Ludzie mają różne fetysze. Moim jest wyszukiwanie konferencji wideo, gdzie ludzie ćpają na żywo. Dają sobie w żyłę, palą, często się masturbują. Zdarza się, że mają ubytki w uzębieniu i są wychudzeni. Ale najbardziej mnie jara, gdy mają orgię. Wtedy ruchają się jak zwierzęta (mniej ordynarne słowo nie przychodzi mi na myśl, by to opisać). Gdy to widzę, momentalnie dostaję wzwodu. Sam nie biorę narkotyków, ale takie konferencje oglądam przynajmniej kilka razy w tygodniu i myślę, że wśród około 100 użytkowników, jestem zawsze jedyną trzeźwą osobą.
Dla zaciekawionych: moja kamera też jest włączona (gdybym miał wyłączoną, admin mógłby mnie wyrzucić), nie pokazuję jednak twarzy, a jedynie członek.
Innym plusem są wiadomości prywatne, w których mogę instruować, co mają robić, by mnie jeszcze bardziej podniecić, a gdy są naćpani, mają inne postrzeganie rzeczywistości i na 99% zgadzają się na moje zachcianki.
Kiedyś na spotkaniu służbowym, bardzo oficjalnym, zachciało mi się kichać. Sięgnęłam szybko do torebki i, jak mi się wydawało, na chybił trafił wyjęłam z niej paczkę chusteczek. Słuchając uważnie osoby, która właśnie zabierała głos, trzymałam je w ręce, a po kilku minutach stwierdziłam, że jednak nie kichnę.
Zerknęłam na chusteczki i okazało się, że przez kilka minut trzymałam w ręce podpaskę. Niby nic wielkiego, ale facet, który siedział obok mnie, wyglądał na przerażonego :D
Za każdym razem, kiedy wracam do domu po ciemku, zakładam kaptur na głowę, zaczynam stawiać większe i szersze kroki i jednocześnie poruszam barkami z dłońmi zaciśniętymi w pięści.
Słowem - staram się jak najbardziej upodobnić do typowego Sebixa.
Po prostu mam nadzieję, że osoba, która chciałaby mnie napaść, uzna, że jestem groźna i zrezygnuje ze swoich planów.
Pozdrawiam, drobna 16-latka :)
Jestem kosmetyczką. Pracuję w większym mieście w centrum Polski. Aktualnie jestem w trakcie szukania lokalu, więc większość zabiegów (makijaże, henna brwi i te sprawy) wykonuję w domu. Mam też pewną przyjaciółeczkę z liceum, powiedzmy Amelię. Amelia dopiero niedawno dowiedziała się o mojej działalności. Jaka była wniebowzięta! Umówiła się na paznokcie, wszystko okej. Przychodzi, a paznokcie brudne, ręce tak samo. Delikatnie pytam, czy coś się stało, że ma tak zaniedbane dłonie. W odpowiedzi usłyszałam, że była w ogródku i nie myła, bo stwierdziła, że nie ma potrzeby.
Ledwo co się dało zrobić, paznokcie poobgryzane, w fatalnym stanie. Zadowolona pyta o cenę i troszkę zrzedła jej mina, mimo że o kosztach mówiłam jej już przy zapisywaniu. Pośpiesznie wyjęła banknoty z portfela i mi podała, biegnąc do drzwi. Krzyknęłam, że dała znacznie mniej, na co tylko zawołała, że po znajomości należy się jej taniej. A może po znajomości zapłacisz mi więcej? Kolejna sytuacja działa się w sierpniu. Zadzwoniła w sobotę, pyta, czy zrobię jej paznokcie, najlepiej dziś. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie, bo szykuję cały dzień rodzinę pani młodej. "A wieczorem?". "Wieczorem wychodzę z mężem na kolację". "To nie możesz przesunąć tego na inny dzień!?". Moje godziny pracy nie są bez limitu!
Dzwoni kilka dni później - znowu to samo, mówię, by umówiła się na konkretny termin, bo dziś mam wyjazd do innego miasta. Uporczywie mnie męczy, że jest najważniejsza, bo tak się przyjaźniłyśmy w liceum! (byłyśmy na poziomie cichego "cześć" na korytarzu, to tyle). Przyjechała wieczorem do mnie do domu domagając się zabiegu, bo przecież mam czas!
Trochę szacunku by nie zaszkodziło. Tak ciężko się zapisać?
I apogeum całej tej sytuacji. Przyszła do mnie dziś bez zapowiedzi, wygoniła wręcz klientkę z fotela i zażądała manicure dla swojej córki. Po chwili do pokoju weszła SIEDMIOLATKA. Dziewczynka podała mi swój wiek osobiście. Miała sztuczne rzęsy i hennę brwi!
Byłam w szoku. Amelia osobiście pochwaliła się, że sama córkę "upiększyła". Po tym incydencie wygoniłam ją z domu, zablokowałam numer i zamierzam iść do opieki społecznej. Tej dziewczynce dzieje się krzywda!
