Mój chłopak nazywa mnie zebrą. Dlaczego? Bo mam takie ciemne odrosty na moich dotychczas platynowych włosach, że wyglądam jak przejście dla pieszych.
Modlę się o otwarcie fryzjerów.
Mój mąż stwierdził, że na moje urodziny (które mam w czerwcu) kupi mi seksowną bieliznę, ale w dwa razy większym rozmiarze. „Mam nadzieję, że twój biust będzie rósł na tej kwarantannie w takim samym tempie jak tyłek”, dodał.
Żebym tylko ja go w dwa razy szybszym tempie nie wywaliła z domu.
Teraz z premedytacją nasram do własnego gniazda.
Drodzy nauczyciele! Skończcie w końcu narzekać na swoją robotę!
Jestem członkiem w bardzo dużej grupie nauczycieli języka obcego. Dosłownie nie ma dnia, żeby nie pojawiały się posty typu "ja wyrabiam 200% normy", "ja już mam dość", "mam w domu małe dziecko i muszę przygotować się do zajęć w nocy, olabogaaaa biedna ja", "rodzic napisał mi wiadomość o 8, że dziecko nie może zalogować się na platformę! Co za debil, kto to widział pisać tak wcześnie rano!!!".
Rzygać mi się chce, kiedy coś takiego widzę. Obecnie wszyscy jedziemy na tym samym wozie. Jesteśmy zamknięci w domach i wszystkim puszczają nerwy. Przypominam Wam jednak, drogie koleżanki i koledzy! Pracujemy w państwówce. To oznacza, że mamy ciągłość wypłaty. Przypominam Wam również, że w naszym kraju wielu ludzi straciło pracę i teraz jadą na tzw. "resztkach". Ale oszczędności kiedyś się skończą. Tak że skończcie płakać, że samorządy nie dają wam kasy za nadgodziny, bo to już się robi śmieszne i żałosne.
Zawsze broniłam naszego zawodu. Aktywnie brałam udział w zeszłorocznym strajku. Od początku pracy w szkole nie chciałam wierzyć w to, że społeczeństwo ma o nas takie zdanie. Teraz już wiem dlaczego ciągle wyzywają nas od nierobów i leni. I zaczynam się z tym zgadzać.
Od najmłodszych lat byłam wyśmiewana z powodu swojej otyłości. Całą podstawówkę, gimnazjum i pierwszy rok liceum moi rówieśnicy nie mieli dla mnie litości. Wyzywali od najgorszych, a ja niestety nic z tym nie robiłam, biorąc na klatę ich docinki i udając, że wcale się nimi nie przejmuję, choć w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Popadłam w depresję.
Zawsze marzyłam jakie wspaniałe byłoby moje życie, gdybym była szczupła. Myślałam, że wszystko byłoby inaczej. Myślałam, że miałabym masę przyjaciół, cudownego chłopaka i ludzie w końcu daliby mi upragniony spokój.
Pewnego dnia wzięłam się za siebie. Kosztowało mnie to masę pracy i mnóstwa wyrzeczeń, ale udało się. Zrzuciłam zbędne kilogramy i z rozmiaru "XL" przeszłam na "S". Nic to jednak nie zmieniło w moim kontakcie z rówieśnikami, dalej byłam ośmieszana i poniżana. Moje wyobrażenie przyszłości legło w gruzach. Byłam załamana.
Nie rozumiem do tej pory, jak ludzie mogą być aż tak podli. W pewnym sensie to im zawdzięczam swoją szczupłą sylwetkę, ale co z tego, jeśli pozostawili po sobie wiele przykrych wspomnień, a samoocena sięga dna. Staram się o tym nie myśleć i czasem naprawdę się udaje. Mimo wszystko, gdy staję przed lustrem, łzy same płyną mi z oczu, bo jak bumerang wracają te wszystkie wspomnienia - to, co mi robili i słowa, którymi mnie obrzucano.
Hej, nie ma będzie to wyznanie, raczej apel, mam nadzieję, że zostanie on dodany.
Do ludzi, którzy którzy opisują tu tragedię życiowe, problemy w związku, albo swoje choroby mniej lub bardziej wyimaginowane, PROSZĘ PRZESTAŃCIE, to powinna być strona z zabawnymi, żenującymi historiami, coś z czego będzie można się pośmiać i poprawić sobie humor. Nie jest to poradnia psychologiczna, małżeńska czy lekarz i nawet jeśli jacyś psycholodzy tu są i dają rady, to jest to znaczna mniejszość, a chyba nie chcecie być diagnozowani przez ludzi, którzy nie mają o tym pojęcia. Ponadto większość ludzi nie chce czytać Bóg wie jak długich wywodów o tym, że boicie się wyjść z mieszkania, bo w dzieciństwie zdechł wam pies, a sąsiad z naprzeciwka to zbagatelizował i mimo to wyprawił przyjęcie urodzinowe dla swojej córki i od tamtej pory nie ufacie ludziom.
Tak że proszę uprzejmie o niepsucie tej strony bezsensownymi postami o czymś, na co my czytelnicy nie mamy wpływu.
