Jestem ze swoim partnerem od ponad dwóch lat. Jesteśmy udaną parą, spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Od zawsze bardziej dogadywałam się z mężczyznami, lubiłam męskie zawody. Lubię motoryzację, jest ona naszą wspólną pasją. Wydaje mi się, że jest nam razem dobrze, ponieważ w dzień jestem jego kumplem, a w nocy kochanką. Patrząc na inne pary, rzadko kiedy widuję tak udane związki. Nawet ta kwarantanna zamiast nas podzielić, bardziej nas do siebie zbliżyła. Mój partner u mnie śpi co noc, ale ma inny dom, w którym mieszka wraz z rodzicami, w końcu doszliśmy do etapu, żeby razem zamieszkać... I tutaj pojawiają się schody.
Mamy dom po jego krewnych, do którego możemy się wprowadzić, musimy go wyremontować i delikatnie podszykować przed naszą przeprowadzką. Podczas generalnych przygotowań zauważyłam, że ja i mój partner jesteśmy wychowani w zupełnie innych poglądach. U mnie w domu zawsze był podział obowiązków jeśli chodzi o sprzątanie, gotowanie, u niego w domu ''od tego jest kobieta". Aż mnie szlag trafia gdy to słyszę i zaczynam poważnie zastanawiać się nad naszym związkiem.
Jestem kobietą pracująca. Lubię zarabiać pieniądze, ale nie wyobrażam sobie wracać z pracy, czasem nawet po 12h, i skakać wokół swojego faceta, bo on nigdy nie miał potrzeby zrobić sobie kolacji, bo u niego w domu robiła to mama. Gdy wyraziłam swoje poglądy, po dość burzliwej dyskusji powiedział, że ewentualnie może mi czasem pomagać, mam jednak obawy, że będzie chciał zrobić ze mnie kurę domową. To nie jest tak, że ja nie chcę sprzątać czy gotować, ale uważam, że powinniśmy się uzupełniać w tym i dzielić obowiązkami, a nie, że nie będę miała życia, tak jak jego mama, która ciągle narzeka na swój los. Bo niby dlaczego ja mogę z nim spędzać cały dzień na pracy w garażu, a on nie może mi pomagać w domu?
Od męża chciałam odejść już kilka lat temu - nie układało nam się, żyliśmy praktycznie jak współlokatorzy na dobre 4 lata przed decyzją o separacji i rozwodzie. Mąż zawsze sprzeciwiał się, zaczynał walczyć o nas i przez jakiś krótki czas po moim odpuszczeniu od decyzji o rozstaniu trwał ''miesiąc miodowy''.
Ostatnio mój jeszcze mąż zalał się samotnie i na smutno u siebie, po czym zadzwonił do mnie z płaczem. Jako że do tej pory mieliśmy ze sobą całkiem przyzwoitą relację, chciałam sprawdzić co go boli i czy mogę mu pomóc.
Podczas tej wizyty, w napływie szczerości i fali wódki, mój jeszcze mąż wyznał mi, że od 6 lat szalenie kocha inną kobietę. Odwaga czy też procenty sprawiły, że gościu opowiedział mi swoje ostatnie 6 lat emocjonalnego zaangażowania w relację z inną kobietą, podczas gdy ja słuchałam o tym z niedowierzaniem.
Wyznał jeszcze na koniec, że prosi mnie o pomoc w ogarnięciu sytuacji, tak aby jego sześcioletni sen mógł się w końcu urzeczywistnić.
Wyszłam stamtąd z hukiem.
Nie, nie mam zamiaru mu ani pomagać, ani szkodzić podczas rozprawy rozwodowej.
Tak czy siak, proszę państwa, poznajcie idiotkę dekady. Oto ja.
Będzie obrzydliwie, ale hej, właśnie po to powstała ta strona.
Podnieca mnie fakt, że ktoś dotyka mojej spermy. Szczególnie jeśli mówimy o nieznajomej osobie. Zaczęło się jak jeszcze jako nastolatek w technikum postanowiłem "dorobić" mydła. Dołożyłem mojego nasienia do zbiorniczka z płynem (kolor był identyczny) i na każdej przerwie przychodziłem patrząc, jak ludzie myją tym swoje ręce. Czułem niezwykłe podniecenie i kłucie w żołądku.
Następnie przerzuciłem się na kasjerki i kasjerów. Brałem monety i maczałem je w mojej spermie. Później lekko wycierałem pieniądze. Sama świadomość i wyobrażenie o tym co się z nimi wcześniej działo mi wystarczało. Najczęściej moimi ofiarami padały młodzi i ładni/przystojni ludzie.
Zdarzyło mi się jeszcze parę razy spuścić się do czyjegoś kubka pracując w korpo (później najczęściej go płukałem wodą).
To było po prostu silniejsze ode mnie. Teraz staram się nad tym panować. Najczęściej sam zjadam własne nasienie i na razie to wystarcza.
Podczas seksu oralnego mój facet bardzo cichutko powiedział coś pod nosem. Nie zdążyłam nawet zareagować, kiedy poczułam coś dziwnego.
