#u1Dzq

Kocham książki. Mam ich kilka tysięcy i wciąż mi mało. Ratuję też takie, które ktoś wyrzucił na śmietnik. Dla mnie są one oknem na świat i źródłem wiedzy. Dodam też, że bardzo je szanuję i niemal dostaję histerii, kiedy widzę, że ktoś niszczy lub nie szanuje książki. Jest jednak coś, o czym nikt nie wie. W wieku 9 lat z premedytacją zniszczyłam książkę.

Byłam na wakacjach u babci. Razem ze mną było też moje kuzynostwo, świadkowie Jehowy. Jako ciekawskie dziecko bardzo interesowała mnie ich wiara i to, czym różni się od wiary mojej mamy, gorliwej katoliczki. Kuzynka z chęcią odpowiadała mi na wszystkie pytania, tym bardziej że mogła to sobie zapisać do dzienniczka jako posługę słowa. Pewnego dnia podarowała mi też Biblię dla dzieci wydaną przez świadków. To właśnie wtedy zaczęła się moja tragedia. Strasznie bałam się tej książki, uważając, że samo jej posiadanie to grzech. Byłam też przerażona tym, jak zareaguje moja mama (przypominam, że była to żarliwa katoliczka), kiedy ją u mnie znajdzie. Świadomość, że ta książka jest schowana między moimi ubraniami, była niemal bolesna. Nie chciałam się jej pozbywać, ale bałam się też ją zachować. W końcu podjęłam decyzję. Przemyciłam ją z domu, potargałam i wrzuciłam do rzeki. Później bałam się, że ktoś znajdzie jej kawałki i wszyscy będą wiedzieć, że zniszczyłam Biblię, którą dostałam w prezencie (czyli uznają mnie za niewdzięczną i bezbożną), a mama dowie się, że miałam zakazaną książkę. Na szczęście kilka dni później wróciłam do domu, więc uznałam, że sprawa jest skończona, ale do dziś, a minęło już 20 lat, myślę o tej książce i o strachu, w jakim przez nią żyłam.

#3AGhn

Byłam, jestem i pewnie w przyszłości również będę nieśmiała. Ta moja jakże znienawidzona cecha przyczyniła się w przeszłości do poniższej sytuacji.

Jako dziecko miałam kolegę. I jakoś tak się złożyło, że głównie to on był gościem w moim domu, a ja u niego nie za często. Niespodziewanie jednak przyszedł ten moment - zostałam zaproszona. Po kilku godzinach zabawy poczułam, że jak to się mówi: świstak wychodzi z norki. No i właśnie pytanie o lokalizację łazienki przekraczało mój zasób treści, o które nie wstydziłam się zapytać. Jak nietrudno się domyślić, wkrótce moje majtasy były pełne. Na szczęście lub nieszczęście końcowy produkt mojego układu trawiennego był w formie stałej, więc wszystko zostało w obrębie wyżej wspomnianych gaci. Chcąc zachować twarz, mój dziecięcy rozumek doszedł do wniosku, że czyn trzeba ukryć. Spędziłam resztę wizyty za wielkim fotelem, który stał w kącie, udając, że to właśnie tam jest centrum wszelkiej rozrywki - bawiliśmy się takimi metalowymi krążkami z Pokemonami, więc każdy miał swoje miejsce na podłodze.

Drogę powrotną do domu pokonałam idąc niczym robot z szeroko rozstawionymi nogami, by nie utracić ładunku. Mama miała niespodziankę :)