Chcę jeszcze dodać, że nie bagatelizuje waszych problemów, bo czytam większość wyznań i zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma w życiu dobrze, po prostu szukanie pomocy tutaj nie ma sensu, tylko anonimowe staje się miejscem mniej przyjemnym niż powinno.
Było tu kilka wyznań o dzieciach, które mówiąc coś, co niekonieczne do końca rozumiały, wywołały huragan śmiechu albo naraziły rodziców na kompromitację.
Ale tego to już chyba nikt nie przebije.
Sklep bieliźniarski w jednej z galerii. Wchodzi mamusia, typowa Karyna beneficjentka 500 plusa, z kilkuletnim synkiem. Chłopiec najwyraźniej nudził się w sklepie, ale nagle jego zainteresowanie wzbudziły koronkowe majtki, na które, poza sznurkiem, raczej nie zużyto zbyt wiele materiału.
- Mamusiu, a co to jest?
- To są takie koronkowe majteczki.
I wtedy dzieciak na cały głos:
- Ale to będzie pi@&ę widać...
Wszyscy klienci dosłownie zamarli. Mama w jednej chwili poczerwieniała, złapała dziecko za rękę i pobiegła do wyjścia. Rekordy świata w różnych biegach sprinterskich były mocno zagrożone. I tak miała szczęście, że nie zdążyła nic wybrać, bo by jeszcze dodatkowo miała spotkanie z ochroną...
Boję się, że nikt mnie nie zechce, bo jestem "za luźna".
Jestem nastoletnią dziewczyną, swój pierwszy raz miałam w okolicach grudnia, teraz z chłopakiem regularnie współżyjemy. Wiem, że nie będę z nim do końca życia i tu pojawia się problem - boję się, że następny wybranek uzna, że jestem "zużyta", jakkolwiek to brzmi. Nie żałuję utraty dziewictwa, jednak mam z tylu głowy to, że nie będę w stanie zadowolić następnego chłopaka.
W mojej klatce schodowej były zepsute drzwi, można było otworzyć je przez pociągnięcie, bez wpisywania kodu, sygnału z domofonu i klucza. Myślę, że to w pewnym sensie mnie uratowało.
Sytuacja miała miejsce zimą, gdy o 5 rano było jeszcze ciemno. Pies domagał się wyjścia, więc postanowiłam na szybko wyprowadzić go na trawnik przed klatką schodową. Wyszłam z nim i czekałam aż zrobił swoje, gdy zauważyłam podjeżdżający samochód (wyglądał jak dostawczak ze spa lub salonu kosmetycznego). Nie podjechał blisko, bo wjazd bezpośrednio pod klatki zagradzał słupek przeciwwjazdowy. Trochę mnie to zdziwiło, bo na osiedlu nie było takiego salonu, a było dość wcześnie. Poczułam się dość niepewnie, więc zaczęłam ciągnąć psa w stronę klatki. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn. Zaczęli iść w moją stronę. Wystraszyłam się, więc zaczęłam wracać do mieszkania, przyspieszyłam kroku, oni też. Pociągnęłam psa do góry (był lekki i miał szelki, a dodatkowo zapierał się, by zostać), złapałam go pod pachę i zaczęłam biec do mieszkania. Oni biegli za mną, na szczęście drzwi były zacięte i otworzyły się przez pociągnięcie (niestety im też).
Schody przeskakiwałam w tempie Bolta. To był chyba najszybszy bieg w moim życiu.
Wpadłam do mieszkania (zostawiłam drzwi niezamknięte na klucz) i się zamknęłam. Słyszałam, że wbiegli piętro wyżej, a później od razu zaczęli schodzić. Nie widziałam ich przez wizjer, bo ani ja, ani oni nie zapalili światła na klatce.
Po zdarzeniu odjechali (nie widziałam rejestracji).
Nie zgłosiłam tego na policję. Bałam się, że mnie wyśmieją, zresztą nie miałam żadnych istotnych informacji. Nie zrobili mi też nic, poza krótkim pościgiem.
Do dziś nie wiem czego chcieli, choć boję się tego, co mogli zrobić. Później wychodziłam już tylko z chłopakiem.
Dawno, dawno temu, w krainie oscypkiem i cebulą pachnącej, zdarzyła się historia.
Miała matka syna, syna jedynego. Nic więc w tym dziwnego, że zachciało się drugiego.
Brzmi jak bajka?
No niekoniecznie.
Bo bajka się skończyła po pierwszym USG. Płód owszem, był, i sobie wesoło rósł, ale dzieckiem nigdy nie był i nigdy stać się nie miał. Matka w płacz, cała rodzina smutna. I wszyscy tacy uczynni. Tak dobrze doradzali: Nie usuwaj! Do piekła pójdziesz. Jakoś to będzie.
Tak więc matka urodziła. Mąż jak pierwszy raz zobaczył, to się popłakał. Tak matka przyniosła do domu tobołek, z czymś przypominającym zbitą kupę mięsa i kości, którą ktoś niedokładnie przepuścił przez maszynkę.
