Postanowiłam wziąć się za siebie i zacząć ćwiczyć w domowych warunkach, konkretnie w swoim pokoju. Codziennie robiłam kilkadziesiąt brzuszków na łóżku, przez co skrzypiało na cały pokój, a ja ze zmęczenia głośno dyszałam.
Pewnego dnia po skończonej serii schodziłam po schodach do kuchni i usłyszałam, jak mama mówi do taty ściszonym głosem: „Ty wiesz, że ona zaspokaja się seksuaInie?”.
Jestem WWO i nie mogę sobie z tym poradzić. Nie potrafię się bronić przed atakiem ze strony innych osób. Jeszcze nigdy się z nikim nie pokłóciłem. Zawsze przyznaję danej osobie rację (chociaż często mam odmienne zdanie). Drugie wyjście to ucieczka. Zachowuję się jak małe dziecko i chowam przed potencjalnie niebezpiecznymi ludźmi. Uważnie dobieram słowa, aby kogoś nie zranić. Tysiąc razy potrafię przepraszać, jeżeli uznam, że mogło daną osobę zaboleć to, co powiedziałem. Nie mogę zrozumieć tego, że Wy, normalne osoby, inaczej odbieracie słowa, gesty. Często dochodzi z tego powodu do nieporozumień. Ludzie uznają mnie za osobę głupią, cofniętą w rozwoju albo w najlepszym wypadku za kłamcę.
Skąd to wiem? Uważnie (nie to, że chcę uważnie to robić, po prostu tak już mam) obserwuję gesty, mimikę twarzy, oczy. Pozornie niewidoczne niuanse w zachowaniu sprawiają, że zapala mi się czerwona lampka. Całym sobą przechwytuję stany emocjonalne innych. Jeżeli ktoś ma jakieś zmartwienie, widzę go jako osobę zwijającą się z bólu na podłodze. Mnie też to boli, muszę mu jak najszybciej pomóc. Te tysiące myśli przelatujących przez głowę. Nie mogę ich zatrzymać, kłębią się i mielą przez dni, miesiące, lata.
Przez to, jaki jestem, nie potrafię się porozumieć z innymi. Preferuję rozmowy na głębokim poziomie – o rzeczach ważnych. Na 90% przypadków zostaję źle zrozumiany. To boli, bardzo boli. Nie chcę już poznawać nowych osób. Wycofuję się. Zakładam słuchawki na uszy. Nie chcę widzieć, nie chcę czuć.
To nie jest tak, że miałam zły dom, z agresją i przemocą. Wręcz przeciwnie, rodzice bardzo się o nas troszczyli. Sęk w tym, że aż za bardzo.
Odkąd pamiętam, kontrola była na porządku dziennym. Skąd wracam, gdzie idę, z kim idę. Zawsze, ale to zawsze musiałam dokładnie zdawać raport, nieważne ile miałam lat. Musiałam wracać do domu najwcześniej ze wszystkich moich znajomych. Jakakolwiek zmiana nastroju, zachowania, zawsze była przez mamę zauważona i wypytywała dopóty, dopóki nie powiedziałam. Wystarczyło się spóźnić 5 minut przed zapowiedzianą godziną powrotu, by był ochrzan. W końcu się zbuntowałam i zaczęłam później przychodzić, ale to się nie kończyło. Wyrzuty, telefony, SMS-y... Próba wyręczania w większości spraw. Czułam się jak w klatce i przyznaję, że jak tylko przyszła okazja wyjazdu na studia, to myślałam, że się tym zachłysnę. Z dala od domu czułam się wolna. Czułam się dobrze. Najbardziej na świecie bałam się, że po studiach nie znajdę pracy i będę musiała wrócić. Więc robiłam wszystko – fakultety, praktyki, wolontariat, dodatkowy staż – byleby praca się znalazła. I fakt, udało się, zostałam na stałe w moim mieście studenckim. Problem w tym, że do domu rodzinnego przyjeżdżam coraz rzadziej niż kiedyś. Często to odkładam. To jest zawsze weekend, w którym muszę być do pełnej dyspozycji, nie mogę wyjść i spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi, bo mama patrzy na mnie z takim wyrzutem, jakbym co najmniej Boże Narodzenie odwołała. Spacer z psem? OK, ale wróć do godziny. Kawa u babci? OK, ale wróć jak najwcześniej! Jak tylko zagadam się dłużej z babcią, powiedzmy ze dwie godziny, to po powrocie jest wyrzut i jakaś dziwna jakby zazdrość.