To był ostatni dzień roku 2013. Szedłem na sylwestrową imprezę koleżanki. Jako że nie piję alkoholu, skręciłem sobie sześć tłustych skrętów. Włożyłem jednego do pudełka z papierosami, a resztę do portfela. Kiedy już zbliżałem się do bloku, w którym mieszkała moja szanowna kumpela, ktoś do mnie zadzwonił. „Janeeeek! Prośbę mam. Mamy za mało zapitki, a za dużo wódki. Skoczyłbyś na stację po jakieś dwie butelki coli?” - dobiegające z słuchawki, rozpaczliwe błaganie tak bardzo wzbudziło moja litość, że odwróciłem się na pięcie i szybkim krokiem udałem się do najbliższego „cepeenu”. Po drodze wyciągnąłem skręta z paczki fajek i go spaliłem.
Kiedy stałem w kolejce do kasy, a pod stację podjechał radiowóz, poczułem nagłą falę dyskomfortu. Policjant stanął za mną, najwyraźniej z zamiarem kupienia czegoś. W głowie tłukło mi się „Nie zrób niczego głupiego, nie zrób niczego głupiego...”. Kijowo by było, gdybym trafił za trawkę do pudła. I to jeszcze w Nowy Rok!
Ciemne wizje szybko ustąpiły, kiedy urocza pani za kasą zaświergoliła: „Co podać?”. Poprosiłem o dwie butelki coli i ciesząc się, że zaraz wyjdę ze sklepu, chciałem uiścić należność. Dosłownie ułamek sekundy po otworzeniu portfela zdałem sobie sprawę, co odwaliłem. Jointy wysypały się na ladę, część upadła na ziemię. Rzuciłem się na nie niczym zdesperowany ćpun. Jednym ruchem ręki zgarnąłem te, które leżały na ladzie, następnie pozbierałem pozostałe tuż spod butów policjanta, słysząc jednocześnie śmiech i ciche komentarze ludzi w kolejce. Przy okazji wywróciłem dupą stojaczek z gumami do żucia.
Szybko pozbierałem moje fanty i wybiegłem ze stacji. Było już jednak za późno. „Stać!” - usłyszałem, kiedy tylko przekroczyłem drzwi. Na ramieniu poczułem ciężką łapę. Odwróciłem się i tak jak się spodziewałem – spotkałem się twarzą w twarz z policjantem.
- Zgubiłeś coś - rzekł machając mi przed nosem idealnie skręconym blantem. - To chyba twoje, czyż nie?
Zanim zdążyłem zacząć błagać o litość i szlochać, że jestem za młody, aby resztę życia spędzić w Sztumie, policjant wcisnął mi „moją zgubę” w dłoń.
- Bądź ostrożniejszy. Szczęśliwego Nowego Roku! - powiedział i wrócił do sklepu.
Chwila musiała minąć, zanim galarety, na których stałem, zamieniły się w pełnoprawne kończyny. Z trudem doczłapałem do mieszkania koleżanki. Nawet nie zdjąłem kurtki, tylko tak jak stałem, ciężko usiadłem na sofie.
I wtedy dotarło do mnie, że zapomniałem zabrać zakupy ze stacji...
Żyję w związku partnerskim z kobietą.
Gdy tylko zaczęło między nami być poważnie, zgodnie ustaliłyśmy, że nie popieramy "robienia" dzieci na zamówienie przez pary jednopłciowe, kupowania gamet ani wynajmowania ojców. Ponadto dzieci są męczące, odbierają swobodę i spontaniczność. Myślałam, że temat dzieci został zamknięty.
Co jakiś czas jednak słyszę "No, bo wiesz, czytałam, że jakaś tam celebrytka i jej żona zrobiły sobie dzidziusia, co o tym sądzisz?".
Odpowiadam, że nic nie sądzę, temat dzieci dla nas nie istnieje. Dla niej też? Ano też. Żadnych dzieci. Pełna zgoda.
Za chwilę znowu "A wiesz, bo ktoś tam gdzieś tam ma dziecko... ale my byśmy tak nie chciały, no nie?".
No nie. Ustaliłyśmy to lata temu.
Znajomi opowiadają nam nieszczęśliwą historię małżeństwa, które się rozwiodło, bo nie dogadali się przed ślubem w sprawie dzieci. Śmiejemy się z nich, bo jak tak można się nie dogadać w tak ważnej sprawie.
Za chwilę znowu "A wiesz, widziałam brzuszkową sesję pary lesbijek. Bardzo ładne te zdjęcia były".
Nóż kurwa, chcesz mi coś powiedzieć?
"Nie, nie, przecież my byśmy tak nie chciały".
Prosiłam, nagabywałam, trułam dupę, by wreszcie powiedziała, o co jej chodzi. Były poważne rozmowy. Nadal twardo utrzymuje, że absolutnie nie chce mieć dzieci.
I weź tu zrozum kobietę...
Wydarzyło się to dosyć niedawno...
22 sierpnia.
