W poprzednie wakacje pracowałem jako kasjer w małym sklepie spożywczym w centrum. Mam znajomą, która regularnie robiła tam zakupy i często żartowałem sobie z nią jak przychodziła.
Tego dnia wieczorem był dość spory ruch. Zauważyłem, że stoi w kolejce do mojej kasy za klientem, którego właśnie obsługiwałem. Zakończyłem transakcję i poprawiałem banknoty w kasie wiedząc, że teraz jej kolej. Nie podnosząc wzroku powiedziałem głośno “Proszę pani, takich jak pani tutaj nie obsługujemy”.
Odczekałem chwilę spodziewając się chichotania lub śmiesznej odpowiedzi. Gdy nic takiego się nie stało obejrzałem się i zobaczyłem czarnoskórą kobietę. Przez chwilę się łudziłem, że nie mówi po polsku, ale zszokowany wyraz jej twarzy rozwiał wątpliwości. Zrobiło mi się słabo, ale od razu próbowałem przepraszać i wyjaśnić sytuację. Ona jednak zostawiła zakupy i bez słowa wyszła ze sklepu. Później się dowiedziałem, że moja znajoma czegoś zapomniała i wyszła z kolejki.
Tak oto straciłem moją pierwszą pracę.
Wychodzę lekko zawiany (naprawdę lekko) z imprezy u kolegi. To stara kamienica, na klatce panuje półmrok. Schodzę po schodach i widzę sąsiada kolegi, facet koło 60 lat, jak wchodzi na górę niosąc małego psa na rękach. Mówię do psa “Cześć mały koleżko” i wyciągam rękę, aby go pogłaskać. Gdy tylko go dotknąłem zorientowałem się, że to nie pies, tylko chleb w reklamówce...
Facet popatrzył na mnie jak na niebezpiecznego wariata. Przykleił się do ściany i wyminął mnie szybkim krokiem, parę razy oglądając się za siebie. Ja stałem dalej z tą wyciągniętą ręką jak zamurowany, chciałem się wytłumaczyć, ale nie wiedziałem nawet od czego zacząć.
Pracuję w dużym sklepie. Moja koleżanka i ja rozmawiałyśmy z 5-letnim synem klienta, podczas gdy on był obsługiwany w kasie. Chłopiec spytał koleżankę ile ma lat. Odpowiedziała mu, aby zgadł i on powiedział, że 20. Ona ma 19 więc powiedziała “Wow! Bardzo blisko! Mam 19 lat”.
Ja mam 20 lat i widząc, że dzieciak jest dobry w zgadywaniu to pomyślałam, niech spróbuje ze mną. Popatrzył na mnie uważnie “Hmmm….. 37!”. Trochę się obruszyłam, ale to małe dziecko, więc odpowiedziałam miło “Oj, nie zgadłeś. Mam 20 lat, ale zawsze mi mówiono, że wyglądam na trochę starszą”.
“O, to pewnie dlatego, że jesteś taka gruba”.
Pracuję na infolinii, teraz, z uwagi na zaistniałą sytuację, zdalnie z domu. Przez dłuższy czas ciężko było mi się skupić i nie przysypiać, ale znalazłam rozwiązanie. Teraz pracuję z dildo wsadzonym w wiadome miejsce i klamerkami na sutkach - o dziwo moja wydajność bardzo wzrosła, a i mi od razu jakoś przyjemniej wstaje się do pracy rano. Dobrze tylko, że klienci nie wiedzą...
Mając 15 lat, poszłam z siostrą na wioskowy festyn. Było dużo ludzi, także z innych wsi. Byli również chłopcy, z którymi się kojarzyliśmy z widzenia. Dwóch z nich - Adam i Bartek - podeszło do nas i chcieli nas poprosić do tańca. Wiedziałam, że Bartek i moja siostra już wcześniej mieli się ku sobie. Chłopcy chyba nie za dobrze się ze sobą dogadali, bo obaj poprosili do tańca moją siostrę, a mnie nie poprosił nikt. Przeżyłabym to, zdarza się, ale oni zaczęli się zaraz kłócić, a potem bić o to, kto ZE MNĄ NIE ZATAŃCZY, bo żaden z nich tak bardzo nie chciał.
Bolało wiele lat.
Mam jeszcze kilka podobnych historii, bo zawsze byłam tą brzydszą siostrą.
Kiedyś, dawno, dawno temu, jeszcze w podstawówce, chodziłam do klasy z Karolinką. Karolinka była w szkole "ustawiona" - mama uczyła nas ZPT, potem w zastępstwie WF-u, babcia była władczynią szatni i korytarzy - czyli woźną.
Karolinka w sumie dobrze się uczyła (zazwyczaj), czasem dość bezmyślnie kuła.
