#mRb2o
Nie będzie o konorawirusie, więc być może miła odmiana dla niektórych tutaj, ale od początku.
Nigdy nie byłam jakimś super asem w szkole. Moje wyniki pogorszyły się wraz z otrzymaniem pierwszego komputera, jednak nigdy nie miałam problemów z ambicją. Od dzieciaka zdobywałam mnóstwo nagród za pisanie wierszy, opowiadań i innych. Między innymi dlatego, wybierając się do liceum, zdecydowałam się na profil humanistyczny. Pamiętam, jak humanistka na pierwszej lekcji pytała wszystkich, dlaczego właśnie ta szkoła i ten profil. Odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą, że mam na koncie parę sukcesów i stąd moja obecność tutaj.
Kiedy teraz o tym myślę, to chyba właśnie wtedy mnie nie polubiła. Kolejne 2 lata w tej szkole dowiodły, że nauczycielka zwyczajnie lubiła stawiać mnie w najgorszym świetle. W ostatniej klasie za cel postawiła sobie, że nie pozwoli skończyć mi szkoły. Wolałabym uniknąć podawania przykładów jej zachowania, nie chcę, aby ktoś mnie rozpoznał.
W styczniu tego magicznego roku, gdzie mieliśmy pisać matury, nauczycielka ponownie puściła pytanie po klasie i każdy po kolei miał odpowiedzieć na głos, jakie są jego plany na przyszłość. Cholera, do dzisiaj pamiętam, jak dumna powiedziałam co planuję po skończeniu szkoły. I wiecie co? W życiu nikt mnie tak nie poniżył. Bezczelne babsko podsumowało mnie, że chyba śnię jeśli sądzę, że cokolwiek w życiu osiągnę. Celowo doprowadziła tym klasę do śmiechu, żeby jeszcze bardziej mnie upodlić.
Więcej nie poszłam do tej szkoły. Moja rodzicielka wychodziła z siebie i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego przekreślam swoją przyszłość. Ta kobieta tak bardzo zniszczyła mnie w tej jednej chwili, że nie miałam siły i chęci do życia.
Na szczęście w porę się opamiętałam - duża w tym zasługa mojej mamy właśnie. W lutym zmieniłam szkołę. Maturę ustną z polskiego, do której tamta by mnie nie dopuściła, zdałam na 100%. Plany zrealizowałam zgodnie z założeniem i super - można by pomyśleć - ale niestety nie.
Do dziś miewam dni, kiedy budzę się przekonana, że nie skończyłam szkoły i wciąż jeszcze muszę to zrobić. Szczerze nienawidzę tej kobiety...
Być może ktoś uzna to za błahostkę, ale na mnie odcisnęło to piętno na długie lata.
Moja mama dowiedziała się o powodach mojej decyzji wtedy dopiero 2 lata temu. Wcześniej po prostu nie byłam w stanie jej o tym opowiedzieć. Być może to moja wrażliwość, ale tutaj apel: zawsze walczcie o swoje dzieci i rozmawiajcie z nimi, nawet jeśli zachowują się nieracjonalne.
Podziwiam za wytrwałość. Swoją drogą to straszne, że tacy ludzie, jak ta kobieta zostają pedagogami.
Bo niestety przez zarobki do szkół nie idą najlepsi chemicy, fizycy, czy poloniści, ale ci, którzy nigdzie indziej roboty by nie znaleźli. Czytałam takie badanie, że to średni i przeciętni studenci zostają nauczycielami. Ale czemu się dziwić jak świetny chemik w laboratorium pewnie zarobi 2 razy tyle? Dla mnie nauczycielami powinna być dobrze opłacana, ale i selekcjonowana elita.
Czytałam podobne badania, ale też muszę zwrócić uwagę na inną rzecz. Żeby zostać nauczycielem trzeba iść na kierunek, który prowadzi też studium pedagogiczne (bez niego nie "wpuszczą" Cię do szkoły. Nie możesz studiować chemii organicznej i "od tak" prowadzić zajęć w państwowej placówce). Często Ci, którym nie udało się dostać na wymarzony kierunek, idą na pokrewny związany z nauczaniem. O zgrozo, jak sobie pogadasz ze studentami kierunków "nauczycielskich" to z przerażeniem odkryjesz, że w większości poszli tam ludzie którzy nie mają pomysłu na siebie i/albo mama chciała by mieli magistra, więc złożyli papiery na stosunkowo łatwy do dostania się kierunek i tak sobie bimbają. Nie płacą za naukę, bo płaci państwo, na utrzymanie dają rodzice, którzy są dumni z pociech. Przez pięć lat uczyć im się nie chce, więc kończą ze słabymi wynikami. Nie mogąc znaleźć satysfakcjonującej pracy, składają papiery do szkoły i uczą. Przez to że są w innym miejscu niż marzyli, sfrustrowani nie przykładają się do zajęć. Stąd m.in. niska jakość edukacji w szkołach.
