Kiedyś pszczoła użądliła mnie w penisa i trafiłem do szpitala. Tam też okazało się, że jestem uczulony na jad pszczoły. Moja ówczesna dziewczyna odwiedzała mnie codzienni dopóki mój brat śmieszek nie postanowił jej sprankować i powiedzieć, że czeka mnie amputacja członka.
Pomimo tego, że lekarz jej wyjaśnił, że do tego nie dojdzie i wszystko z moim sprzętem będzie jak wcześniej to i tak mnie zostawiła. Po prostu wzięła torebkę i wyszła. Następnego napisała tylko, że "przeprasza, ale nie chce mieć chłopaka z wybrakowanym towarem, bo ona myśli już o przyszłości, dzieciach itd. a z moimi plemnikami to nie wiadomo jak będzie".
Dopiero po pół roku napisała do mnie znowu gdy zobaczyła na moim profilu, że dostałem awans i zarabiam dwa razy więcej niż wcześniej.
Cieszę się, że jest ten cały koronawirus i wcale nie raduje mnie nieuchronny powrót do normalności. Nie z żadnych ckliwych powodów, typu: „mam w końcu czas dla bliskich”, tylko dlatego, że moja dziewczyna zachowuje się co najmniej dziwnie wśród ludzi.
Zanim wybuchła pandemia, nieraz chodziłem z Olą do klubów, restauracji, do znajomych. Za każdym razem nasze wieczory kończyły się tak samo: jedną, wielką awanturą. Olka zawsze była chorobliwie zazdrosna i potrafiła przyczepić się o największą pierdołę, a jak wypiła alkohol, to już w ogóle jej odwalało. Pamiętam jak dziś naszą ostatnią wspólną imprezę, na której zrobiła mi okropną awanturę o to, że… poczęstowałem koleżankę papierosem. Wszędzie widziała zdradę i nie pozwalała mi praktycznie wcale rozmawiać z płcią przeciwną. Już miałem obawy, że zaraz zacznie podejrzewać mnie o zdradę z którymś z kolegów i z nimi też nie będę mógł rozmawiać.
Kocham Olę, bo jest mądrą, zabawną i wspaniałą dziewczyną, ale tylko wtedy, kiedy jesteśmy sami. Najchętniej to by nigdzie nie wychodziła i – nie powiem – mi też jest z nią mega dobrze, kiedy spędzamy czas tylko we dwoje. Jednak czasami chcę też wyjść do ludzi i strasznie mnie wkurza, że nasze wspólne wyjścia zawsze kończą się takimi chorymi scenami. Kiedy rozmawiam z kolegami o tym, że się spotkamy, to od razu mówią, żebym nie brał Olki. Nie dziwię się im, bo ona za każdym razem tworzy niemiłe akcje. A potem przeprasza, całuje, a ja wybaczam – no bo jak mam inaczej, skoro ją kocham? Jestem trochę już tym wszystkim zmęczony.
Z moim byłym chłopakiem Pawłem rozstałam się ok 8 lat temu. Po prostu uczucie wygasło. Wyjechałam za pracą ok 150 km od miejsca zamieszkania i nie miałam ani z nim ani z jego znajomymi kontaktu. Jednak w zeszłym roku moja koleżanka urządzała w rodzinnym mieście 35 urodziny. Pojechałam sama bez męża (ktoś musiał zostać z dzieckiem). Mieliśmy wynajętą jedną z sal w takim klunie - barze. Naprawdę dobrze się bawiłam. Nie zwracałem uwagi na inne osoby w lokalu, ponieważ byłam zajęta graniem w przeróżne gry. W końcu solenizantka (już dobrze po kilku piwach) zapragnęła zapalić. Poszłam z nią, aby nie spadła ze schodów. W palarni napadła na mnie jakaś dziewczyna od razu zaczęła krzyczeć "jak śmiałam zostawić Pawła, co ja miałam w głowie, że tak go skrzywdziłam. Taki fantastyczny facet jak on na to nie zasłużył".
Potem zaczęła gadać, że nie może znieść, że ktoś taki jak ja (tutaj padło kilka obraźliwych słów) mógł z nim uprawiać seks itp. Ja szok, koleżanka szok. Pytam się dziewczyny kim jest, a ona, że obecną narzeczoną Pawła. Sam zainteresowany szybko się znalazł i zażenowany zaczął odciągnąć ode mnie wariatkę. Ale ta się zaczęła wyrywać i próbowała mnie uderzyć. Tego było za wiele, niewiele myśląc powiedziałam jej, że to faktycznie nie fair, że łączyło mnie kilka lat temu cokolwiek z jej facetem. Przykro mi, że się nawet z nim całowałam i żeby było sprawiedliwie to muszę to zrobić i ją pocałowałam. Dziewczyna wpadła w szał, popłakała się i uciekła z baru. Z tego co wiem jest teraz jego żoną.