#RZbhV

Kiedyś, gdy chodziłam do podstawówki, zachorowałam i przez dłuższy czas nie było mnie w szkole. Wiadomo, zaległości trzeba uzupełnić, więc od najlepszej uczennicy z klasy pożyczyłam zeszyty do przepisania. Takiej, która jest zawsze przygotowana na lekcje, wszystko wie i bardzo starannie prowadzi swój zeszyt - jednym słowem kujonka. Mieszkałyśmy na jednym dużym osiedlu i kiedy wracałam od niej zadowolona, że po dwóch tygodniach w końcu mogę się przejść, a pogoda była piękna, to aż podrygiwałam ze szczęścia. Pech w tym, że z tego entuzjazmu te piękne, starannie prowadzone zeszyty upadły mi w jedyną psią kupę na chodniku... Byłam załamana tą sytuacją. Wszystkie kartki były brudne i śmierdzące, aż miałam odruch wymiotny, ale wiedziałam, że nie mogę ich tam zostawić... Z bólem serca wzięłam te zeszyty i zaniosłam do domu i opowiedziałam o wszystkim mamie, po długich prośbach udało mi się mamę przekonać, by te zeszyty przepisała na nowo, a ja w ten czas dalej uzupełniałam zaległości.

W końcu trzeba było dziewczynie oddać zeszyty. Następnego dnia w szkole, gdy oddawałam jej zeszyty, dziewczyna zapytała dlaczego są przepisane... Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć, było mi głupio, że jej zeszyty przez moją nieuwagę wylądowały w psiej kupie, niestety nie umiem kłamać, fatalnie mi to wychodzi, a nie ustaliłam sobie wcześniejszej wersji. I wiecie co jej powiedziałam? Powiedziałam, że mój mały pies, który sięga łydki (shih tzu) wszedł na biurko i nasrał jej na zeszyty.
Dziewczyna później cały czas myślała, że mój pies chodzi po meblach i sra gdzie popadnie :D

Morał z tego taki - nie kłam, jeśli ci to nie wychodzi, i zawsze sprzątaj po swoim psie!

#5gJ0K

Mam ci ja znajomą. No, żonę znajomego. Jest ona "początkującą influencerką". Znaczy ma konta na Instagramie, Tiktoku i YT itp., na które wrzuca masowo swoje fotki i filmiki w różnych ubrankach, komentuje różne wydarzenia i ma nadzieję się wybić i zarabiać na tym miliony... No i ostatnio zaczęła się żalić, że faceci to tacy zboczeńcy, że jej wysyłają wiadomości, że chcieliby jej rozbierane zdjęcia albo jej używaną bieliznę kupić.

Pooglądałem sobie kiedyś jej konta. OK, przyznaję, że np. na YT są ludzie z pasjami, którzy zamieszczają ciekawe filmiki z poradami, instruktarzami itp. Ale jej filmiki przedstawiają najczęściej ją, siedzącą przed komputerem i opowiadającą jak to jej się podobał jakiś kolejny film, albo że chciałaby pojechać gdzieś tam, bo tam ładnie. Przy okazji siedzi w kusym wdzianku i wygina się sugestywnie. Tiktok - wygina się erotycznie w skąpym ubranku w takt czyjejś piosenki, Insta - jej zdjęcia w kusych wdziankach. Nawet jej porady modowe są z du... wzięte - bo to laska typu 11/10. Naprawdę, ciało modelki (z tych ładnych, nie kościotrupów), założyłaby worek po ziemniakach i też by wyglądała sexy.

Reasumując: chciałaby być taką ekskluzywną prostytutką, co to zarabia setki tysięcy PLN, ale żeby klienci jej nie tykali. Ludzie po prostu mają płacić za to, że JEST i im pokazuje swoje erotyczne fotki. I się z tym nie kryje, mówi to wśród znajomych wprost. Jeszcze wyśmiewając i obrażając tych ludzi, co chcą takim laskom płacić, określa ich jako frajerów itp. I z tego co mówi, to w światku podobnych jej internetowych striptizerek to norma. One wszystkie mają takie podejście do "klientów".

Na moje, to już lepiej do prostytutki iść. Obie sprzedają swoje ciało, tylko prostytutka jest uczciwsza - oferuje pełen serwis, a nie tylko popatrzenie przez szybkę. Do ludzi co płacą "donejtami" grubą kasę takim laskom za rozbierane fotki czy prywatne sesje na kamerce - idźcie na dziwki, znajdźcie sobie studentkę-utrzymankę, dajcie zarobić ludziom ciężko pracującym. A nie wywłokom obiecującym, że są tylko dla was.

