#ZOJSu

Historia o ludzkiej bezczelności w czasie epidemii.

Niedawno otrzymałam po cioci niewielkie mieszkanie. Sama jestem studentką (II stopień), ale tak się złożyło, że mieszkam z chłopakiem w jego mieszkaniu. Moje mieszkanie postanowiłam wynająć. Było zadbane, łazienka i kuchnia zostały odnowione kilka lat temu (jeszcze za życia cioci). W kuchni zmywarka, nowy sprzęt. Od siebie dodałam kilka ładnych dodatków, stary, drewniany stół i kredens po cioci trochę odświeżyłam, dodałam nowe kwiaty, wymieniłam telewizor.
Mieszkanie wynajęłam we wrześniu studentce, opłata za miesiąc to 1800 zł. Mieszkanie składa się z kuchni, łazienki, sypialni, nyży i pokoju dziennego z jadalnią, więc cena według mnie korzystna.

Studentka przeważnie przelewała pieniądze w terminie, kilka razy przyszłam do mieszkania po gotówkę i wtedy wszystko było OK, dziewczyna wydawała się porządna.
Na początku epidemii napisała do mnie spanikowana, że jest w trudnej sytuacji i prosi mnie o polubowne obniżenie czynszu, bo wróciła do domu - nie studiuje, nie pracuje i nie ma tylu pieniędzy. Zgodziłam się, bo nie mam wielkiego ciśnienia na pieniądze i chciałam pójść na rękę studentce. Umówiłyśmy się na kwotę 1000 zł za miesiąc (póki co za marzec i kwiecień - płatne na koniec miesiąca).

Podczas kwarantanny z chłopakiem uznaliśmy, że pomalujemy ściany u niego w mieszkaniu. Niestety drabina została w moim mieszkaniu, więc dzwoniłam trzy razy do dziewczyny z informacją, że przyjdę. Nie odebrała ani razu, więc niewiele myśląc poszłam do mojego mieszkania.

Otworzyłam drzwi i zbaraniałam. Widok opiszę mniej więcej tak: godzina 14, a w środku impreza życia. Parkiet przypominał popielniczkę. Na parkiecie i dywanie wylane klejące wina. Wybarwione ślady od wódki na stole i kredensie. Około 10 osób w mieszkaniu, cała przestrzeń zadymiona, smród marihuany. W kuchni sajgon, naczynia brudne w zlewie i na podłodze, kilka naczyń brudnych w koszu z przywartymi resztkami po jedzeniu. Na parapecie zepsute owoce, pomidory. Ubikacja zarzygana. Kotara nad wanną zerwana.
W łazience na podłodze leżał pijany Hindus.

Na początku nawet nikt nie zauważył, że weszłam. W takim byli stanie. Też imprezowałam, ale nie tak. Moje mieszkanie zostało zniszczone, a dziewczyna zaoszczędziła pieniądze. Kazałam jej zwrócić 1600 zł (różnica zniżki) i powiedziałam, że nie oddam kaucji. Dałam jej trzy dni na wyprowadzkę. Pokiwała głową, ja wyszłam.

Wczoraj znów przyjechałam, bo minęły trzy dni i chciałam rozliczyć się z nieszczęsną lokatorką. W mieszkaniu nadal syf, po dziewczynie ani śladu. Jej rzeczy zabrane, na telefonie zablokowała mnie i chłopaka, z innych numerów nie odbiera. Będziemy próbować ją znaleźć na Facebooku, Instagramie. Jesteśmy w kropce. Brak kontroli doprowadził do takich swawoli gówniarzy. Mało tego - ukradła głośniki i wieżę.

#MnmX0

Nawet już nie wiem, czy jestem na ten kraj zła, czy czuję smutek, czy może bezsilność. Chyba wszystko naraz, ale od początku.

Jestem dwudziestokilkuletnią kobietą, która od kilku lat żyje w strachu. Przed czym? Przed dzieckiem. Paraliżuje mnie, kiedy wyobrażam sobie, że zachodzę w ciążę. Nie dlatego, że dzieci nie chcę mieć nigdy, po prostu uważam, że teraz jest dla mnie o wiele za wcześnie.