Kilka miesięcy temu zostałam mamą. Marzyłam o dziecku i ciąża była planowana i wystarana.
Sama ciąża nie była łatwa i przyjemna, choć prawidłowo się rozwijała i wszystko było w porządku, ale tak samo jak macierzyństwo po porodzie, nie jest dla mnie żadnym błogosławionym czy mistycznym czasem. Jest cholernie trudno. O żeby nie było, spodziewałam się tego, chociaż myślałam, że lepiej będę dawała sobie radę. Myślę, że jestem najgorszą matką na świecie. Naprawdę nie dziwię się teraz tym kobietom, które siedzą w więzieniu za dzieciobójstwo.
Po porodzie musiałam kilka razy dziennie dziękować Bogu, że dałam radę się powstrzymać i nie zrobić dziecku krzywdy (tak, wiem, depresja poporodowa). Teraz jest trochę lepiej, staram się jak mogę, nic mnie w życiu nie kosztowało takiego wysiłku, żeby się pilnować, żeby nie krzyczeć na dziecko czy nie lulać za mocno w nerwach. Kocham dziecko najbardziej na świecie, jest moim największym skarbem, moim słoneczkiem, jest całym moim życiem, zrobię dla niego wszystko. Ale mam wrażenie, że codziennie je zawodzę, że krzywdzę je nieodwracalnie za każdym razem, kiedy puszczają mi hamulce i podnoszę głos, przeklinam albo wybucham płaczem. Nie umiem sobie poradzić z wyrzutami sumienia za każdym razem. Staram się, ale nie wychodzi. To mnie wyniszcza, to poczucie winy i porażki.
Zakochałam się w swoim przyjacielu. Wiem, to jest częste, ale proszę o przeczytanie, to jest dla mnie ważne. Zaczęłam coś do niego czuć w połowie wakacji, ale sama temu zaprzeczałam, bo bałam się ponownego odrzucenia.
Pod koniec wakacji Arek zakochał się w jednej dziewczynie i ciągle mi o niej nawijał. Byłam bardzo zazdrosna co potwierdziło moje uczucia do niego. Jednak mimo tej zazdrości doradziłam mu jak ją zdobyć i wspierałam go w gorszych dniach. Dzięki mojej radzie Arek zebrał się na odwagę i ostatecznie zostali parą. Oczywiście udawałam, że bardzo się z tego cieszę... bolało, ale czego nie zrobi się dla przyjaciela? Trzy miesiące później zerwali. Tym razem ukrywałam swoją radość (wiem to było podłe, że się z tego cieszyłam, ale zrozumcie mnie...). Wspierałam go najbardziej jak umiałam. Kilka miesięcy później Arek popadł w "depresję". Nie taką prawdziwą, ale nie umiem tego nazwać. Powodem tej depresji była kolejna dziewczyna, w której się zakochał... byłam przy nim cały czas, pocieszałam go, byłam na każde jego zawołanie. W końcu udało mi się wyciągnąć go z tego przygnębienia. Jednak on nadal nie widzi ile dla mnie znaczy... Tę dziewczynę nadal kocha, a ja go oczywiście pocieszam w gorszych dniach...
Czemu mu nie powiem o moich uczuciach do niego?
To by zniszczyło naszą przyjaźń i całą naszą relację. Raz już stracił "przyjaciółkę" (taka laska, która podczas jego "depresji" go olała, bo już jej się nie przydał, no i tutaj też byłam przy nim) i ja nie mogę do tego znów dopuścić...
Przez to tłumienie uczuć i inne problemy (moja mama jest poważnie chora (rak i jakiś guz pomiędzy kręgami, jestem odrzutkiem i pośmiewiskiem w szkole itd) sama powoli umieram... Nie mogę spać, tracę apetyt i coraz mniej się uśmiecham... Kiedy piszę z Arkiem (kwarantanna) to udaję, że wszystko dobrze żeby nie zawracać mu głowy.
Jeśli ktoś to przeczytał to dziękuję! I proszę o radę, cokolwiek...
Mam 22 lata i czasem będąc samej w domu lubię zakładać pampersa i w nim chodzić. Bardzo mnie to podnieca i często i się w nim masturbuję. Lubię ten szelest kiedy ocieram się nim np. o kołdrę. Czasem do niego sikam, a czasem uda mi się zrobić nawet dwójeczkę.
Około 2 lata temu, gdy kochałam się z moim chłopakiem w aucie zimą, gdy było ciemno, zrobiłam bobka podczas robienia palcówki. Nawet nie poczułam, dopiero gdy chciałam się poprawić poczułam, że coś mnie dotyka w okolicach odbytu. Wyszłam z auta pod pretekstem zrobienia siku.
Nigdy mu się do tego nie przyznam.
