pełne wyleczenie, a przynajmniej na wydłużenie nadziei. Jestem w tym naprawdę dobry - dodatkowo ludzie uważają mnie za "anioła" - zawsze kładę dzieciaki ponad wszystko - potrafię przyjechać do kliniki w nocy, aby tylko pomóc, pracuję nie do godziny 16, a do końca kolejki. Nigdy nie wziąłem nawet czekolady od rodziców małych pacjentów. To na tyle dobrego wilka.
Zły wilk: moją największą radością jest obserwacja rodziców, kiedy przekazuję im informacje o chorobie nowotworowej ich dziecka. Uwielbiam patrzeć na ich ból i łzy. To jest coś, dla czego żyję. To jest coś, co motywuje mnie do jeszcze lepszej i bardziej skutecznej pracy w diagnostyce/histopatologii. Udając współczucie patrzę z pełnym szczęściem na ich łzy i niedowierzanie. Pocieszam, choć w głębi się cieszę.
Mam 29 lat, trójkę dzieci i do tej pory "w miarę" udane małżeństwo. W miarę, ponieważ rok temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradza. Przysięgał na kolanach, że to błąd, że kocha tylko mnie. Wybaczyłam - ze względu na dzieci, dom, kredyt (standard).
Wczoraj okazało się, że mój mąż ma 4-letnie dziecko... Jesteśmy małżeństwem od 6 lat. Jeden SMS wywrócił moje życie do góry nogami, mój mąż umawiał się na jutro z kochanką, napisał, że ma prezent dla swojej córki i że ich kocha...
Okazało się, że poznali się miesiąc przed naszym ślubem i do tej pory cały czas się spotykają. Oczywiście mąż płacze, przeprasza na kolanach, że kocha mnie i dzieci nad życie....
Jestem w totalnej rozsypce. Kazałam mu się wynosić. Ale on nie chce się wyprowadzić, bo rzekomo mocno nas kocha i chce zacząć wszystko od nowa. Nasze najmłodsze dziecko ma dopiero pół roczku... Starsze już widzą, że coś jest nie tak. Zastanawiam się, co ja mam zrobić, czy jest szansa, że facet, który zdradzał mnie przez całe nasze małżeństwo i do tej pory to robił, a po drodze miał jeszcze jedną chwilową kochankę, potrafi się zmienić.
Jego kochanka domaga się, żeby mąż uznał ojcostwo, bo do tej pory tego nie zrobił, i zabierał ich dziecko raz w tygodniu na cały dzień. Moje życie w jednej chwili rozpadło się na tysiące kawałków.
Nie mam zielonego pojęcia, czy ktokolwiek pamięta jeszcze wyznania o gołębiu imieniem Ziarenko. Przypominając, jedno z wyznań było o tym, że zaprzyjaźniłam się z nim na przystanku, gdzie dziobał mi adidasy, a drugie, że zawalił mi kanapkę i jadł ją razem z kolegami gołębiami na sąsiednim drzewie.
Ziarenko trzyma się bardzo dobrze i po półtora roku wracam, żeby wam opowiedzieć o kolejnej przygodzie.
Jak to gołębie, nie lecą one na zimę do ciepłych krajów (wówczas zanieczyszczenia na Hawajach wzrosłyby o 80%), a zostają u nas.
Mimo tego, że często siedział u mnie w domu, razem ze mną oglądając seriale, to nie chciałam, żeby kiedyś przypadkiem zamarzł na jakimś dachu. Dlatego zrobiłam mu ciepły kącik na balkonie, gdzie notorycznie miałam mu podrzucać jedzonko. Nie zawsze przecież byłam w domu, żeby go wpuszczać do środka, a wszyscy wiemy, jak zima u nas wygląda (kto nie wie, to za ciepło nie jest).
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy któregoś dnia po powrocie ze szkoły mój balkon był oblegany przez kilkadziesiąt gołębi, chcących zjeść ziarna i skryć się w środku kartonu.
Dziękuję za zrobienie mi rozgłosu na dzielni, stary.
Mam ogromny dom, ogromną rodzinę, toteż wigilia była na dużą skale. W całym tym amoku nikt nawet nie zauważył, że mój wujek wymknął się gdzieś wraz z jakąś daleką ciotką, po czym moja 9-letnia siostra idąc na strych po jakąś zabawkę przyłapała ich tam na bardzo gorącym uczynku ;) W tym czasie żona wujka śpiewała sobie wesoło kolędy razem z mężem tamtej ciotki i resztą rodziny. Biedni, niczego nieświadomi...
Tak że cóż, w tym roku wigilia trwała u mnie jedynie do 18, a skończyła się z przeogromnym hukiem.
Dziś do pracy nie przyszedł mój kolega, z którym dzielę biuro. Podczas przerwy na drugie śniadanie dowiedziałem się, że został on zatrzymany za "naruszenie nietykalności cielesnej" swojej żony.