#NbjMg

Historia o mnie i o moim bracie jest dla mnie dość trudna, dlatego zastanawiałam się długo, czy ją tu umieścić. Jednak może ktoś z was ma podobny problem i coś mi doradzi. Tylko błagam nie hejtujcie, bo to dla mnie tak jak wspomniałam trudny temat.

Mam brata, który jest ode mnie starszy. Niestety całą uwagę rodziny przykuwa on. Może dlatego, że ma orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu lekkim, jednak to widać, że faktycznie nie wszystko jest z nim okej. Zawsze jako jedyna siostra starałam się to zrozumieć. I tak właśnie było, że gdy chodziłam do szkoły i miałam wakacje/ferie, nie mogłam nigdzie wyjeżdżać, bo robiłam obiady i sprzątałam w domu. Mój brat oczywiście mógł jeździć gdzie chciał. Raz gdy pojechałam do kuzynki na noc, moja mama mi zrobiła nieziemską awanturę. Ja zawsze uchodziłam za tą bardziej pyskatą, ale zaradną, dlatego każdy machał ręką, bo wiedział, że sobie poradzę. Najgorszą jednak przykrością dla mnie jest fakt, że cala rodzina jest bardziej za nim. Brat ma urodziny tydzień przede mną. I co roku to samo - toast za jego zdrowie, sto lat, szampan itp. O mnie nigdy nikt nie pamięta.

Miarka przebrała się ostatnio. Mam chłopaka, jego rodzinę bardzo polubiłam, ma dość spore rodzeństwo, więc zawsze mam z kim pogadać kiedy tam jadę. Jakiś czas temu pojawił się tam mój brat, po prostu, na kawie u moich (przyszłych) teściów. Zagrał taką szopkę, że byli nim zachwyceni, a mnie mieli gdzieś. Nie napisałam wam jednej rzeczy, na swój sposób brat jest cwany, potrafi przybrać różne twarze, aby tylko się komuś przypodobać i w tym przypadku właśnie to zrobił. Po jego wizycie minął tydzień, a mojego faceta mama pyta tylko o niego. Nic o mnie, tylko mój brat, bo to - uwaga - "moje złote dziecko". Powiem Wam szczerze - naprawdę było mi przykro. Zależy mi na dobrym kontakcie z teściami, jednak nawet tu mój brat gra pierwsze skrzypce. A mi jedyne co potrafią powiedzieć, że coś źle usmażyłam lub zrobiłam.

Ja wiem, że może nie powinnam taka być, mam tylko jedynego brata, ale ja już sama nie wiem co mogę zrobić, żeby stać się lepsza w oczach najbliższych. Jedyna osoba która mnie rozumie to mój facet, który widzi jak jest naprawdę. Wiecie, ja kiedy wprowadzałam się do mieszkania miałam puste pokoje, nikt się nie zapytał, czy można jakoś pomóc, ale spokojnie sama sobie poradziłam. Natomiast mój brat teraz aktualnie sam się urządza, bo mieszka z rodzicami, tyle że on robi sobie całe piętro. Pomagają mu na każdej płaszczyźnie. Hydraulik? Czemu nie, tata płaci. Stolik? No pewnie, że oni.

Szkoda, że moja mama nie wie, że uczęszczam do psychiatry i mam nerwicę. Szkoda, że jak całe życie coś mówiłam, to byłam olewana, bo bratu się wymknęło coś, bo coś odruchowo powiedział, a później jak zostaliśmy sami, to się ze mnie śmiał.

Wiem, że to wyznanie jest długie i może ciut zakręcone, ale jeśli doczytaliście do końca, to proszę doradźcie mi coś. Jednak to moi bliscy i nie jest mi nic obojętne.