Miałam wtedy 8 lat. Bawiłam się z koleżanką z klasy na jej osiedlu. Była tam jeszcze jedna nasza znajoma, która powiedziała, abyśmy się nie oddalały, bo... '' niedaleko grasuje pan, który zaprasza dziewczynki do namiotu i je rozbiera''.
Właśnie dzisiaj sobie to przypomniałam. Minęło 15 lat od tego momentu i nie wiem, co się wydarzyło i czy ośmioletnie dziecko mogło sobie coś takiego wymyślić, czy cudem nie padłam ofiarą jakiegoś pedofila. Wciąż mam nadzieję, że ta koleżanka coś sobie ubzdurała.
Znajomi się ze mnie śmieją, że powinni mnie weryfikować, iż nie jestem robotem, gdyż: gdy miałam 10 lat, wytrzaskałam przednie zęby tak, że musieli mi wstawiać koronki metalowe (około 6), żeby nałożyć mostki. Potem co roku prawie miałam coś złamane i za każdym razem w taki głupi sposób, że aktualnie mam w nogach trzy pręty metalowe, a w rękach dwa. W wieku 18 lat miałam wypadek, w którym miałam dorabiany kawałek czaszki oraz dwa żebra, gdyż wyłamały się na zewnątrz, no i już ich nie odzyskałam, więc za nie również mam coś wstawione.
Więc wyobraźcie sobie sytuację, jak chciałam dwa lata temu polecieć do Stanów i na lotnisku (ponieważ pikało na bramkach) podałam im cały plik papierów, w których były wymienione wstawione metalowe części. Facet sprawdzający to tylko otworzył z niedowierzaniem oczy i zapytał mnie, jakim cudem ja jeszcze żyję.
Opiszę wam jak jedna "impreza" zniszczyła mnie.
Sytuacja miała kilka lat temu.
Warszawa, weekend, noc, ja i mój przyjaciel [R] mieliśmy 19 urodziny (dzieliły nas 2 dni).
Byliśmy chwilę po maturach, do tego okazja by poświętować, postanowiliśmy więc wspólnie z kilkoma znajomymi pójść w miasto.
Centrum.
Zwiedziliśmy kilka pubów, klubów, środek nocy. Pada hasło - wracamy, do tego jedna koleżanka miała już dość, więc zwinęliśmy manatki i udajemy się do metra. Droga się dłużyła. Jak to w weekend - ludzi cały przekrój, grupka sobotnich zawadiaków w składzie kilku "karyn i sebixow" zaczęła nas zaczepiać. Nie chcieliśmy szukać wrażeń, wiec uspokoiliśmy wstępnie naszych panów i wracaliśmy dalej.
Grupka szła za nami, a wraz z nimi obelgi w nasza stronę, zaczepki, prowokacje, a nawet jakaś butelka.
W przeciągu chwili wywiązała się szarpanina nie do opanowania. Ktoś krzyczał, ktoś się szarpał, ktoś zadzwonił po policję. Jeden z nich wyciągnął coś ostrego (nóż, scyzoryk czy tulipan) R leży, towarzystwo ucieka, Z samej awantury pamietam krzyki, krew i R na chodniku, resztę jak przez mgłę. Za chwilę pogotowie, kilku gapiów, policja.
R jedzie do szpitala, niestety nie udaje się go uratować,może gdyby pogotowie było szybciej, może gdybyśmy wyszli 30 minut później lub wcale nas tam nie było...
Co w tym anonimowego?
Bo nikt nie wiedział, że R, oprócz bycia moim najlepszym przyjacielem, jest miłością życia.
Czy ktoś o tym wiedział? Nie. Nie miałam odwagi mu nigdy tego powiedzieć, kochałam go jak diabli, ale cieszyłam się tym co mamy - najfantastyczniejszą przyjaźń i bałam się tego zmieniać.
Od tej pory mimo pozornego "pozbierania się" a także godzin przegadanych wspólnie ze znajomymi jak i indywidualnie u psychologa, w każdym facecie jakiego spotkam szukam R, jego błysku w oku, jego bystrości, inteligencji, sposobu bycia, przez co każda znajomość szybko się kończy.
Mimo lat udało mi się coś stworzyć, coś poważniejszego, przełamać się w stosunku do jednego faceta, ale to dalej nie mój ukochany i skończyło się jak zwykle.
Nie wiem czy uda mi się kogoś znaleźć, stworzyć rodzinę, pokochać i nie szukać R w każdym mężczyźnie jakiego spotkam.
Dlatego kochani mówmy, mówmy do siebie, nie bójmy się uczuć, nie zostawiajmy wielokropków i niedopowiedzeń, żyjmy tak jak tego chcemy, a nie tak jak mówią nam nasze strachy i obawy.
Nie lękajmy się siebie!
Dodaj anonimowe wyznanie