Jeśli chodzi o aborcję w Polsce, to jest to jakiś żart. Wszystkie cywilizowane kraje zapewniają swoim obywatelkom dostęp do bezpiecznego zabiegu przerwania ciąży, natomiast w Polsce zamiast walczyć o to samo, my walczymy o to, by nie odbierali nam tego prawa w wyniku wad płodu. To jest naprawdę tragedia. Od kiedy rozpoczęła się pandemia jest jeszcze gorzej. Seks (który w zasadzie przestał ze strachu cieszyć mnie już dawno) praktycznie zniknął z mojego życia, bo wiem, że ze względu na obecną sytuację ciężko byłoby o wyjazd do Niemiec. I jestem zła, bo w czym jestem gorsza od obywatelek innych krajów, które mają normalny dostęp do aborcji i nie muszą żyć w ciągłym stresie tak jak ja? Powiecie - zabezpieczaj się. I robię to, za każdym razem, pilnuję też dni płodnych, ale i tak zawsze jest mała malutka szansa na ciążę.

Jestem studentką medycyny, więc wiem jak wygląda rozwój płodowy. I niezmiernie mnie irytuje, kiedy obrończyni życia pani Halinka przekrzykuje się na zmianę z drugą Grażynką, kiedy to wykształcają się narządy, kiedy bije serce i kiedy płód zaczyna czuć. W większości podawane informacje są błędne. No ale cóż, ci ludzie nawzajem się nakręcają i utwierdzają w tym, że myślą dobrze.
Irytuje mnie, że o tym jak się czuję i jak będę się czuć przez cale życie (o ile nie wyjadę z Polski) decydują posłowie, którzy tego strachu nigdy nie poczuli ani nie poczują, natomiast kobiety (które jako jedyne znają sytuację od ręki) są w sejmie niekiedy wyśmiewane.
Irytuje mnie, jak posłowie mówią „urodzi, to pokocha”. Chyba jakby tak było, okna życia by nie istniały, prawda?
Boję się, że będę musiała kiedyś podjąć decyzję samodzielnej aborcji w domu, która narazi moje zdrowie i życie. I wiem, że tak jak ja czują się tysiące kobiet.

Piszę to, bo choć wiem, że osoby o radykalnych poglądach swojego zdania nie zmienią, może otworzę oczy choć jednej osobie na milion. Jak przez wasze poglądy na płody i życie inni ludzie żyją w ciągłym strachu.

#ei7QI

Całe życie ponoszę odpowiedzialność za nie swoje błędy.

Moi rodzice są po prostu biedni, przez swoje własne błędy życiowe i niepełnosprytność. Mój ojciec całe moje dzieciństwo chlał na umór, kradł mamie kartę kredytową. Mama za to brała kredyty na łatanie dziur zrobionych przez ojca. A potem kredyty na spłatę kredytów, a potem kredyty na spłatę kredytów, które były na spłatę kredytów itd. Doszło do tego, że mama szantażem emocjonalnym wymusiła na mnie wzięcie kredytów. Trzy razy. Ostatni raz nawet było "na tydzień, bo mam wypłatę niedługo". Tylko to było jakieś pół roku temu, hm? Ja sama nastolatką już nie jestem, chciałam się wyrwać wyjeżdżając na studia na drugi koniec Polski.

Starałam się dorabiać ile mogłam, chociaż wybrałam ciężki kierunek. Niestety choróbsko wróciło, moja największa zmora - depresja. Nie miałam gdzie się podziać, więc wróciłam do domu. Leczę się i mam terapię, ale mało to skuteczne, bo nie mam wsparcia ani warunków w domu. Na podłodze goły beton, syf wszędzie, bo mama pracuje po 13 h, a ojciec ma wszystko w dupie. Nie mam nawet ani trochę prywatności, bo mama stwierdziła, że nie chce spać z ojcem w jednym łóżku, więc bez pytania wprowadziła się do mojego pokoju. Nie mogę nawet się dobrze umyć, bo nie ma prysznica, a do wanny trzeba grzać wodę w garnku.

Co udało mi się dorobić, to mama sukcesywnie pożyczała ode mnie na wieczne oddanie. Często nawet dowiadywałam się o tym po fakcie, kiedy chciałam coś kupić, a przy kasie okazało się, że w portfelu jest pustka. Zaczęłam chować pieniądze w zakamarkach. Poza tym od małego mam wszczepioną w mózg biedę i nawet jak mnie stać, to blokada nie pozwala mi kupić. Nie chodzi tu o coś drogiego, a raczej: "ten sok kosztuje więcej niż 2 zł, nie mogę go kupić", "nie smakują mi te bułki, ale kupię je, bo te lepsze są o 30 gr droższe". Nie potrafię nad tym zapanować. Chciałabym być kimś więcej, uczonym człowiekiem, marzy mi się kariera akademicka, ale czuję, że ta ciemność biedy nade mną zawładnie. To mój największy koszmar - podzielić los rodziców. Mam już dość mojego życia.