W pierwszej chwili pomyślałam, że właśnie doszedł.
NIE... NIE DOSZEDŁ.
To, co ciekło mi po brodzie, to nie była sperma.
Mój facet obsikał mnie podczas oralu... a to ciche powiedzenie czegoś pod nosem, jak się później okazało, to było "muszę wyjść".
Nie, nie odsunął się przy tym, nie wyjął swojego interesu z mojej buzi, nie odsunął mnie.
Leżał dalej, a ja klęczałam tak w wielkim szoku...
Moja siostra Andżelika to taka typowa Karyna, madka Polka pijąca zimną kapuczine, jej jedynym osiągnięciem życiowym jest rodzenie dzieci (jest ich 5 i akurat one są spoko, w większości zajmujemy się nimi z rodzicami). Nie skończyła żadnej szkoły, pierwsze dziecko urodziła w wieku 15 lat, a ma już 37 lat. Siostra od 3 lat ma stałego partnera (każde z dzieci jest od innego ojca). Odkąd z nim jest, starają się o dziecko (w końcu to miłość na całe życie, od pierwszego spojrzenia), bezskutecznie.
Nikt nie wie, że od 5 lat (po urodzeniu ostatniego dziecka) wrzucam jej do żarcia tabletki antykoncepcyjne (oczywiście regularnie co listek robię jej przerwę, bo by ogarnęła, że coś nie halo). W planie pomogła mi moja dziewczyna, która na początku wytłumaczyła mi co i jak. Zrobiłem to dla dobra moich siostrzeńców i siostrzenic, a także dla załamanych sytuacją rodziców. Pozwalają jej tu mieszkać tylko ze względu na wnuki, bo pewnie nie miałyby co jeść ani w co się ubrać, gdyby były na nią zdane. To serio cudowne dzieciaki. Wolą spędzać czas ze mną i moją dziewczyną oraz z dziadkami niż z własną matką, która cały dzień leżałaby przed telewizorem. Szkoda na to patrzeć.
PS Moi rodzice dobrze nas wychowali, mam dobrą pracę, studiuję zaocznie (o co siostra ma ból, bo mówi, że takim jak ja się powodzi, a ona biedna musi prosić o pomoc, bo kto się zajmie dziećmi, jak ona do pracy pójdzie...). Brak słów.
Dzięki, że mogłem się wygadać.
Aktualnie mamy duży hejt na edukację seksualną dzieci. Kiedyś również nie byłam do tego przekonana, w końcu po co 7-latkowi taka wiedza. Ale im dłużej pracuję, tym bardziej jestem przekonana, że nauka o własnym ciele i zachodzących w nim zmianach jest potrzebna od najmłodszych lat.
Ostatnio miałam taki przypadek: dziewczynka, 8 lat, przywieziona na SOR po upadku z roweru. Noga złamana w dwóch miejscach. Podczas badania odkryliśmy, że krwawi z dróg rodnych. Powiedziała nam, że tak się dzieje od jakiegoś czasu co miesiąc. Przez kilka dni leje jej się krew. Podkłada wtedy chusteczki i tak chodzi. Na pytanie dlaczego nie poinformowała o tym mamy, odpowiedziała "Podsłuchałam kiedyś rozmowę mamy z ciocią Agatą i ciocia mówiła, że u niej zaczęło się od takiego krwawienia. Potem poszła do szpitala i wyłysiała przez leki, jakie jej dali. Nie chcę być łysa i siedzieć w szpitalu".
W skrócie - ciocia miała raka. Na szczęście u tej dziewczynki to był tylko okres, nie nowotwór. Jednak pierwsza miesiączka w tak młodym wieku jest dość niepokojąca i powinna być skonsultowana z ginekologiem. A wystarczyło przeprowadzić z dzieckiem rozmowę na temat dojrzewania i zmian, jakie występują w ciele albo puścić mu jakąś bajkę edukacyjną typu "Było sobie życie". Niestety wciąż większość rodziców omija ten temat .
Skoro uczymy dziecko, że gdy je coś boli, ma jakąś wysypkę albo leci mu krew z nosa, to ma do nas przyjść, to dlaczego są obszary zdrowia, o których nie wspominamy? W końcu to dla dobra naszych dzieci.
Mam 25 lat i nie cierpię dzieci. Nigdy ich nie lubiłam i w przyszłości mieć nie chciałam. Mojemu aktualnemu chłopakowi jasno zaznaczyłam, że nigdy się nie zgodzę na potomstwo od razu, gdy zaczęliśmy się spotykać „na poważnie”. Nie miał z tym problemu, wręcz sam stwierdził, że on również podziela moje zdanie.
Nie mogę brać pigułek antykoncepcyjnych ze względów zdrowotnych, więc zabezpieczaliśmy się wyłącznie za pomocą gumek. Rozważałam podwiązanie jajowodów, ale chłopak odradzał, mówił, że mogą wyjść z tego jakieś problemy. Głupia byłam, że nie zapaliła mi się czerwona lampka.
