Parę lat temu, moja pierwsza wizyta u pana ginekologa.
Podczas badania z nerwów puściłam chyba najgłośniejszego i najbardziej zabójczego „cichacza”.
Pan ginekolog uśmiechnął się, po czym otworzył okno i radosnym tonem stwierdził:
„O pani... Nie jest pani ani pierwszą, ani ostatnią. Co najlepsze, w mojej karierze spotkałem się z dużo gorszymi przypadkami”.
Uśmiechnęłam się, ale bałam się spytać, co to za „gorsze przypadki”.
Nad ranem, po drodze do pracy, zauważyłem jakiegoś lokalnego ziomeczka bazgrającego sprayem po budynku, więc zadzwoniłem dyskretnie na pobliski komisariat, a do gagatka po cichutku podszedłem od tyłu i złapałem, żeby nie próbował uciekać. W ciągu kilku minut z „wielkiego wojownika swojej drużyny piłkarskiej, za którą oddałby życie” zmienił ton na „no przepraszam, proszę pana policjanta, więcej nie będę, no nie może być mandat, no, mama mnie zabije”.
Dziś śniło mi się, że jestem ułamkiem. Pech chciał, że nie byłem byle jakim. Mój licznik był liczbą przestępną, a mianownik algebraiczną, co powodowało u mnie (ułamka) depresję, gdyż żaden wielomian o współczynnikach z ciała liczb wymiernych nie chciał, bym był jego pierwiastkiem...
Zna ktoś dobrego psychiatrę? Chyba wariuję.
Dziś o 10 miałam zdalną rozmowę kwalifikacyjną do pracy, na której mi zależy. Niestety z powodu stresu zasnęłam dopiero nad ranem, no i zaspałam. Za pięć dziesiąta zorientowałam się, co się stało, na wpół przytomna włączam laptopa, przeczesuję włosy, przemywam twarz (mam to szczęście, że wyglądam całkiem ładnie bez makijażu). Próbuję sobie przypomnieć, co powinnam wiedzieć, żeby przejść test na to stanowisko. W ostatniej chwili zauważam na krześle wyprasowaną wczoraj koszulę i narzucam ją na siebie, przecież trzeba jakoś wyglądać.
Punkt 10 zaczyna się spotkanie, rekruterem jest mężczyzna w średnim wieku, oprócz tego jeszcze drugi – bezpośredni przełożony dla stanowiska, na które aplikuję. Zadają mi pytania, na które, o dziwo, odpowiadam bez problemu, mimo że walczę z opadającymi powiekami i z tęsknotą zerkam na ekspres do kawy. W pewnym momencie rekruter mówi: „A teraz sprawdzimy pani umiejętności manualne. W tej pracy często będzie pani musiała rozrysować coś klientowi na kartce”. Cholera, przygotowałam wczoraj kartki i długopis, ale kompletnie o tym zapomniałam. Leżą na regale za laptopem, muszę wstać i sięgnąć.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Podnoszę się, biorę kartki i siadam z powrotem. Rekruterzy są w szoku, ja uśmiechnięta czekam na dalsze instrukcje. I nagle do mnie dociera. Przecież byłam tak zaspana, że całą energię skupiłam na poprawnym odpowiadaniu. Niektóre szczegóły uleciały mi z głowy. Jak chociażby to, że po zerwaniu się z łóżka przebrałam tylko górę. I może nie byłoby to tak tragiczne, gdyby nie fakt, że śpię nago...
PS Rekruterzy dość nerwowo się ze mną pożegnali, więc wymarzonej pracy nie dostanę. Najgorsze, że rozmowa była nagrywana. Leżę i ryczę. Dziś czeka mnie jeszcze druga zmiana w obecnej pracy, której nienawidzę.
Chodzę do liceum i zasadniczo jestem lubiany. Zorganizowałem osiemnastkę w mieszkaniu. Rodzice się zgodzili. Zaprosiłem całą klasę. Nie przyszedł nikt. Klasa ma drugą grupę, na której ustalili, że nie przyjdą. Nie macie pojęcia, jak cholernie było mi przykro...
