#g2QQN
Karolinka w sumie dobrze się uczyła (zazwyczaj), czasem dość bezmyślnie kuła.
Kiedyś pisaliśmy sprawdzian, nawet nie pamiętam z czego. Była to może 6, może 7 klasa podstawówki. I Karolinka co chwila mnie szturchała. Pomogłam raz, pomogłam drugi, piąty. Po ostrzeżeniu nauczycielki, że jeszcze raz, a zabierze mi kartkę, zajęłam się jednak sobą, nie reagując na coraz bardziej nachalne szturchanie.
W końcu wkurzona powiedziałam głośno coś w stylu "Dziecko głupie, trzeba się było nauczyć, nie zaczepiaj mnie więcej".
Dnia następnego wychowawczyni na dużej przerwie wezwała mnie do klasy, gdzie czekała już mama Karolinki. I przez 20 minut obrażała mnie, wyzywała, każdą moją próbę wytłumaczenia sytuacji zbywając stwierdzeniem "jesteś bezczelna, zamknij się, gówniaro!".
Przy wychowawczyni, która nie upomniała jej ani razu.
Po tej sytuacji wróciłam do domu i powiedziałam mamie, porozmawiała z wychowawczynią.
Efekt był łatwy do przewidzenia - z przedmiotów, których uczyła nas mama Karolinki, miałam oczywiście gorsze oceny (twierdziła, że wcześniejsze dobre stawiała mi "z litości"), zaś babcia K. za każdym razem, jak mnie zobaczyła, czy to w szatni, czy na korytarzu, nie omieszkała przypomnieć, że "Karolinka to najlepsze dziecko na świecie, a ja jestem gównem".
Drogim paniom "pedagog" serdecznie "dziękuję". "Szkoła życia" wyszła pierwszorzędnie.
Duża wina wychowawczyni, bo to ze matka broni córki to rozumiem ale wychowawczyni nie chcąc srać do własnego gniazda pozwoliła na takie niesprawiedliwe potraktowanie ciebie. Ale w sumie w każdej szkole są takie układy i układziki. Mam nadzieje, ze nie miało to wpływu na Twoje życie i wyszłaś z tego zahartowana
Ale co dają takie układy? Awans zawodowy, czy podwyżkę, że odbija się to na dzieciach? W niektórych szkołach to wygląda jakby nauczyciele mieli płacone za dręczenie lub faworyzowanie dzieci. Totalna głupota starych baby.
Darcie się i wyzywanie przez 20 minut 12-13 letniego dziecka bez żadnej chęci do wysłuchania jego tłumaczeń to raczej nie jest bronienie córki warte zrozumienia.
Herubina, powiem szczerze, ze nie wiem co im dają te układy chyba po prostu taka specyfikacja państwowych szkół. Ja chodziłam właśnie do takiej podstawówki gdzie nauczyciele to była jedna wielka klika a dzieci bogatych rodziców zawsze miały lepiej i pamietam, ze już jako dziecko zastanawiałam się dlaczego? Tak jakby Ci rodzice mieli im ta kase dac...
Ostrzenozeinozyczki, ja nie powiedziałam ze rozumiem jej zachowanie tylko ze po prostu rozumiem, ze skoro ta matka była nienormalna to broniła córki w nienormalny sposób ale wychowawczyni niezwiązana z zadna z dziewczyn powinna być obiektywna
Dziecko za 2 lata z tej szkoły wyjdzie, a koleżanka z pracy pozostanie, po co robić sobie kwas na lata pracy?
@Herubina "Ale co dają takie układy?"
Spokój. Dziecko szkołę za parę lat skończy i będzie po problemie, a zatarg z koleżanką z pracy może trwać długimi latami i przeszkadzać w pracy. Po co więc robić sobie problemy przez obce dziecko?
Tak to niestety w niektórych szkołach działa.
Współczuję ci, co za chore baby. Moja mama też uczyła w mojej szkole. Wszyscy uważali, że mam przez to lepiej, ale mama była wobec.mnie trzy razy bardziej surowa i wymagająca niż wobec innych uczniów, a mnóstwo jej uczniów chciało się ze mną przyjaźnić tylko dlatego, bo sądzili, że w ten sposób mogą wywalczyć sobie lepsze oceny. Nie, nie mogli.