Podczas gdy wszyscy wyrażali głębokie zdegustowanie dla jego zachowania, mnie zżerały wyrzuty sumienia, bo znałem tę sprawę z nieco innej strony.
Mój współpracownik przez lata gnębiony był psychicznie przez swoją małżonkę. I to w dość podły sposób. Wczoraj przyszedł do roboty blady jak ściana i niewyspany. Okazało się, że został zdradzony. „Stary, albo rzuć tę toksyczną babę, albo obrośnij w jaja i pokaż jej wreszcie, że jesteś facetem!” - niezgrabnie i trochę bezmyślnie rzuciłem na pocieszenie.
Najwyraźniej moje rozumienie „bycia facetem” jest inne niż jego. Teraz jest mi przykro, że wcześniej w jakiś sposób mu nie pomogłem. Może nie doszłoby do takiego finału. A tak czuję się winny sprowokowania go do tak paskudnego czynu.
Codziennie jem w kabinie toalety w pracy.
Duże korpo, kilka stołówek i miejsc do jedzenia, restauracje po wyjściu z budynku, a ja jem w toalecie.
Wszyscy myślą, że wychodzę jeść gdzieś na miasto, bo znikam.
Wstydzę się jeść przy ludziach albo patrzeć na to roześmiane i jedzące towarzystwo przy stolikach.
Nie chcę żeby widzieli, że jem sama.
Zazwyczaj byłam bezproblemowym dzieckiem - do przedszkola chodziłam chętnie, w podstawówce uczyłam się na tyle pilnie, na ile byłam w stanie. Nie pyskowałam, potrafiłam się sama sobą zająć. Rodzice mieli do mnie dużo zaufania, więc chodziłam sama do szkoły podstawowej (takie czasy, do tego blisko).
I któregoś dnia nie poszłam do szkoły. Następnego też. Przestałam chodzić do szkoły bodajże przez miesiąc, chyba 4-5 klasa podstawówki. Koleżankom pokrętnie tłumaczyłam się, że jestem chora, nauczyciele w to też wierzyli. Nikt nie zadzwonił do rodziców, nikt nie wysłał pisma odnośnie nieobecności. Ale wiadomo, sprawa wyszła na jak na wywiadówce.
Dostałam awanturę jakich mało, matka była zrozpaczona i całkowicie nie rozumiała co się stało. To był pierwszy raz, kiedy dostałam porządny opieprz, ale mniejsza o to. Najgorsze dla mojej mamy było to, że nie potrafiłam wytłumaczyć dlaczego nie chcę chodzić do szkoły. Co się stało, że z dobrej uczennicy stałam się notoryczną wagarowiczką?
I wtedy wymówiłam się tym, że boję się pana z matematyki (był naprawdę straszny, ale teraz po latach wspominam go jako wspaniałego, choć surowego nauczyciela). Miałam rozmowę ze szkolnym psychologiem, nauczyciele też chcieli mi pomóc. I niby sprawa się rozwiązała, zaległości nadrobiłam, wszystkich przeprosiłam i po sprawie. Teoretycznie.
Akcja właściwa:
Minęło wiele lat, ledwie już pamiętałam tamte wydarzenia. Z koleżankami kontakt się pourywał drogą naturalną, aż kiedyś przez przypadek na mieście spotkałam moją serdeczną koleżankę z ławki. Od słowa do słowa, umówiłyśmy się na kawę. Rozmawiałyśmy jakby nic się nie zmieniło, gdy nagle spoważniała i powiedziała:
- Przepraszam za wtedy.
Zdziwiłam się, nie pamiętałam, by kiedykolwiek mi sprawiła przykrość, a znałyśmy się od przedszkola i trzymałyśmy się razem aż do końca podstawówki. Prawie. Spytałam o co chodzi.
- No o tę sytuację w szkole...
Zdziwiłam się jeszcze bardziej i dopytuję.
- Wtedy, co chłopacy cię gonili i cię rozebrali, bo chcieli zobaczyć, czy masz wypchany stanik.
Mnie zmroziło. Nie pamiętałam takich wydarzeń. Owszem, jako dziewczyna byłam najwyższa, pierwsza dojrzałam, pierwsza nosiłam stanik (już w klasach 1-3 miałam miseczkę "b"). Miałam z chłopakami dobre kontakty, rozmawiało mi się z nimi lepiej niż z dziewczynami. Byłam "chłopczycą".
I chyba dostałam jakichś przebłysków. Nie wiem, czy to moja wyobraźnia uzupełniła luki, czy faktyczne coś takiego miało miejsce... A ja nie wiem nawet, czy to jest możliwe? Że "zapomniałam". Opowiedziała mi co się stało, że mnie zaciągnęli siłą do łazienki, że mi nie pomogła, tylko uciekła. Tłumaczyłoby to tę nagłą zmianę, strach przed chodzeniem do szkoły (strach zapamiętałam bardzo dobrze).
Boję się poznać prawdę. Bo co jeśli faktycznie tak było?