Przy każdym telefonie do niej jest wyrzut, że dzwonię za rzadko. I fakt, jak kiedyś dzwoniłam co tydzień, tak teraz potrafię odkładać to co miesiąc. Po prostu nie mogę się przemóc, jak wiem, że znowu najpierw będą pretensje, a potem rozmowa. Mam już to tak negatywnie skorelowane, że zdarza mi się po kilka razy brać telefon do ręki i go odkładać. Po każdej rozmowie mam wyrzuty sumienia, że może rzeczywiście jestem zła i zimna, i tak samo po każdej wizycie w domu rodzinnym.
PS Raz przyjechałam, jak tylko tata był w domu (przypadek, źle się umówiliśmy) i... było fajnie. Mogłam bez problemu umówić się ze znajomymi na kulig. Poczytać książkę, porobić coś, skoczyć do sąsiada i do babci. Ja wiem, że to strasznie trywialne w porównaniu do innych anonimowych, ale męczy mnie to już koszmarnie...
W II klasie podstawówki miałam jakieś straszne zaliczenie z WF-u na ocenę. Jako dusza bardziej artystyczna niż sportowa, bałam się jedynki. By odwlec zaliczenie, złapałam za flamastry, kredki i resztę piórnikowego arsenału i... pomalowałam sobie w łazience palec na czarno-sino. Zanim przerwa się skończyła, przetarłam jeszcze pięściami oczy (że niby płaczę) i pognałam do pielęgniarki i powiedziałam, że przewaliłam się na palec i coś mi tam chrupnęło.
Wierzcie lub nie, charakteryzacja była tak udana (albo pielęgniarka tak nieogarnięta), że poleciała zwolnić mnie z ćwiczeń i kazała po lekcjach biec do szpitala. Do szkoły został wezwany mój ojciec, a gdy zabierał mnie na SOR, przyznałam mu się, co zrobiłam.
Tyłek miałam siny bez malowania flamastrami, ale i tak nie żałowałam.
Na wstępie chciałabym poprosić o wyrozumiałość – boję się negatywnych komentarzy, a z używkami nie mam nic wspólnego już kilka ładnych lat. I to się nigdy nie zmieni.
To jedna z najbardziej żenujących historii z mojego życia.
Kilka lat temu (były) chłopak urządził „romantyczny” wieczór, a właściwie noc. Wspomaganą środkami wciąganymi nosem, zapewniającymi brak apetytu, brak snu, rozgadanie i popęd seksualny. Do tego trawka.
Kiedy stwierdził, że jestem już w odpowiednim stanie, przyznał się do zdrady z dziewczyną, o którą byłam zazdrosna już wcześniej. Zarzekał się, że był tylko Iodzik (nieprawda, ale wtedy jeszcze się tego nie domyślałam). Mówił też, że niczego tak w życiu nie żałuje i że było okropnie, a ja robię to milion razy lepiej od niej.
Moja reakcja? W tym amoku stwierdziłam, że chłopak jest strasznie biedny, że musi z tym żyć i ja go pocieszę... pokazując mu, jak powinien wyglądać prawdziwy Iodzik. Po czym zajęłam się nim najlepiej, jak potrafiłam.
Właściwa reakcja (rozpacz i niedowierzanie) nadeszły razem z trzeźwością.
Chcę tylko napisać, że niesamowicie wkurzają mnie wszelkie wpisy na FB spod znaku „mam chore dziecko, ale nigdy nie usunęłabym ciąży”. Kwestia jest taka, że kobiety piszące te teksty miały zwyczajnie WYBÓR. Urodziły chore dzieci, wiedząc o tym, że dziecko będzie chore, same się na to zgodziły, podjęły tę decyzję, bo MOGŁY ją podjąć. We wpisach tego typu często znajdziemy sformułowania „nie bawmy się w Boga”, „Bóg dał mi dziecko” itp. Tyle że państwo polskie nie jest państwem wyznaniowym (przynajmniej w teorii). Nie mieszajmy w to wszystko Boga, bo nie wszystkie kobiety w tym kraju są katoliczkami. A to, że ty jesteś katolikiem, nie uznajesz aborcji nawet w tak skrajnych przypadkach, jak wady rozwojowe, ciężkie choroby płodu, zagrożenie życia matki itd., to wyłącznie kwestia twojej moralności i zasad TWOJEJ religii. „Polka” nie równa się „katoliczka”. Tyle w temacie.