Mam obecnie 32 lata. Gdy miałam 16 lat, napisał do mnie lokalny dziennikarz. Połowę życia, dosłownie, zajęło mi poradzenie sobie z traumą, jaką mi zafundował, chociaż wydawało mi się, że przecież nie zrobił nic złego. Co można zrobić złego pisaniem, wysyłaniem zdjęć i kilkoma spacerami po lesie? Okazało się, że można.
Mam za sobą ponad rok tygodniowych spotkań z terapeutką. Mnóstwo wydanych pieniędzy. Płacz, krzyk, wkurw, koszmary senne.
Dlaczego to piszę? Żeby żadna z Was nie uległa ładnym słówkom starszego mężczyzny. Nie, nie jesteście bardziej dojrzałe jak na swój wiek. Nie, nie rozmawia mu się z Wami lepiej niż z kimkolwiek innym. On pisze do Was w jednym celu i im szybciej to zrozumiecie, tym będziecie bardziej bezpieczne i szczęśliwe.
W moim życiu przez ostatni rok sporo się zmieniło. Zdecydowanie ma gorsze.
Zacznijmy od tego, że miałem żonę i dwie córki. Byliśmy (przynajmniej tak mi się wydaje) szczęśliwą rodziną. Żona nie pracowała, tylko zajmowała się córkami, ja utrzymywałem rodzinę.
W pewnym momencie w pracy zaczął się ciężki i stresujący okres. Zostawiłem po godzinach, a gdy już wracałem do domu, sięgałem po alkohol. Najpierw jedno piwko, potem dwa, trzy, dziesięć, wino, wódka i inne ścierwa. Uzależniłem się. Często nie było mnie w pracy, bo leczyłem kaca. W końcu szef mnie zwolnił. Nie miałem czasu dla żony, córek. Miałem czas tylko na alkohol. Żona ode mnie odeszła. Powiedziała, że mam rok, aby przywrócić się do stanu sprzed separacji. Potrzebowałem czasu, by to do siebie przyjąć, ale się udało.
Mija właśnie drugi miesiąc od jej odejścia, ja też odszedłem od alkoholu. Znalazłem pracę, w której może i płacą mniej, ale cokolwiek zarabiam. Coraz częściej piszę z żoną, za niedługo mam się z nią zobaczyć.
Trzymajcie za mnie kciuki, ja wierzę, że mi się uda.
Chwilówki... Zaczęło się niewinnie, 100 zł, bo brakowało na melanż ze znajomymi na studiach. Spłaciłem, ale przecież to było takie łatwe... Pożyczka za zero, oddajesz i masz z głowy. Obiecałem sobie, że więcej tego nie zrobię, ale życie studenta przypiliło (miałem stały dochód w postaci renty rodzinnej, więc nie było problemu z przyznaniem). I kolejna na 100, potem kolejna na 200, bo jak dali mi na 100, to na 200 nie dadzą? I tak to wszystko się zaczęło, uzbierały się trzy tysiące do spłaty. Co zrobiłem? Wziąłem kredyt, żeby to spłacić i spłaciłem. Wszystko fajnie, kredyt spłacałem, aż nagle zabrakło mi kasy na jakąś pierdołę. No to co? Chwilówka, bo przecież mam czyste konto.
Przez pół roku byłem „bogaty”, żyłem pełnią życia, spłacałem jedną chwilówkę kolejną. Do momentu, kiedy wziąłem chwilówkę na cztery i pół tysiąca. Wtedy dobry okres się skończył. Przy mojej rencie nie dałem rady. Rzuciłem studia przez osobiste problemy, przez które również pogrążyłem się w alkoholu, renta odpadła, a ja zostałem z jakimiś dwudziestoma tysiącami długu. Zacząłem pracę, po pół roku na wypłatę wszedł mi komornik, dostawałem połowę pensji, więc zapierdzielałem po 230 godzin w miesiącu, żeby mieć za co żyć. Po czasie doszedł drugi, trzeci komornik, a inne moje długi (miałem zaciągniętych kilkanaście chwilówek) wciąż rosły. Przeszedłem ciężką depresję, zapożyczałem się u znajomych, żeby mieć co jeść.