Pod koniec maja wyprowadziłam się od rodziców do wynajmowanej kawalerki. Kawalerka znajdowała się na poddaszu i przez długi czas to pięterko było tylko moje. Na parterze mieszkały jeszcze dwie inne rodzinny.
Wyprowadzając się ze sobą wzięłam psa. Kundelek już swoje lata przeżył, więc umiał się zachowywać i pomimo tego, że często zostawał długo w domu sam (spokojnie - jeśli nie było mnie naprawdę długo, to do psa przyjeżdżała siostra), to nigdy rozpaczliwie nie szczekał ani nie wył. Większość czasu po prostu przesypiał.
Pod koniec września na "moje" pięterko zaczęła wprowadzać się kolejna rodzina. Był to akurat okres, gdzie pracowałam zdalnie, więc orientowałam się, co się dzieje w budynku i muszę przyznać, że w ogóle nie dało się poznać, że mieszkanie obok było remontowane. W połowie października wprowadzili się i na początku był spokój. Gdy pierwszy raz spotkałam się z [S]ąsiadem twarzą w twarz, zaczęła się litania - że sąsiedzi są tacy i owacy, problemy mieli, jak remontował mieszkanie, że sąsiadka z dołu wzywała policję, bo hałas, żyć się nie da, no ogólnie masakra. Puściłam to mimo uszu.
Potem spotkałam sąsiadkę z dołu, która ze śmiechem mi opowiedziała, jak S. wyzywał mnie od najgorszych, że późno wracam do domu i hałas robię, że mój pies szczeka po nocach i w ogóle go nie wyprowadzam, więc doniesie na mnie do TOZ-u. Mi do śmiechu nie było, więc gdy S. spotkałam, wytłumaczyłam mu w krótkich słowach, że jeśli ma ze mną jakiś problem, to niech rozmawia o tym ze mną, a nie z sąsiadami. Coś tam poburczał, pomruczał, niby zrozumiał.
Listopad był dla mnie ciężkim miesiącem - problemy w pracy, domu i S., który tak się uwziął, że policja pukała do moich drzwi parę razy w miesiącu. Wzywani byli, bo zakłócałam porządek/byłam agresywna/groziłam S. oraz jego rodzinie, kiedy typa w ogóle na oczy nie widziałam! Spełnił swoje groźby i powiadomił również TOZ.
W końcu nie wytrzymałam i wychodząc z domu zostawiałam telefon z ustawianym alarmem na różne godziny, którego dzwonkiem było wycie psa. Pies wył i wył, S. wzywał policję, która przyjeżdżała i nie widziała problemu, bo żadnego psa nie było - w wyniku choroby musiałam go uśpić właśnie na początku listopada. Po paru kolejnych wizytach dostał mandat za nieuzasadnione wezwanie policji i przez dwa tygodnie był spokój. Teraz znowu się uaktywnił i zapychał mi zamek w drzwiach papierem toaletowym (dorosły, dzieciaty facet!!), dzwonił ze skargą również do właściciela budynku, domagając się rozwiązania ze mną umowy.
Co jest w tym anonimowego? Ano żona S. wystawiła na korytarz garnek z golonkami oraz z bigosem. A ja dosypałam tam trochę środka przeczyszczającego. Czy czuję się źle? Pewnie, ale w sumie się doigrał.
Wyjeżdżam i nie będzie mnie prawie miesiąc. Jak wrócę, to liczę na spokój :)
Byłam w centrum handlowym, tłum ludzi, zima.
Zachciało mi się do toalety, mega parcie na "dwójeczkę". Kolejka jak cholera, stoję, czekam, zaraz się w gacie zesram.
Czekam.
Czekam.
JEST! Dopadłam drzwi, wlatuję do środka i moim oczom ukazuje się totalny syf.
Brudno, przepełnione śmietniki, smrodek. Paskudnie. Jednak zew natury jest na tyle potężny, że nie ma czasu na wybrzydzanie, trzeba jakoś sobie poradzić. Szyyyybkooo! Ledwo spodnie odpięłam, tak blisko było katastrofy.
W pozycji "na Małysza" załatwiłam, co musiałam. Sięgam po papier... Nie ma. No nic, w torebce jakieś chusteczki się znalazły.
I w tym momencie odwracam się, a na klapie sedesu dumnie spoczywa moje "dzieło", wieeeelgachna, śmierdząca kupa. Nie trafiłam do otworu w tym pośpiechu.
Papieru w kibelku brak. Jak się okazało, szczoty też nie było. Masakra!
Ogarnęłam, na ile zdołałam, chusteczkami, które miałam w torebce. Wspierałam się (ble) zawartością śmietnika, żeby to trochę ogarnąć. No cóż, efekt średni, wstyd było z tego kibelka wyjść i stawić czoła dłuuugiej kolejce kobitek na zewnątrz. Żenada jak diabli. No, ale co było zrobić.
Czerwona jak burak wyszłam z kabiny, na wpół zasłaniając twarz kurtką, rzuciłam tylko do następnej z kolejki: "straszny syf, nie polecam".
Do dziś mi wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie