Jestem 42-letnim facetem po rozwodzie, sam wychowuję dwóch synów. Była żona 6 lat po ślubie zaczęła znikać na całe noce, zdradzać mnie i w końcu uznała, że chce wyjechać i ułożyć sobie życie od nowa z nowym facetem. Nie szukałem nikogo, chciałem zająć się wychowaniem dzieci. Do czasu, kiedy poznałem Martynę.
Rok temu zaczęła pracę w naszej firmie. Młodziutka, 26-letnia, inteligentna, skromna blondynka. Filigranowa figura, piękne zielone oczy i chociaż bardzo mi się spodobała, od razu wybiłem ją sobie z głowy. Taka kobieta mogłaby mieć każdego, a nie gościa jak ja, ponad 15 lat starszego i z dwójką dzieci.
Z biegiem czasu zauważyłem, że specjalnie szuka ze mną kontaktu, często o coś pytała, prosiła o pomoc, uśmiechając się przy tym z wyraźną nutką kokieterii. Na imprezie firmowej rozmawiała i tańczyła tylko ze mną, okazało się, że mamy sporo wspólnych tematów i zainteresowań, mam wręcz wrażenie, że jest dojrzalsza niż kobiety w jej wieku. Spotykamy się czasem po pracy na obiad czy spacer.
Rozmawialiśmy o naszej różnicy wieku i Martyna twierdzi, że zawsze wolała starszych facetów. Dzieci też nie są przeszkodą, ona nie chce mieć własnych, a ja już mam dwoje i nie myślę o kolejnym. Jest wręcz idealnie.
Pewnie większość z Was każe mi się wziąć w garść i wyznać jej miłość, ja jednak cały czas się boję jak ostatni tchórz, że jej się znudzę za kilka lat.
Od paru lat interesuję się genealogią i powoli uzupełniam rodzinne drzewo o kolejne osoby, daty, miejsca itd. Dość sprawnie idzie mi przeglądanie metryk i zdobywanie informacji, ale przez dłuższy czas nie potrafiłam popchnąć dalej gałęzi jednej z moich prababć od strony ojca.
Nieraz sprawdzałam różne tropy - nic, jakby wzięła się znikąd. I w końcu dzięki przypadkowi znalazłam! Okazało się, że gdy prababcia miała 10 lat, jej rodzice przeszli z judaizmu na chrześcijaństwo (katolicyzm) i przechrzcili także ją.
To było dla mnie spore odkrycie i gdy podczas dużej rodzinnej imprezy, mój stryj zapytał, co tam nowego, zaczęłam z entuzjazmem opowiadać, czego się właśnie dowiedziałam.
I się zaczęło: że to jakieś głupoty, że przecież wiadomo, że (jego) babcia to co prawda ze zubożałej ale szlachty pochodziła (sami rozumiecie, w tej części Europy to co drugi szlachcic...), że chcę z nich wszystkich Żydów zrobić, itd. Stryj tak mocno się na mnie wydzierał, że reszta rodziny od razu podeszła sprawdzić, o co chodzi. Żona stryja i jego dorosłe dzieci od razu wzięły jego stronę i na mnie naskoczyły, a ja szybko zrozumiałam, że pokazywanie jakichkolwiek dokumentów nie ma najmniejszego sensu. Moi rodzice starali się nieco załagodzić sytuację, ale nie udało się: stryj ze świtą wyszedł, krzycząc, że on już brata nie ma. I faktycznie, przestali się do nas odzywać.
Anonimowa część jest taka, że ja wiedziałam, że oni się na mnie obrażą i specjalnie doprowadziłam do tej sytuacji, żeby nie zapraszać ich na mój ślub, który ma się niedługo odbyć.
Po prostu reprezentują typ, którego nie cierpię: ich megalomania, pogarda dla drugiego człowieka, dla innych poglądów, ich chamstwo i lecenie na zasiłkach (bo cyt. "tylko idioci pracują"), sprawiają, że czasem zastanawiam się, jakim cudem mamy wspólne DNA. Poza tym nieraz byłam przez nich obrażana i lekceważona (a że sama nie potrafię być chamska, to oni uważali, że takie bezkarne docinki w moją stronę to świetna zabawa).
Wiem, że rodziny się nie wybiera i staram się akceptować nawet jej kłopotliwych członków. Ale na własnym weselu (które sami opłacamy z narzeczonym) zamierzam się bawić bez stresu.
Dzięki, prababciu!
Pewnego zwyczajnego dnia stałam w kolejce w sklepie. Przede mną stał mężczyzna w wieku mniej więcej 30 lat i jego urocza córeczka w prawdopodobnie w wieku 4 lat. Dziewczynka zauważyła przy kasie czekoladowe jajka typu kinder niespodzianki i od razu zapytała taty: "Tatusiu, a czy kupiłbyś mi takie jajko?". Tata odpowiedział: "Żabko, umawialiśmy się tylko na loda". Dziewczynka jak każda kobieta miała ostatnie zdanie: "Tato! Ale na twoje piwo też się nie umawialiśmy!". Wszystkim, którzy stali w kolejce, pojawił się szeroki uśmiech na twarzy, a tata owej damy kupił małej manipulantce to jajko.
Wykład z genetyki. Na sali z 80 osób. Jeden ze studentów przerywa profesorowi i zwraca mu uwagę, że się myli odnośnie dziedziczenia grup krwi, jako przykład podając siebie. Profesor poświęcił następnych kilka minut na dogłębne wyjaśnienie mu, dlaczego jest niemożliwe, aby był biologicznym dzieckiem swoich rodziców.
W taki właśnie sposób mój kolega dowiedział się, że był adoptowany.
Moja znajoma za rok planuje ślub. Rozmawiałyśmy dziś o przygotowaniach i Gośka przyznała, że z narzeczonym nie chcą, aby na ich weselu były dzieci. Rozważają zapraszanie gości powyżej 16 roku życia.
Żałuję, że ja nie wpadłam na ten pomysł 2 lata temu, kiedy odbyło się moje wesele. Już wcześniej widziałam, że dzieciaki z najbliższej rodziny mojego męża są wychowywane bezstresowo. Na wszelkiego rodzaju spotkaniach tj. komunie, wesela itp. dzieci zachowywały się jak małpki w zoo. Skakanie po krzesłach, bicie się i przepychanie, przez co często coś zrzucały czy tłukły na stole. Wybieranie rękami jedzenia innym gościom z talerza to był standard.
Niestety na moim weselu było to samo, a nawet gorzej. Psuły dekoracje, zrzuciły paterę z ciastem, krzesła, na których siedziały były wybrudzone w jedzeniu. Podczas krojenia tortu jedna z dziewczynek zrobiła przedstawienie płacząc i krzycząc, że to dla niej tort, bo ma urodziny. I wiem, że to tylko dzieci, jednak dzieciaki z mojej rodziny zachowywały się grzecznie, bawiąc się i nie psując wszystkiego dookoła. Zapytacie co na to rodzice tych diabełków - dosłownie nic. Nawet mam wrażenie, że bawili się nie zwracając na swoje dzieci uwagi.
Koniec wakacji 2010 zapamiętam do końca życia. Nie dlatego, że były nadzwyczaj udane, ale z powodu wejścia w życie ustawy zakazującej kar cielesnych.
Niemal w każdym miesiącu dostawałam, tu eufemizm ojca: "szansę na rozmowę z paskiem". Na nic zdawały się argumenty, że w moim wieku się nie bije, że inni rodzice tego nie robią. Słyszałam co najwyżej "o co ci chodzi, nie każę ci przecież spodni ściągać". Matka była obserwatorką, a pomimo zamkniętych drzwi pewnie wszystko słyszał młodszy brat.
Gdy zobaczyłam w mediach informacje o zmianie ustawy, szybko znalazłam news na jednym z portali i go wydrukowałam. I czekałam. Gdy ojciec znowu wyskoczył na mnie z paskiem, to rzuciłam na stół kartkę z newsem, krzycząc: tylko spróbuj! Podniósł, przeczytał w milczeniu. Nigdy już mnie uderzył, ani mojego brata.
Niestety to nie koniec. Miałam sporo problemów psychicznych (wycofanie, nieufność) i z seksualnością. Z pierwszymi poradziłam sobie wizytami u psychologa. Z drugimi pomimo 24 lat na karku jeszcze nie do końca. Z rodzicami nie utrzymuję żadnego kontaktu.
Mój tata jest spokojnym realistą oraz racjonalistą, a moja mama jednak preferuje poukładane życie według jej wizji, nie przyjmując do uwagi pomyłek i niepowodzeń. Wdałam się w tatę, więc wiadomo kogo faworyzuję.
Moja mama nie lubi mnie za to, że nie zdecydowałam się zostać prawniczką. Czy też jak wolicie, panią prawnik. Zostałam fryzjerką, co moja mama uważa za prostacki zawód. Sama korzysta z usług fryzjerek, ale kiedy wypominam jej słowa tłumaczy, że chodzi tam z przymusu, bo ktoś musi zadbać o jej włosy.
Gdy odwiedzam rodzinę, czasami pojawiają się kłótnie między mną a mamą, w których ja próbuję wytłumaczyć, że jestem fryzjerką, bo kocham to co robię i czuję, że to zawód dla mnie, a ona wmawia sobie, że to kłamstwa, którymi ukrywam porażkę jako prawnik. Przeważnie bronię swojego zawodu, ale raz dla odmiany powiedziałam jej, że to jej wyimaginowane oczekiwania są po ty, by ukryć jej własne porażki. No i wtedy się działo... Jeszcze nigdy tyle obie nie krzyczałyśmy. Doszło do tego, że się rozpłakałam. Mój tata próbował ją uspokoić, jednocześnie próbując pocieszyć mnie, ale ja postanowiłam wrócić do swojego mieszkania. Po dwóch godzinach zadzwonił do mnie mój tata. Spytał, czy może chwilę po mieszkać u mnie. Oczywiście zgodziłam się. Przyjechałam po niego, a w drodze wytłumaczył, że popiera moją stronę i chciał to delikatniej jej przedstawić, ale nie udało się. Jemu też się oberwało. W sumie to mieszkał u mnie przez pięć dni, rozmyślając. Rozmawialiśmy o nim i o mamie. Przyznał, że już od dawna jej nie kocha, że jest z nią tylko ze względu na mnie, ale odparłam, że jestem już dorosła i to co on zadecyduje jest między nim a mamą. Kocham tatę i chciałabym móc kochać mamę tak jak kochałam ją będąc dzieckiem, ale to od niej zależy, czy coś zmieni.
Po tych pięciu dniach przywiozłam tatę do jego domu. Pomogłam tacie wnieść jego rzeczy, mama niewzruszona stała i patrzyła, pewni liczyła na jego pierwszy krok. Wtedy powiedział, że żąda rozwodu. Mama zbladła. Najpierw wyglądała na wystraszoną, ale jej duma znów wzięła górę. Tata powiedział jej dokładnie to co wyznał mi i dodał, że to nie ma sensu tak żyć razem. Prawnie dom należał do jego rodziców, a przepisany był tylko na niego. Mama chwilę mieszkała jeszcze w tym domu, a teraz ja przygotowuję się do mieszkania z tatą, zaś mieszkanie oddałam mamie. Przez dwa miesiące ja będę płaciła za czynsz, a do tej pory ona musi znaleźć sobie pracę. Wtedy sama będzie pokrywać koszta.
Mama nas nienawidzi, sąsiedzi wreszcie znają prawdę o niej, gdyż myśleli, że to ja powodowałam kłótnie. Będę miała nieco dalej do zakładu, ale szczerze... będzie mi milej mieszkać z tatą, mogąc pogadać z kimś, kto mnie rozumie.
Jak byłam dziewczynką, posiadłam umiejętność połykania powietrza, którą wykorzystywałam do pokonywania kolegów w zawodach w bekaniu (kto dłużej, kto więcej razy pod rząd) itd. Generalnie kładłam wszystkich na łopaty w tych jakże fajowych zawodach. Tak mi się zabawa spodobała, że łykałam powietrze byle gdzie.
Siedzę w kościele, nudy jak nie wiem... czekam na koniec. No to dla zabicia czasu zaczynam łykać to powietrze i tak się zabawiałam, aż zaczął boleć mnie już brzuch, bo za dużo się nałykałam. Ale powstrzymywałam się od bekania - w końcu byłam w kościele.
Zbliża się koniec mszy - idę do komunii. Ksiądz wyciąga hostię - a ja chcąc powiedzieć ''amen''... puściłam najgorszego, najdłuższego beka w życiu!!! Myślałam, że zapadnę się pod ziemię - ale tej siły nie dało się już powstrzymać! Wzrok księdza i ludzi dookoła - bezcenny!
Mam konto w serwisie randkowym. Niedawno napisała do mnie dziewczyna. Napisała, że jestem przystojny (to prawda) i interesujący (to również prawda). Spytała czy mam ochotę się spotkać w McDonaldzie. Zapytałem, czy czasem nie jest jakimś 50 letnim Zdzisławem czyhającym na moją cnotę albo organy (albo to i to). W odpowiedzi przysłała mi z 10 zdjęć, które wyglądały na normalne, prawdziwe zdjęcia. Co więcej była ładna, a nie często zdarza mi się rozmawiać z ładną dziewczyną.