W końcu poznałem jego. Człowieka z zupełnie innego świata, dobrze zarabiał, mógł sobie pozwolić na bardzo dużo. Zakochałem się. Chciałem mu dorównać, też dobrze żyć, jeździłem z nim na wakacje, na które nie było mnie stać, w pewnej chwili zrozumiałem jednak, że u niego również zacząłem się zapożyczać. Po roku związku przyznałem mu się do długów. Zrozumiał, obiecał, że wesprze, ale ja wciąż, zamiast z tym walczyć, zapożyczałem się u niego. Teraz mieszkamy wspólnie w Holandii, jestem zapisany na terapię u psychologa, chcę nauczyć się rozporządzania pieniędzmi. Swoje długi powoli spłacam, ale jeszcze długa droga przede mną. Na szczęście zarobki mam dobre, więc jest światełko w tunelu.
Niby się wie, że nic na świecie nie jest za darmo. Jednak przez darmową pożyczkę przy odrobinie nieostrożności można znaleźć się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Ja przez własną nieostrożność i głupotę, zamiast czerpać z życia, ciągle się zastanawiam, jak wyjść z długów.
Nigdy nikomu się do tego nie przyznam. Uwaga, będzie obrzydliwie.
5 lat temu, domówka u koleżanki. Byłam wtedy po zdanych trudnych egzaminach, więc hamulce, pierwszy raz w życiu, całkowicie mi puściły. Piłam jak szalona, końcówki imprezy zupełnie nie pamiętam, z wyjątkiem zamknięcia się w łazience w celu zwymiotowania.
Pamiętam, że rozpięłam sobie spodnie, bo bardzo bolał mnie brzuch. Zdarzyło mi się puścić kilka bardzo intensywnych bąków.
Minęły dwie godziny, dobijano się do mnie, odpowiadałam, że wszystko OK, ale niestety wymiotuję i na razie nie dam rady wyjść (na całe szczęście w domu były jeszcze dwie inne łazienki). Gdy w końcu stwierdziłam, że chyba już dosyć i idę położyć się do łóżka, postanowiłam jeszcze przed tym zrobić siku. Ściągam majtki, a tam... spore ilości nie do końca prawidłowo uformowanej kupy. Po prostu myśląc, że to bąk, zesrałam się na miękko w majtki. Byłam przerażona. Na szczęście miałam wtedy końcówkę intensywnego okresu i wszystko zatrzymało się na ogromnej podpasce. Podpaskę zwinęłam, spuściłam w toalecie, podmyłam się i całkowicie załamana psychicznie wróciłam na imprezę. Miałam moralniaka jak nigdy i najszybciej jak mogłam, zwinęłam się do domu.
Morał – od tamtej pory uważam na każdego bąka po alkoholu.
Jestem piętnastolatką i mam problem z utrzymaniem moczu w nocy. Zawsze korzystam z toalety przed snem, mimo to często budzę się rano z mokrym prześcieradłem. Zwykle wtedy śni mi się, że siedzę bezpiecznie na ubikacji, ale to jest pułapka. Moi rodzice twierdzą, że to tylko przejściowe, ale ja chciałabym pójść z tym do lekarza. Boję się tego, że kiedyś nie wytrzymam i posikam się przez sen na jakiejś wycieczce. Starsza siostra mi dokucza, śmieje się ze mnie, że powinnam kupić pieluszki. Wstydzę się o tym mówić, ale nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Płaczę po nocach i nie umiem się uspokoić, coraz częściej zarywam noc. Nienawidzę siebie za to. Czuję się jak ostatni śmieć.
Dodaj anonimowe wyznanie