I wpadliśmy. Byłam przerażona, ale po chwili buszowania w internecie znalazłam tabletki wczesnoporonne i planowałam natychmiast je zakupić. Mój partner zareagował szałem i przyznał się, że celowo dziurawił gumki, bo zapragnął dziecka, przekonywał, że na pewno jak urodzę, to pokocham.
Zmusił mnie do porodu. Pilnował, kontrolował, groził, że jeśli coś się stanie płodowi, to o wszystkim się dowie moja rodzina, a on zniszczy mi życie.
Nie pokochałam. Nienawidzę tego dzieciaka, jest symbolem mojego zniszczonego życia.
Morału brak, jak tylko epidemia się skończy mam zamiar wyjechać, gdziekolwiek, jak najdalej, bo boję się, że kiedyś nie wytrzymam i coś mu zrobię.
Jestem facetem i mam 25 lat, wygląd mam subtelny, żeby nie powiedzieć ''kobiecy'', jestem z wyglądu mało męski i dotyczy to zarówno twarzy, włosów, jak i figury.
Jakiś czas temu, jeszcze przed pandemią, miałem dziwną sytuację w klubie. Stałem przed barem z zamiarem posadzenia swojego tyłka na miejscu siedzącym i zamówienia czegoś do picia, bez alkoholu, gdyż podwoziłem kumpli i miałem ich odwieźć bezpiecznie do ich mieszkań. Opuściłem klucze od auta na podłogę, więc natychmiast zacząłem ich szukać. Za sobą słyszałem, jak jakiś już solidnie wcięty koleś mówił do kolegi "Staaary... To chyba najlepsza dupa w mieście!".
Spojrzałem za siebie, oboje patrzyli na mnie. Wstałem, spojrzałem na nich i powiedziałem "Ku**sa też mam niczego sobie".
Trochę im zajęło analizowanie co właśnie się wydarzyło, po czym padło soczyste "Ja pie****ę" i podpierając się nawzajem, poszli w głąb tłumu.
Cóż, swojego tyłka nie zmienię, więc od tamtej pory regularnie obcinam włosy i noszę zarost.
Dodam na koniec to, że często spotykałem się z dziewczynami, które zazdrościły mi ust oraz pośladków, brano mnie za homoseksualistę, a jeden z moich kolegów napisał mi na fejsie podczas mojej rozmowy z nim o licznych wpadkach związanych z moim wyglądem "Bóg musiał mieć ubaw, skoro zrobił z ciebie faceta i dał wygląd kobiety".
Kiedyś popadnę w kompleksy.
Uwielbiam podróże. Ludzie przeglądając moje media społecznościowe nie raz komentowali, że mam fajnie, zwiedzam świat. Widzą uśmiechniętego, pełnego życia człowieka. Bywam w miejscach z lazurową wodą i palmami, na górskich szlakach. Zazdroszczą, że rodzice nie mają nic przeciwko. Mówią, że też tak by chcieli, zwłaszcza że podróżuję autostopem. Pytają, dlaczego tak, czy się nie boję. Odpowiadam, że nie. Uwielbiam poznawać nowych ludzi. Zazdroszczą, bo pewnie rodzice mnie wspierają finansowo przy każdej podróży. Staram się ich wyprowadzać z błędu, mówiąc, że sam na siebie zarabiam.
Jestem sam, pochodzę z dysfunkcyjnej rodziny. Jeden rodzic nie żyje, drugi woli wódkę. Odizolowałem się. Doświadczyłem przemocy fizycznej, jak i psychicznej. Ciężko pracowałem, aby nie wyrosnąć na człowieka zgorzkniałego oraz negatywnie nastawionego do życia. Podróżuję autostopem, ponieważ wtedy doświadczam tego, czego mi brakuje w życiu. Zainteresowania od drugiej osoby, serdeczności, troski. Dla kierowcy, który mi pomaga, jestem ważny. To miłe uczucie.
Przez jakiś czas na wakacjach mieszkałam po sąsiedzku ze stadniną, a jak wiadomo gdzie konie tam i muchy. Muszę zaznaczyć, ze w tym sezonie było ich szczególnie dużo.
Pewnego dnia rozchorowałam się i nie mogłam udać się ze znajomymi, z którymi dzieliłam pokój nad znajdujące się niedaleko jezioro. Kiedy wszyscy wyszli, wpadłam na dość obrzydliwy pomysł - zdjęłam spodnie i majtki i rozłożył uda, chcąc sprawdzić co zrobią wszędobylskie muchy. Muchy po kilku minutach obficie obsiadły mnie tam na dole, i zaczęły spacerować, i robić to, co zazwyczaj robią muchy. To było niesamowicie przyjemne, ciężkie do opisania uczucie. Wkrótce doszłam i przeżyłam swój pierwszy w życiu orgazm. Od tego momentu czasem zdarza mi się mieć spontaniczne orgazmy nocą (ale nie, nie fantazjuję o muchach na moim kroczu).
PS Pragnę jeszcze tylko dodać, że myję się regularnie, dwa razy dziennie. I że zdaje sobie sprawę z tego, że muchy przenoszą choroby.
Dodaj anonimowe wyznanie