Kiedyś pisaliśmy sprawdzian, nawet nie pamiętam z czego. Była to może 6, może 7 klasa podstawówki. I Karolinka co chwila mnie szturchała. Pomogłam raz, pomogłam drugi, piąty. Po ostrzeżeniu nauczycielki, że jeszcze raz, a zabierze mi kartkę, zajęłam się jednak sobą, nie reagując na coraz bardziej nachalne szturchanie.
W końcu wkurzona powiedziałam głośno coś w stylu "Dziecko głupie, trzeba się było nauczyć, nie zaczepiaj mnie więcej".
Dnia następnego wychowawczyni na dużej przerwie wezwała mnie do klasy, gdzie czekała już mama Karolinki. I przez 20 minut obrażała mnie, wyzywała, każdą moją próbę wytłumaczenia sytuacji zbywając stwierdzeniem "jesteś bezczelna, zamknij się, gówniaro!".
Przy wychowawczyni, która nie upomniała jej ani razu.
Po tej sytuacji wróciłam do domu i powiedziałam mamie, porozmawiała z wychowawczynią.
Efekt był łatwy do przewidzenia - z przedmiotów, których uczyła nas mama Karolinki, miałam oczywiście gorsze oceny (twierdziła, że wcześniejsze dobre stawiała mi "z litości"), zaś babcia K. za każdym razem, jak mnie zobaczyła, czy to w szatni, czy na korytarzu, nie omieszkała przypomnieć, że "Karolinka to najlepsze dziecko na świecie, a ja jestem gównem".
Drogim paniom "pedagog" serdecznie "dziękuję". "Szkoła życia" wyszła pierwszorzędnie.
Mam dwie siostry. Starszą i średnią, przy czym jestem sporo od nich młodsza. Starsza jest typem osoby opiekuńczej, sumiennej. Średnia uwielbia robić z siebie ofiarę. Starsza ma dobrą pracę, męża, dom. Średnia nie przepracowała dnia w swoim życiu, ale znalazła faceta, który ją utrzymuje. Mają trójkę dzieci, ale pewnie zaraz czwarte strzelą, żeby nie musiała pracować.
Starsza od kilku lat starała się z mężem o dzieci, ale im się nie udawało. Potem były próby in vitro, też nie wyszły. W tym czasie średnia się rozmnażała i nie ogarniała jeszcze bardziej. Dzieci nie słuchają się nikogo, w ich domu nie ma żadnych zasad. Gdy nie słuchają, to się na nie drze, gdy chce mieć spokój, włącza bajki, grę na kompie i potrafi cały dzień siedzieć na Instagramie i cykać piękne foteczki jaką to jest super mamą. Gdy widzę jej Insta, to zastanawiam się jak można tak żyć. W wirtualnym, wykreowanym przez siebie świecie.
Moi rodzice długo pomagali średniej, bo była tak nieogarnięta życiowo. To brali dzieci, to mama chodziła i gotowała jej na kilka dni (a potem fotki na Insta, jaki to siostra cudowny obiad zrobiła przy trójce dzieci). Jednak rodzice mają już swoje lata, są schorowani i obecnie to ja się nimi zajmuję, ogarniam cały dom, jedzenie, pilnuję, żeby brali leki, wożę po lekarzach. Środkowa jak ją się poprosi o jakąkolwiek drobną pomoc tylko narzeka, że jej jest za ciężko, bo ma trójkę dzieci i olewa. Starsza się stara, jak zawsze.
Pół roku temu starszej i jej mężowi udało się adoptować dwie dziewczynki, siostry. Są w podobnym wieku jak dzieci średniej. Starsza spełnia się w roli matki i daje z siebie 100%, żeby tylko jej dzieci czuły się kochane i zapomniały o koszmarach przeszłości. Dziewczynki są przy tym bardzo wdzięczne, chcą pomagać. Gdy dzieciaki średniej biegną przed komputer po posiłku, starszej pomagają sprzątać ze stołu. Z własnej woli. Dzieciaki średniej wyśmiewają prezenty, są roszczeniowe, starszej cieszą się z moich starych kredek, komiksów typu WITCH.
Średnia ma pretensje, że nie chcę jej pomagać, że wymagam coś od niej. Nie pozwalam podrzucać jej wszystkich dzieci, bo troszczę się o rodziców i nie będę odpowiedzialna za jej dzieciaki, bo teraz to ja musiałabym je wszystkie ogarnąć. Przy tym wkurza się, że faworyzujemy dzieci starszej, a dziewczynki są wręcz bezobsługowe i pomagają. Biorę je, kiedy tylko tego chcą.