Normalnie nie akceptuję tego typu propozycji bo sobie myślę “Coś tu nie gra, gdzie jest haczyk?”. Ale czasem trzeba w życiu zaszaleć, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana, no nie? W końcu najgorsze co mnie może spotkać, to że zobaczę 50 letniego Zdzisława, kupię frytki, pomacham mu z bezpiecznej odległości i wrócę do domu. No najwyraźniej to jednak NIE było najgorsze.
Przyszedłem. Ona też przyszła. Wyglądała jak na zdjęciach. Byłem zdziwiony. Przywitaliśmy się i zamówiłem solidny, powiększony zestaw dla siebie i dla niej też, żeby się pokazać jako mężczyzna o ustabilizowanej sytuacji materialnej. Czekaliśmy na nasze zamówienie, gdy ona powiedziała abym poszedł zająć stolik, bo był spory ruch. Zdecydowanym krokiem (dziewczynie warto pokazać że jest się pewnym siebie) przemierzyłem lokal i znalazłem idealny, zaciszny stolik w kącie, bo w głębi duszy jestem romantykiem. Usiadłem i wyciągnąłem telefon aby sprawdzić czy ktoś do mnie czasem nie napisał, ale nikt nie napisał. Tak więc siedziałem i czekałem. Minęło 5 minut, potem 10, potem 15. Dziewczyna nie przychodzi. Zacząłem jej szukać i co? Nie było jej. Ulotniła się razem z dwoma powiększonymi zestawami!
Ok mógłbym zrozumieć gdybym jej się nie spodobał i otwarcie by mi to powiedziała. Rozstalibyśmy się wtedy w pokoju i nie powiedziałbym złego słowa. Ale coś takiego? Wyglądało to na z góry zaplanowaną i precyzyjnie zrealizowaną akcję. Koledzy, bądźcie czujni!
Koło mojego domu jest staw, w którym kiedyś, dawno, było dużo wody i do tego stawu wpadł jakiś gość z koniem i się utopili. I podobno tam straszy.
Jakieś 4 lata temu razem ze znajomymi jeździliśmy późnym wieczorem na rowerach tam w pobliżu stawu. Nikt z nas nie wierzył w duchy, zjawy itp. rzeczy, ale to co zobaczyliśmy wtedy naprawdę nie wiemy jak to wyjaśnić. Gdy tak sobie jeździliśmy i oddaliliśmy się od tego stawu, nagle jedna koleżanka krzyknęła: "ej, stójcie, co to tam jest w stawie?". Wszyscy się zatrzymaliśmy i popatrzyliśmy się w stronę wody. Ujrzeliśmy taką białą kropkę na wysokości około 1,5 m od ziemi i to na pewno nie była latarka. Ta kropka przemieszczała się w bok. A za chwile za tą kropką ujrzeliśmy takie wielkie, białe, jakby świecące spodnie wychodzące z stawu, które podążały za tą kropką. Pomyśleliśmy, że ktoś po prostu był na czarno ubrany, tylko miał takie spodnie. Gdy te spodnie były dalej od stawu stwierdziliśmy, że pojedziemy szybko do domu, a więc musieliśmy minąć ten staw i przy okazji chcieliśmy się trochę z bliższej odległości zobaczyć co to jest. Gdy byliśmy blisko wody te spodnie stały dalej i było widać tylko te spodnie i jesteśmy pewni, że to nie był człowiek ubrany w białe spodnie. To były tylko spodnie, które same chodziły. Kilka sekund później te spodnie jakby nas zauważyły i zaczęły iść w naszą stronę, a ta biała kropka zaczęła lecieć do nieba. Myśmy szybko uciekliśmy do mojego domu. A jak wspomniałam na początku, mój dom jest koło tego stawu i będąc w domu popatrzyliśmy w okno, aby zobaczyć to z bezpiecznego miejsca i nie ryzykować będąc na dworze, ale ani spodni, ani nic podejrzanego już tam nie było.
Naprawdę nie mamy pojęcia co to mogło być. Wiem, że brzmi to jak wymyślona bajeczka, ale naprawdę widzieliśmy to i nie mam pojęcia co to było. Jestem pewna, że to nie był człowiek ubrany w białe spodnie, bo pomimo iż było ciemno, to byłoby widać postać, a to były tylko spodnie. Minęły już 4 lata i od tamtej pory nic już tam nie widziałam, ani nikt inny nic nie zauważył, jednak pomimo tego od tego zajścia nienawidzę wracać gdy jest ciemno, bo zawsze muszę przechodzić koło tego stawu.
Dodaj anonimowe wyznanie