Karolowi, bo tak dali mu na imię, nogi mogłyby z uszu powyrastać i nikt by nie zauważył. Głowę i twarz miał jak kot perski, który trafił w mur na trzecim biegu. Wyraźnie mniejsza z jednej strony, z której najlepiej widocznym elementem było oko.
Tak to matka syna miała i się nim opiekowała. A ludzie ręce składali, ale jakoś coraz rzadziej odwiedzali.
Rok minął, potem i cztery, rozkoszny, śliniący się berbeć, z tym milionem rurek do jedzenia i oddychania, naprawdę cieszył się życiem!
A matce coraz bardziej sznur konopny się marzył.
Po czterech latach berbeć rozkoszny w końcu zrobił to, co kiedyś wszyscy zrobimy i przestał oddychać.
Oddychła także i matka, chociaż we wsi ludzie gadali, że pewnie toto sama zadusiła.
Przez lat tych cztery nikt rodzinie nie pomógł, nikt nie ulżył, nikt nie przyszedł, by chociaż ze starszym lekcje odrobić. Ale tak wspaniale jej doradzali!
Matka owa jest moją teściową. Ma przecudnego syna, z którym spodziewamy się dziecka.
Historię tę w pełnej wersji poznałam od niej, gdy poszłam na pierwsze USG. Dzieciuch silny i zdrowy jak koń. Uf!
Razem z teściową pozdrawiamy wszystkich "PROlajfow", ryczących w mass mediach o świętości życia. Tak, tak, wy wiecie najlepiej.
W wieku 18 lat zaczęłam być z chłopakiem. W skrócie - poznaliśmy się na działce u kolegi, wydawał się w porządku. Na początku układało się między nami dobrze. Chłopak był z bardzo biednej rodziny. Nie była to jakaś patologiczna rodzina, ale pieniędzy nie było praktycznie na nic prócz podstawowych środków do przeżycia miesiąca. Ja pochodzę z zamożnej rodziny. Ludzie pytali, czy nie przeszkadza mi taka różnica, a ja zawsze odpowiadałam, że nie zwracam na to uwagi. Na początku szczerze, później kłamałam.
Nie wiem, jak to opisać, ale z każdym miesiącem związku z chłopaka zaczęło wychodzić prawdziwe „JA”. Nie przeszkadzało mi, że nie jest najlepiej ubrany, nie zabiera mnie na imprezy czy do restauracji - z tym się liczyłam. Ale przeszkadzało mi, że jest taki nieporadny. Kiedyś narzekał, że nie ma pieniędzy na nic, a ja zaproponowałam mu, żeby wieczorami poszedł do pracy np. w kiosku, na stacji. Naskoczył na mnie, że pewnie każę mu iść do pracy, żeby nie musieć się z nim widywać. Potem krzyczał, że jeśli pójdzie do pracy, stypendium socjalne brata przestanie mu przysługiwać. A na koniec wydarł się, że czemu ma harować, skoro ja mam pieniądze, a on ze mną stanowi jedność.
Chłopak zaczął być natarczywy. Przychodził do mnie codziennie do domu. Rodzice zawsze byli gościnni, ale jego mieli powoli dość. Jadł u nas zawsze obiad, czasem sam podchodził do lodówki i wyżerał. I to nie tak, że siedzieliśmy razem. On potrafił leżeć na kanapie sam w salonie. Rozmowy niewiele dawały, bo zawsze zaczynał ryczeć, że on przychodzi, bo nienawidzi swojego biednego domu, a u mnie ma namiastkę luksusu. Z czasem chciało mi się rzygać, jak widziałam, że znowu przylazł. Potem było coraz gorzej - na każdego przystojniejszego lub lepiej ubranego kolesia reagował krzykiem i mówił mi, że mam go z nim zdradzić, bo pewnie on biedny mi nie wystarcza.
Potem było blisko do matury. Podpytywałam go, gdzie chce iść na studia albo do pracy, na co on, że NIGDZIE, bo w tym kraju i tak się jest biednym i nie ma sensu się starać.
Ja naprawdę byłam tolerancyjna. Tolerowałam to, że nie ma estetycznych ubrań, hollywoodzkiego uśmiechu. Zafascynował mnie swoją energią, gadką. A potem czar prysł. Zaczęłam zauważać, że z portfela znikają mi drobne sumy, a na mieście chłopak coraz częściej namawia mnie do jedzenia i płacenia za niego w restauracjach.
Pewnego dnia po prostu zerwałam. Wyjaśniłam mu, że to koniec.
I wtedy zaczęło się moje piekło.
Codziennie z anonimowych kont albo od jego kolegów dostawałam wiadomości, że chciałam być z nim dla pieniędzy, ale ich nie miał, więc zerwałam. Że jestem pusta i nadaję się tylko do seksu. Żebym umarła itp.
Minęło kilka lat od tej sytuacji, a opinia w moim mieście jest taka sama. Ja wyjechałam, on jest okolicznym dilerem. Jak dobrze, że mam to za sobą...
Dodaj anonimowe wyznanie