Jestem najmłodsza. Nie mam życia prywatnego, tylko uczelnia i rodzice. O mnie nikt nie myśli. Rodzice przepisali na mnie dom za to, że się nimi opiekuję. Średnia się śmiertelnie obraziła, mimo iż nic nie pomaga. Jestem bardzo stanowcza i gdy mówię NIE, to nic tego nie zmieni. Średnia robi mi awantury, żali się wszystkim naokoło, jaką to jestem tyranką. Starsza się dostosowuje, pomaga, płaci rachunki. I tak naprawdę nie znoszę swojej średniej siostry ani jej bachorów.
Mam synka, 2-latka. Od zawsze bał się psów, reagował na nie paniką i uciekał do mnie na ręce. Uczę go właściwego zachowania, aby nie "prowokował" i szedł spokojnie, ale to powolny proces.
Niedawno szwagierka kupiła pieska. Piesek jest rasy miniaturowej i od początku stał się pupilkiem CAŁEJ rodziny.
Teściowa mieszka daleko i odwiedzamy ją rzadko. Ostatnio otrzymaliśmy zaproszenie na jej imieniny. Pojechaliśmy i na miejscu okazało się, że szwagierka zabrała ze sobą pieska. Nie byłam zachwycona, ale trudno. Postanowiłam trzymać małego na kolanach, puszczać na łóżko. Nawet słowem się nie odezwałam, że mają trzymać psa na kolanach.
I się zaczęło. Wszyscy wsiedli na mnie, że mam dziecko puścić na podłogę, że pobawią się, że przecież nic mu nie zrobi itd. Na nic moje tłumaczenia, że dziecko się boi, że może przy psie się zachować "dziwnie" i pies to odczyta jako prowokację.
W końcu zabrałam dziecko i wyszłam. Mąż za mną obrażony, że robię sceny. Rodzina na mnie obrażona, a mąż też chodzi nadąsany. Super.
Dziś Dzień Matki i naszły mnie z tej okazji pewne myśli. Nie jestem mamą, choć być nią mogłam. Poroniłam w 8 tygodniu, ponieważ zaszłam w ciążę w trakcie leczenia onkologicznego i szanse utrzymania ciąży były praktycznie zerowe, a moje przeżycie bez natychmiastowego leczenia równie małe.
Nie wiem, czy to będzie ckliwe wyznanie czy nie, każdy sam oceni. Ale chcę powiedzieć wszystkim kobietom, które straciły ciążę i nie czują z tego powodu traumy, że to nic złego. Czasami - jak by to okrutnie nie zabrzmiało - lepiej, aby dziecko zmarło jeszcze w brzuchu, aniżeli urodziło się bardzo chore. Natura czasami wie co robi, a my kobiety nie powinnyśmy się czuć źle, bo nie byłyśmy/jesteśmy w stanie urodzić dziecka.
Nie chciałabym, aby to wyznanie było zapalnikiem do dyskusji o aborcji, bo zupełnie co innego mam namyśli. Chodzi mi o społeczne przekonanie, że strata ciąży musi być traumą. Nie musi. I w moim moralnym odczuciu nigdy nie powinna. Tylko tyle i aż tyle.
Na moim kierunku studiów jest jedna dziewczyna, Paulina (imię zmienione), która jest transseksualistką.
Wszyscy mówią bezpośrednio do niej neutralnie, starają się używać imienia „preferowanego”. Myśli, że nikt na uczelni o tym nie wie, ale wszyscy słyszeli, jak kiedyś po zajęciach pytała prowadzących, czy mogą używać innego imienia, raz rozmawiała z kimś przez telefon o hormonach, zaczęła mieć mutację, imię na liście studentów było takie, no i tak wszyscy się domyślili, co nie było trudne.
Sam nie wiem, co o tym myśleć. Nikt nigdy wprost nie pytał jej o to, ale między sobą studenci często się zastanawiają, co Paulina ma w spodniach, dlaczego to robi i w ogóle. Mojemu przyjacielowi się podobała na początku, ale kiedy się dowiedział o tym transseksualizmie, to już nie był pewien, bo co, jak rodzice by potem rzeczywiście wzięli ją za chłopaka i by myśleli, że jest gejem? Zwłaszcza że widać, że Paulina się zmienia.
Lubię Paulinę, życzę jej dobrze, ale trochę przykro jest mi patrzeć, jak próbuje się z tym ukrywać. Z drugiej strony właśnie też to, ile osób się zastanawia, czy „już ma penisa”, też jest jakieś obrzydliwe. Nie interesuje mnie to, co ona ma w spodniach, nie podoba mi się, współczuję jej, bo raz, że ludzie ją biorą za jakiś fetysz, dwa, że w Polsce chyba zawsze będzie jej z tym ciężko...
Paulina, jeśli to czytasz - trzymaj się!
Dodaj anonimowe wyznanie