#d41s8

Wyszłam za mąż za alkoholika. Wielka miłość, dziecko w drodze, słaba znajomość tej choroby i jego obietnice, że się ogarnie sprawiły, że nie zastanawiałam się zbyt długo. Trochę w życiu przeszłam, ale jednak wciąż jestem naiwna...

Kiedy chodziłam z brzuchem pił, nie jakoś nie wiadomo ile, ale często, a przy tym chodził do pracy, pomagał w domu. Krótko po porodzie nasze życie wywróciło się do góry nogami, jak to przy dziecku, mieliśmy dużo stresu, bo to pierwsze, mniej czasu dla siebie, seksu prawie wcale, chociaż wcześniej był codziennie, a do tego on stracił pracę. I poszło... długo trwało zanim się zorientowałam, że to już nie tylko piwo. Zaczął po kryjomu pić wódkę. Przyzwyczaił się do tego. Zrobił się leniwy, prawie nic w domu nie robił, przy małym też niewiele. Nagle robił mi awantury o błahostki, byleby się wyżyć, krzyki, irracjonalne pretensje, zasypianie w dziwnych pozach po alkoholu, traktowanie mnie jak niani, sprzątaczki, a i tak coś ciągle nie pasowało... a to wszystko przy dziecku. A potem trzeźwiał, przepraszał i jakiś czas było dobrze.

Już dwa razy zaczynałam się pakować. Raz, gdy znalazłam szufladę pełną butelek po wódce. Drugi, kiedy poszedł z małym na spacer, a wrócił napity i z małpką w kieszeni. Jaka wtedy była skrucha... i parę dni trzeźwości. Tydzień później i tak miałam powtórkę z rozrywki, kiedy darł się na cały dom, bo przebierałam dziecko, a on chciał kanapkę.

Kiedy nie pije, to jest świetny, pomaga, jest czuły, zajmuje się dzieckiem. Wiem, że mnie kocha, tylko choroba miesza mu w głowie, nie radzi sobie z tym. Ostatnio pije mniej, dotarło, że mogę go zostawić. Nie chce na razie iść na odwyk, tylko na spotkania AA i walczyć sam. Staram się go wspierać, bo przecież wciąż go kocham, a i mały uwielbia tatę... nie wie jeszcze o co chodzi, a ja robię co mogę, żeby nie słyszał naszych kłótni i nie widział ojca napitego.

Co w tym anonimowego? Wiem, że nie można zmusić kogoś do leczenia, ale tak bym chciała, żeby poszedł na odwyk, odpocząć od tego, nie zastanawiać się, ile wypił, jaki będzie miał humor, czy znowu czegoś nie chowa... Schowałam sporo gotówki, żeby jej tylko nie przepił, i udaję, że musimy pożyczać na życie. Patrzę na swoje dziecko i zastanawiam się, czy będę samotną matką ze złamanym sercem.

Kocham mojego męża. Bardzo. Ale coraz częściej myślę, że to nie wystarczy.

#0HN5V

W moim związku pojawił się kryzys. Jestem z Justyną ponad 2 lata i nadszedł czas, kiedy dopadła nas rutyna, zaczęliśmy o sobie zapominać w szarej codzienności. Wtedy z pomocą nadszedł… koronawirus. Zostaliśmy zamknięci w domach, mamy czas na długie i głębokie rozmowy, mamy także czas, by wspólnie pomilczeć, poprzytulać się, poukładać razem puzzle (co kiedyś uwielbialiśmy) i czuję, że znów zaczynamy być ze sobą blisko. W końcu mamy chwile dla siebie, na wzajemną miłość. Czuję, że ponownie się w niej zakochuję, tak jak na początku naszej znajomości.

Cieszę się, że opamiętaliśmy się w tym całym biegu i przystanęliśmy na chwilę, dzięki czemu dostrzegliśmy się ponownie i uratowaliśmy nasz związek. Tego życzę każdej parze: wzajemnej uwagi, nie ma nic cenniejszego w związku.
Dodaj anonimowe wyznanie