U mnie to samo, jeśli chodziło o wymagania. Ale nikt nie chciał się kumplować tylko z tego powodu, bo oceny nie były priorytetem wtedy. Za to kilka razy ucierpiałam przez to od nauczycieli, którzy nie przepadali za moją rodzicielką :/
ohlala, jakbym o sobie czytała. Nauczyciele nie lubili mojej mamy, a tym samym byli wredni dla mnie. Teraz są wielce ciekawi, co robię w życiu i jak mi się układa. Jako prawie jedyna parę lat wybrałam liceum w innym mieście, żeby się odciąć od toksycznej społeczności, więc było wielkie zdziwienie że nie chcę iść z ,,koleżankami". Cóż, życie nauczycielskiego dziecka bywa ciężkie.
Też byłem uczony przez członka rodziny. Wprawdzie trochę dalszej niż rodzic ale jednak. Nawet znajomi zauważyli, że traktuje mnie bardziej surowo od reszty klasy, a na spotkaniach rodzinnych zupełnie inne relacje. Ba, rodzeństwo też chodziło do tej szkoły i przerabiali to samo.
Niestety często nauczyciele celowo traktują gorzej uczniów będących ich rodziną by nie zostać posądzonym o faworyzowanie.
Są dwa gatunki rodziców uczących własne dzieci w szkole:
- Ci, którzy zagłaskaliby swoje dzieci na śmierć, a tych co z tym dzieckiem nie współpracują zagryźli,
- Ci, którzy od swojego dziecka wymagają dwa razy więcej niż od innych.
Tobie się niestety trafił ten pierwszy przypadek.
Idę o zakład, że to wiejska szkółka. Może w mieście jest więcej dziecioków, ale też więcej możliwości i swojemu potomstwu zapewnie miejską podstawowke, a nie wiejską. Bez urazy oczywiście, ale też chodziłam do podst i gim w małej wsi i to jest gowniana sprawa ;)
Ja chodziłam do "miejskiej" podstawówki- duże wojewódzkie miasto. W klasie miałam Krzysia - syna nauczycielki. Wiecznie, jawnie faworyzowany, na Krzysia nie można było krzywo spojrzeć bo od razu mamusia z mordą leciała. Wiecznie na piedestale, wzór cnut, prymus. Potem przyszła zmiana szkoły (byliśmy w jednym gimnazjum ale w innych klasach) i z prymusa zrobił się słaby średniak, średnio lubiany w klasie. Mamusia non stop latała po nauczycielach i wyklócała się o oceny i o to jak Krzysiu jest traktowany przez rówieśników. Nie bardzo mu to pomogło... Więc czy wiejska czy miejsca nie ma znaczenia jak się ma mentalność buraka.
Ja do podstawówki chodziłam na wsi, taka typowa wiejska szkoła, ale nie było mowy o żadnej faworyzacji, bo dyrektor był twardym kolesiem z zasadami i nikomu nie dał sobie wejść na głowę.
Za to do liceum chodziłam już miejskiego, do tego do najlepszego w mieście, do którego trudno było się dostać. 80% uczniów to były dzieci doktorów, polityków, prawników i profesorów. Tam to dopiero było faworyzowanie. Ze trzy wyznania mogłabym o tym napisać.
Ludzie, chodziło mi o to, że jak mieszkasz na pipidówie to masz tylko i wyłącznie jedno, często patologiczne i niezdrowe środowisko. W większym mieście jest chociażby więcej szkół- gnebią ci dziecko w szkole? Idziesz do innej.
No to pisz tak od razu, nikt w myślach nie wyczyta, o co ci chodziło :)
Twój komentarz zabrzmiał tak, jakby każda wiejska szkoła była do dupy, a miejska super.
Pamiętam kiedyś moja pani od historii ucząc nas używała jakiejś książki, która akurat miałam w domu też (białe książki 4 tomy każda na inne tematy). I któregoś dnia wzięłam te książkę do szkoły też. A baba bo panią jej nazwać nie mogę, jak zaczęła się drzeć na mnie, że nie mam wstydu, że jak ja śmie dotykać jej rzeczy, że co ja sobie wyobrażam. Jak zorientowała się że jej książka leży na stole to spaliła buraka i tyle. Ani przepraszam ani pocałuj mnie w d. A tak mi sie przypomniało, bo to też była mama mojego kolegi z klasy
Nie myślałaś o zmianie szkoły?
Jeśli możesz napisz co się teraz dzieje z Karolinką bo jestem ciekawa jak potoczyły się jej losy i czy jakos sobie w życiu radzi ;)
Ileż lat musisz w sobie hodować tę zazdrość i nienawiść do dziewczyny, która nic ci właściwie nie zrobiła...