#mRb2o

Zdecydowałam się napisać to wyznanie w celu pewnego rodzaju terapii. Mam 27 lat i poukładane życie, jednak od niemal 10 lat co jakiś czas męczą mnie niezbyt przyjemne sny.
Nie będzie o konorawirusie, więc być może miła odmiana dla niektórych tutaj, ale od początku.

Nigdy nie byłam jakimś super asem w szkole. Moje wyniki pogorszyły się wraz z otrzymaniem pierwszego komputera, jednak nigdy nie miałam problemów z ambicją. Od dzieciaka zdobywałam mnóstwo nagród za pisanie wierszy, opowiadań i innych. Między innymi dlatego, wybierając się do liceum, zdecydowałam się na profil humanistyczny. Pamiętam, jak humanistka na pierwszej lekcji pytała wszystkich, dlaczego właśnie ta szkoła i ten profil. Odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, że mam na koncie parę sukcesów i stąd moja obecność tutaj.

Kiedy teraz o tym myślę, to chyba właśnie wtedy mnie nie polubiła. Kolejne 2 lata w tej szkole dowiodły, że nauczycielka zwyczajnie lubiła stawiać mnie w najgorszym świetle. W ostatniej klasie za cel postawiła sobie, że nie pozwoli skończyć mi szkoły. Wolałabym uniknąć podawania przykładów jej zachowania, nie chcę, aby ktoś mnie rozpoznał.

W styczniu tego magicznego roku, gdzie mieliśmy pisać matury, nauczycielka ponownie puściła pytanie po klasie i każdy po kolei miał odpowiedzieć na głos, jakie są jego plany na przyszłość. Cholera, do dzisiaj pamiętam, jak dumna powiedziałam co planuję po skończeniu szkoły. I wiecie co? W życiu nikt mnie tak nie poniżył. Bezczelne babsko podsumowało mnie, że chyba śnię jeśli sądzę, że cokolwiek w życiu osiągnę. Celowo doprowadziła tym klasę do śmiechu, żeby jeszcze bardziej mnie upodlić.

Więcej nie poszłam do tej szkoły. Moja rodzicielka wychodziła z siebie i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego przekreślam swoją przyszłość. Ta kobieta tak bardzo zniszczyła mnie w tej jednej chwili, że nie miałam siły i chęci do życia.
Na szczęście w porę się opamiętałam - duża w tym zasługa mojej mamy właśnie. W lutym zmieniłam szkołę. Maturę ustną z polskiego, do której tamta by mnie nie dopuściła, zdałam na 100%. Plany zrealizowałam zgodnie z założeniem i super - można by pomyśleć - ale niestety nie.
Do dziś miewam dni, kiedy budzę się przekonana, że nie skończyłam szkoły i wciąż jeszcze muszę to zrobić. Szczerze nienawidzę tej kobiety...

Być może ktoś uzna to za błahostkę, ale na mnie odcisnęło to piętno na długie lata.
Moja mama dowiedziała się o powodach mojej decyzji wtedy dopiero 2 lata temu. Wcześniej po prostu nie byłam w stanie jej o tym opowiedzieć. Być może to moja wrażliwość, ale tutaj apel: zawsze walczcie o swoje dzieci i rozmawiajcie z nimi, nawet jeśli zachowują się nieracjonalne.

#ujRDh

Możecie mi nie uwierzyć, ale pracuję jako sędzia w wydziale karnym i jestem wielką fanką tej strony. Ostatnio przestój (zwykle lecę z flowem tej pracy) skłonił mnie do rozmyślań nad tym co jest dla mnie najbardziej upierdliwym elementem tej pracy.

O dziwo nie są to sami oskarżeni - często nawet nie zła wcielone, ale skrajnie głupi i samolubni ludzie, nawet nie procedury, które powoli zabijają samodzielne myślenie, czy biurokracja rozwlekająca każdą banalną sprawę do roki sprawy stulecia (sprzeciw od kary nagany itp.). OK, są to elementy wkurzające każdego karnistę, ale jakoś można przywyknąć. Coś, do czego nigdy nie przywyknę, to pokrzywdzone przestępstwem znęcania się odmawiające zeznań. Mało tego, pokrzywdzone znęcaniem się namawiające swoje małoletnie dzieci, żeby w niebieskim pokoju w trakcie przesłuchania konieczne odmówiły zeznań, bo tatuś nie wróci do domu z aresztu.