Na pierwszym roku studiów zrobiłam sondę pt. "dlaczego wybrałaś/eś te studia i co planujesz robić dalej?". Na całym roku spotkałam tylko kilka osób, które poszły po to, by później uczyć. Reszta dopiero pisząc magisterkę zaczęła dojrzewać do tego, co chcą robić w życiu i jakie są ich realia zawodowe. Niestety, za późno się obudzili i w większości poszli do szkół, bo "nie dostałem się tam gdzie chciałem, to biorę to co jest", blokując miejsca tym "z powołaniem".
Nie zniszczyło Cię, ale wzmocniło. Gratulacje!
Ty chyba naprawdę głupi jesteś. Takie przeżycia nie czynią mocnym, one wręcz osłabiają. Wiem, co mówię.
@dewi jaka przyjemność rozmawiać z kimś merytorycznie i kulturalnie. Wróć jak opanujesz tę sztukę.
Znam, znam, znam. Pani od matematyki w liceum. Minęło 10 lat, mnie się dalej czasem śni, że muszę zdać matmę. Nie byłam orłem, ale jakimś specjalnie zaimpregnowanym człowiekiem też nie, maturę podostawową zdałam na 78%. Baba mnie po prostu nie znosiła. Jak skończyłam liceum, to poszłam i jej nawtykałam. Wywołałam ją z pokoju nauczycielskiego, po czym zaczynając "proszę pani, czekałam na to trzy lata..." powiedziałam jej, że bardzo się cieszę, że nigdy w życiu jej nie spotkam i że gdyby nauczyciele mieli co roku robione testy psychologiczne, a nie tylko na początku swojej kariery, to już by jej tu nie było. Jedno z moich najlepszych wspomnień. :D
A jej reakcja?
O kurde :D Podoba mi sie. Ja sie bałam swojej matematyczki nawet po maturze. Niestety nie miałam takiej odwagi i gadanego.
@bazienka2 - odpowiedziała, że też się cieszy, że już mnie nigdy więcej nie spotka.
W pewien sposób rozstałyście się zgadzając ze sobą xD hahah
Zawsze twierdziłam, że nauczyciele przed dopuszczeniem do wykonywania zawodu powinni przejść obserwację psychiatryczną. A mówię to z perspektywy (byłej) nauczycielki.
Kiedyś wzięłam zastępstwo na nauczycielkę, która poszła na urlop dla poratowania zdrowia. I przy lekturze, żeby nie było drętwo, zaproponowałam dzieciakom pewne, powiedzmy, zadanie, co uczniowie przyjęli z aprobatą. Wszystko zorganizowali pięknie i w dniu finalizowania tego zadania jedna z uczennic pokazała, że zrobiła je tak genialnie, że zapiałam z zachwytu, wychwaliłam dziewczynę, jak tylko mogłam, i wstawiając jej szóstkę, zauważyłam, że... młoda z krzesła się osuwa. Co się okazało? Moja poprzedniczka wiecznie tę dziewczynę krytykowała (uczennica była dobra, nawet bardzo, tylko ogromnie nieśmiała, więc ani się nie wyrywała na lekcjach, ani nie umiała przeciwstawić się bezczelności nauczycielki), dołowała, tłamsiła, gnoiła wręcz przy całej klasie - do tego stopnia, że gdy ktoś ją w końcu na tym przedmiocie pochwalił i docenił, dziewczyna z wrażenia zasłabła...
Zglosilas potem gdzieś tę nauczycielkę?
Super nauczyciel z ciebie :)
Mam to samo. Miałam w sumie troje nauczycieli, którzy gnębili mnie i ośmieszali przed całą klasą. Niestety rodzice nie pozwolili mi zmienić szkoły. Tak się bałam tych lekcji, że zaczęłam wagarować do tego stopnia, że ledwo miałam 50% obecności. Na szczęście miałam normalnego wychowawcę, który o mnie walczył, bo inaczej pewnie nie skończyłabym tej szkoły, a już na pewno nie dopuściliby mnie do matury. Na świadectwie na koniec miałam marne oceny, głównie ze względu na nieobecności, zachowanie poprawne, a maturę zdałam z jednym z najlepszych wyników w tym poje*anym "prestiżowym" liceum. Na studia podchodziłam trzy razy. Zajęcia byłam w stanie przetrwać, ale tak się boję egzaminów, że nie byłam w stanie do nich podejść. Taka trauma po liceum. W końcu dałam sobie spokój i stwierdziłam, że nie każdy musi mieć wyższe wykształcenie. Obecnie prowadzę własną działalność, bo nikt tu ode mnie nie wymaga papierka i nawet teraz, mimo epidemii, w miarę mi to idzie. Do rodziców mam żal, bo nie chcieli mnie słuchać i nie pomogli mi. Po szkole kilka lat się leczyłam i do tej pory niektóre sytuacje wywołują we mnie lęk. A czasami w nocy budzę się z koszmaru, w którym jestem znowu ośmieszana przed całą klasą przez któregoś z nauczycieli.