Nazywam się Bułka. Nie miałem dotychczas w związku z tym żadnych problemów, czasem ktoś się uśmiechnął i już. Wszystko byłoby nadal OK, gdyby w ostatnim czasie nie pojawił się w mojej pracy nowy kolega.
Zarysowując sytuację: jestem kierowcą zawodowym. Jeździ się u nas w firmie w duetach, czyli dwie osoby na jednej ciężarówce – jedna jedzie swoje, potem druga, a pierwsza odpoczywa. Jak są rozpisywane plany (zwłaszcza zjazdy do domu/przyjazdy), czasem dostajemy je zbiorczo na wewnętrzny kanał komunikacji, typu A z B jadą tam, a C i D tam. W ostatnim czasie zwolnił się mój współtowarzysz niedoli, a dokładnie tego samego dnia zatrudnił się nowy gość, więc z automatu trafił na moje auto. No i od teraz te komunikaty wyglądają następująco: „W ten weekend do domu jedzie Bułka z Szynką”. Nie, planiści nie fatygują się o chociaż „Bułka i Szynka”.
Godzina 5:20, ul Puławska, kierunek z Piaseczna do Warszawy, ruch średni o tej porze. Leci lewym pasem karetka na bombach, a przed nią mistrz kierownicy w białym citroenie.
Mimo że kierowca karetki miga długimi światłami, on nie jej nie przepuszcza.
Mam nadzieję, że nie będą musieli się kiedyś spieszyć do ciebie lub twoich bliskich. Niech Cię pokręci, pajacu!
W związku ze zbliżającą się maturą przypomniała mi się ciekawa sytuacja z poprzedniego egzaminu, który kończył edukację w mojej jakże wspaniałej szkole podstawowej.
Był sobie w mojej klasie taki chłopak, którego nadrzędnym zadaniem było robienie z siebie pośmiewiska. Jak to często idzie w parze, nauka nie była jego ulubionym zajęciem, natomiast za ściąganie powinien był dostać jakąś specjalną nagrodę.
Dzień egzaminu z matematyki nie stanowił tu wyjątku. Tak się złożyło, iż siedział on po mojej prawej stronie i gdy tylko mógł, zapuszczał żurawia do mojego arkusza. Po egzaminie, dumny jak paw, przyznał mi, że udało mu się ściągnąć każde jedno zadanie.
Jakież było jego zdziwienie, gdy pojawiły się wyniki, a on otrzymał marne 12%. Od razu przyleciał do mnie z pretensjami, że jak ja mogłam tak zawalić egzamin z matematyki, skoro zawsze miałam piątki. Pokazałam mu swój wynik – całe 100% – i wyjaśniłam, że w zadaniach zamkniętych odpowiedzi były pomieszane. Moją reakcją na jego zdumienie był wybuch śmiechu, który chyba mu się nie spodobał, bo śmiertelnie się na mnie obraził i oburzony odszedł, by nigdy więcej się do mnie nie odezwać :)
Wakacje, tak ze trzy lata temu. Mieliśmy ze znajomymi rozbite namioty na kempingu tuż koło uroczego, mazurskiego jeziorka z ładnym, drewnianym pomostem. Tego dnia, a właściwie wieczora, potwornie się upiłem i wpadłem w jakiś dziwny, nostalgiczny nastrój. Podczas gdy reszta mojej ekipy siedziała przy ogniskach i wywrzaskiwała koślawe wersy z dyskografii Dżemu, ja wziąłem upieczoną kiełbaskę, złapałem ją w przeciętą bułkę i poszedłem na pomost, aby oddać się zadumie, patrząc tępo na taflę wody. Po drodze znalazłem kamień, więc od niechcenia wrzuciłem go do wody. Zrobił miłe dla ucha PLUM!, więc po chwili poczłapałem chwiejnym krokiem po kilka innych głazów.
I tak sobie rzucałem kamieniem, nadgryzałem bułkę, znowu rzucałem kamieniem, dziab bułki, kamień, bułka, znowu kamień... Nawet nie wiem, kiedy to się stało. W pewnej chwili wrzuciłem do wody bułkę i wgryzłem się w kamień, łamiąc sobie jeden z przednich zębów.
Łkając, wróciłem na kemping. Kumplom powiedziałem, że dostałem w twarz od jakichś lokalsów. Czym prędzej poszli szukać agresorów, a ja zadowolony, że nikt nie dowiedział się o mojej kompromitacji, poszedłem spać.
Ubytek naprawiłem po powrocie z urlopu. Do dziś utrzymuję, że zostałem napadnięty przez gromadę mazurskich oprychów.
Dodaj anonimowe wyznanie