Pokrzywdzone, które składają pisma i elaboraty, gdy sąd ośmieli się przedłużyć pacanowi tymczasowy areszt, wystające pod sądem i zalewające się łzami, bo jedyny pasożyt rodzinny nie wróci dzisiaj do domu. Można to w niektórych przypadkach tłumaczyć czystą psychologią, syndromem partnerki alkoholika, czy innym syndromem sztokholmskim, nieważne, ale nie zliczę ogromu takich przypadków. Te kobiet najpierw wściekłe za kolejny łomot czy nazwanie k..wą idą na policję i opowiadają naprawdę przerażające historię. Jaka kobieta godzi się na takie życie, zastanawiam się, ale gdy emocje opadają, z tym błyskiem w oku pewności, że robią co powinny, krzyczą "oddajcie mojego ukochanego". Częstym przypadkiem są matki takich ludzi, ich dzieci, ale to rozumiem, z jednej strony to instynkt, z drugiej manipulacja lub brak świadomości, że nie trzeba koniecznie tak żyć. Tych kobiet w jakichś 90% nie rozumiem, poza aspektem finansowym i pewnego uzależnienia, one nie chcą zostać same i uruchamiają tę wielką machinę zwaną wymiarem sprawiedliwości, żeby potem na ten wymiar kląć. Czasami na sali, gdy staje za pulpitem taka właśnie kobieta, mam ochotę nią potrząsnąć,  powiedzieć "co ty robisz sobie i swoim dzieciom?", ale nie mogę. A na studiach chciałam zmieniać świat. Żałosne, ale anonimowe.

#pMyjl

Zaraz po szkole średniej wyjechałam za granicę. Krótko po wyjeździe wyszłam za mąż, za wspaniałego faceta. Finansowo bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze starałam się pomagać moim rodzicom, bo w domu nigdy się nie przelewało. Mama lubiła sobie wypić i dodatkowo była nałogową palaczką, przez co czasem zwyczajnie brakowało na rachunki. Zawsze wysyłałam rodzicom pieniądze, bo wiedziałam, że jest ciężko. Chciałam tez pomoc mamie wyjść z uzależnień, jednak ona nie widziała problemu i każda próbę pomocy odbierała jako atak na jej osobę. Dodam również, że powoli remontowałam dom rodzinny, ponieważ rodzice obiecali, że dostanę go w spadku.

Wszystko zmieniło się po śmierci mojego taty. Mama chciała, żebym wysyłała więcej pieniędzy, bo jak twierdziła, żywi się suchym chlebem i masłem. Jak się później okazało, większość funduszy szło na alkohol. Postanowiłam nie wysyłać bezpośrednio pieniędzy do niej, tylko poprosiłam brata o comiesięczne zakupy do domu, które oczywiście w całości pokrywałam. Chwilę było dobrze, jednak matka wymyślała coraz to nowsze wymówki, żebym tylko wysłała więcej. W międzyczasie zaczęliśmy z mężem budowę domu i zaczęło być bardzo ciężko. Nie chcieliśmy brać kredytu, więc staraliśmy się odkładać jak najwięcej, jednak przy naszych zarobkach utrzymanie dwóch rodzin i budowy domu było niemożliwe, postanowiłam więc porozmawiać z rodziną, wytłumaczyć im, że moja pomoc musi się skończyć, ponieważ finansowo nie dajemy rady.

W chwili obecnej matka ze mną nie rozmawia, zwyzywała mnie od egoistycznych materialistek, a mojemu mężowi powiedziała, że to wszystko przez niego i jest krótko mówiąc chu***. Przestała płacić rachunki, bo wcześniej ja się tym zajmowałam, żali się na mnie do całej rodziny, że przeze mnie nie ma co do garnka włożyć, co jest nieprawdą, bo ma wysoką emeryturę po tacie (wcześniej brakowało, bo większość emerytury szła na lekarstwa dla taty, a mama nigdy nie pracowała). Domu rodzinnego oczywiście też już nie dostanę.

Sumienie nie daje mi spokoju, bo wiem, że to moja mama, jednak chciałam choć raz zawalczyć o swoje szczęście. Nie wiem kto w tym sporze ma więcej racji, wiem jednak, że nie spodziewałam się takiej fali hejtu na mnie i męża.