Ja miałam podobna babkę z angielskiego. Powiedziałam coś źle, od razu się z tego śmiała i krytykowała w złośliwy sposób. Doprowadziło to do tego, że bałam się cokolwiek mówić na angielskim chociaż zawsze byłam przygotowana. No cóż, nie każdy powinien uczyć. A Tobie gratuluje osiągnięcia sukcesu i fajnej mamy.
ja tylko zaluje, ze te wszystkie ofiary byly tak zahukane, by nie powiadomic kuratorium o tym, co ci "pedagogowie" z Koziej Dupy robia mlodziezy
Czasem w zahukaniu bierze udział też szkoła. Ja gdy zgłosiłam (wyżej/niżej w komentarzach wspomnianą) matematyczkę, że się nade mną po prostu znęca, dostałam wykład od pani dyrektor, że owszem, mam racje, pani od matematyki wybiera sobie co roku kozła ofiarnego, ale... i tu zaczęła się opowieść o problemach pani matematyczki, która to nie mogąc zajść w ciążę (9 poronień czy coś takiego) zaadoptowała dwoje niepełnosprawnych dzieci, i to taka dobra kobieta jest, święta niemalże, i ona jest nie do ruszenia, bardzo mi przykro, radź se sama pfyfka, do widzenia.
Teraz uważam, że to było chore, ale tak, będąc nastolatką dałam się zahukać.
To nie jest kwestia zahukania. Uwierz mi lub nie ale nauczyciele mają czasem takie plecy, że ciężko ich ruszyć, zgłoszenia do dyrekcji nic nie dają, często jedynie pogarszają sytuacje a nie każdy może sobie od tak zmienić szkołę. Zgłoszenia do kuratorium wbrew pozorom też bywają bagatelizowane w końcu taki nauczyciel ma poparcie u dyrektora i grona pedagogicznego. Zdanie uczniów niestety niewiele znaczy.
Nauczycielka od matematyki wybrała mnie na swoją ofiarę. Sprawdziany musiałam poprawiać kilka razy. Zdarzało się, że dostawałam jedynkę, więc prosiłam najlepszego ucznia żeby mi sprawdził. Okazało się, że moje rozwiązania zadań były poprawne i z wielką łaską zaliczała mi poprawy. Uczniom, a szczególnie chłopakom, którzy tylko się uśmiechali i nic nie robili stawiała 2 za nic... Sprawiedliwość
Rzuciłbym tej zołzie maturą z polskiego prosto w twarz.
no wlasnie podobne skojarzenia mialam, przyszlabym z matura na 100% do tej pani i wysmiala ja ;)
100% z ustnej matury nie jest takim znów osiągnięciem, żeby zrobiło na niej wrażenie. Wystarczy mieć gadane i nie pozwolić, żeby zjadł Cię stres
Anda mówimy o dziewczynie, która do dziś odczuwa negatywne skutki skurwysyństwa nauczycielki, nie o pewnej siebie osobie. Wątpię, że autorka po przenosinach do innej szkoły w lutym już 3 miesiące później ogarnęła się psychicznie na tyle, żeby "mieć gadane".
Tak czy inaczej, nauczycielka na pewno ma świadomość, że 100% z ustnej nie jest wielkim osiągnięciem, więc nie sądzę, żeby "rzucenie jej maturą w twarz" zrobiło na niej jakieś wrażenie
Na debilce wrażenia nie zrobi nawet gdy ktoś jej splunie w twarz.
Potwierdzam matura ustna jest nic nie wartym wynikiem. Są szkoły gdzie uczniowie wiedza jakie tematy będą danego dnia co bardzo ogranicza pule i mogą się dobrze przygotować. Lepszym wyznacznikiem jest pisemna podstawowa, a jeśli chodzi o klasy humanistyczne to rozszerzenie. Niestety matura ustna jest subiektywna i pewnie tamta nauczycielka zaśmiałaby się jej w twarz
Tacy ludzie jak ta kobieta znajdują dyplom ukończenia pedagogiki w chipsach chyba.