#628Ye

Moja była współlokatorka po dwóch latach bezproblemowego wspólnego mieszkania, na sam koniec w czasie swojej wyprowadzki mnie okradła, ja byłam wtedy w pracy i naprawdę nie spodziewałam się, że to zrobi. Dwa lata mieszkałyśmy razem i nigdy wcześniej tego nie zrobiła. Część rzeczy udało mi się odzyskać, bo na skradzionym tablecie miałam zainstalowany program do namierzania sprzętu. Część zabrał jej znajomy, który pomagał jej w przeprowadzce i ona nie wie, gdzie on mieszka.
Sprawa oczywiście na policji, ale nikt się tym nie zajął.

To było rok temu. Dziś bezczelna napisała do mnie, czy uszyłabym jej maseczki, bo jej nie stać na zakup. Tak po prostu, jakby nigdy nic się nie stało....

Odmówiłam. Była bardzo zdziwiona tym faktem, bo przecież uszyłam maseczki dla paru naszych wspólnych znajomych, to co za problem...

#BbYAF

Jestem z moim chłopakiem już od dwóch lat i niepokoi mnie jedna rzecz - wyglądam na 15/16 lat, a mojemu chłopakowi podoba się, jak wyglądam jeszcze młodziej. On ma 26 lat, namawia mnie żebym nosiła warkoczyki, różowe piżamki w kucyki i żebym się zachowywała jak taka mała, słodka dziewczynka. Dziwny jest dla mnie fakt, że niektórych dorosłych facetów kręcą takie rzeczy, tak samo zdjęcia w necie młodych nastolatek, tak bardzo uwielbiane przez dorosłych mężczyzn. Rozumiem, że młoda dziewczyna wygląda zdrowo, ma ładną, promienną cerę itp., ale żeby nie zwracać uwagi na jej wiek, czy ludzi nie powinno to odrzucać? Tak samo te wszystkie filmy porno, gdzie kobiety są stylizowane na małe dziewczynki oraz anime, to tylko nakręcanie pedofili w społeczeństwie i pokazywanie negatywnych wzorców. Wygląda na to, że wielu dorosłym facetom podobają się 14-, 15-latki.

#jthJA

W dzieciństwie rodzice nie kupowali mi "zbędnych rzeczy" typu chipsy, lalki Barbie i inne rzeczy lubiane przez dzieci. W ogóle oszczędzali na czym się dało, żeby całą kasę władować w dom i podwórko, bo co ludzie powiedzą. Mieliśmy najładniejszy dom i podwórko we wsi, ludzie myśleli, że nam się powodzi.
Pamiętam, jak raz uzbierałam złotych coś tam nie wiem skąd (może znalazłam, bo pieniędzy też nie dostawałam od rodziców) i spytałam siostry, czy starczy mi na kinder niespodziankę. Siostra mi dorzuciła (ukradła kasę mamie) i kupiła to jajko, ale mimo że 20 lat minęło, nadal jest mi przykro, że to było moje może nawet jedyne jajko niespodzianka w dzieciństwie (poza tymi z paczki na święta w szkole raz do roku). Teraz będąc dorosła kupuję nałogowo te jajka, a każdą zabawkę chowam do pudełka mając satysfakcję, że rodzice by mnie za to skrytykowali, a robię im na złość.

#vv0qj

Siedzę spokojnie w domu, nagle dzwoni domofon.
Odbieram i jakaś pani mi mówi „czy czasem pani czegoś nie zgubiła?”. Ja odpowiadam, że nie sądzę, ona mówi „proszę zejść na dół, coś pani pokażę”.

Schodzę na dół - stoi starsze małżeństwo, pan trzyma w ręku mój portfel. Zgubiłam portfel i nawet o tym nie wiedziałam! Pytam się tego pana skąd go ma, on mówi, że znalazł go w tramwaju. Nie wiem skąd ten portfel się znalazł w tramwaju, skoro ja jeżdżę samochodem. W każdym razie wszystkie dokumenty zachowane i nawet karta płatnicza, z konta nic nie ubyło, jedyne co ubyło, to tylko 20 zł z portfela.

Nie wiem jak mam tym ludziom dziękować, gdyby nie recepta w portfelu, nie znaleźliby mojego adresu.
Oby więcej takich ludzi jak oni!
Dodaj anonimowe wyznanie