Dzwonię do szefa przypomnieć mu, że muszę mieć wolne 1 września. Wiecie. Dziecięce rozpoczyna rok szkolny i pierwszą klasę. Co słyszę w słuchawce? "A po co? Przecież pracujesz tylko do końca sierpnia".
Tak dowiedziałam się, że nie pracuję.
Byłam z chłopakiem 2 lata. Pierwszy rok było super. Potem zaczęło się psuć. Zaczęły się kłótnie, że nie robię mu w domu, nie gotuję i w ogóle. Nie mieszkaliśmy razem. Uważałam, że jeśli do niego przyjeżdżam to możemy dzielić się obowiązkami. Ale u niego było tak, że jeśli nie było po jego myśli tak jak on chciał, to były kłótnie, wyzwiska... Wiele razy chciałam to zakończyć, ale zawsze słyszałam, że mnie kocha, że się zmieni.
W marcu poroniłam. Jako pocieszenie usłyszałam, że to jeszcze nie było dziecko i że zrobi mi następne. Zerwałam. Ale oczywiście wróciłam bo on mnie kocha... W sierpniu zaszłam w ciążę. Nie interesował się w ogóle. Miesiąc przed porodem zostawił mnie dla innej, o którą miałam się nie martwić. Miał inną, ale zabronił mieć mi kogoś do 18-tki dziecka i groził, że mnie zabije i takie tam.
Przeszło mu to jak zgłosiłam sprawę na policję. Dogadaliśmy się dla dziecka i odwołałam. Chciał po tym do mnie wrócić, ale mu się odwidziało, może to i lepiej.
Niestety dwa razy uległam mu i przespałam się z nim. On stwierdził, że nie chce mnie ranić bo mógłby wrócić, ale za jakiś czas znów by się mógł zakochać w kimś. Poprosiłam go żeby o dziecko pytał raz w tygodniu, a on pisze i dzwoni codziennie. Jest ta dziewczyna nadal. Nie wiem dlaczego mu uległam, może żeby się na niej odegrać, może bo jeszcze coś do niego czuję. Nie wiem. Dlaczego mimo tego co mi zrobił i wiem, że ten związek był chory i dobrze, że nie jesteśmy razem, myślę o nim. O tym, że ona teraz będzie z nim spać, spędzać czas. Czasami tęsknie i płakać mi się chce. Jak sobie poradzić? Staram się właśnie myśleć o tym co mi zrobił i w ogóle, ale czasami przychodzi dzień gdzie chce mi się płakać.
Działo się to w pracy, na produkcji. Robota nudna i monotonna, ale usłyszałam tam wiele historii życia ludzi, niektórych niekoniecznie chciałabym wiedzieć. To właśnie jedna z nich.
Codziennie było się na innych maszynach z innymi ludźmi, bo niemal nikt nie pracował tam na tyle długo, żeby być tam na stałe. Przeważnie dorabiali sobie studenci albo ludzie tuż przed emeryturą lub też w jej trakcie.
Co było robić? Jak maszyna była w porządku i praca szła płynnie, można było sobie z kimś pogadać. Jedna babka obok mnie zagaiła rozmowę, zeszło jakoś na temat tarota, co skłoniło ją do opowiedzenia własnej historii. Podobnież była znaną wróżką i uwielbiała wróżyć z kart.
Pewnego razu poszła do kościoła i z ciekawości spytała księdza co sądzi o tarocie, czy czasem nie robi jakiegoś grzechu? Przerażony ksiądz zaprosił ją do jakieś grupy, gdzie ludzie się modlili zdecydowanie więcej niż powinni... Poszła tam i okazało się, iż magia to grzech ciężki! I żeby zmyć go z siebie, musi spalić karty!
Wszystko spoko, jakby historia się tu kończyła. Ale nie.
Babka miała jeszcze syna.
Ów syn był fanem metalu, posiadał wiele płyt, niektóre pożyczone od kolegów, wiele miało autografy. Syn był dumny ze swojej kolekcji i często opowiadał matce o swojej pasji, muzyce. Starał się nie słuchać tego przy mamie na głośnikach, tylko na słuchawkach. Niestety ciekawska matka chciała w końcu się dowiedzieć czego słucha jej syn, skoro tyle razy się chwalił.
Puściła i usłyszała "wycie diabła, biesa, lucyfera, z czeluści piekieł, niczym darcie się grzeszników w kotle podgrzewanym gwiazdą zaranną"... Jej opis na pewno brzmiał lepiej, niż mój teraz, bo się wtedy lekko zapętliła...
Pomyślała, że to jej wina, że jej grzech spłynął też na syna i musi go uwolnić. Wzięła wszystkie płyty, karty tarota i inne magiczne przedmioty z domu i spaliła wszystko.
Kiedy syn wrócił ze szkoły, czy gdzie tam był, matka dumna pokazała gasnące ognisko i spalone płyty. Syn zaczął tak wyć, że babka podejrzewała, że ogień musiał rzeczywiście wygnać szatana z jego ciała i dumna z siebie chwaliła się później udanym egzorcyzmem.
Syn miał tak puste spojrzenie po tym, nie odzywał się wiele dni, ale babka sądziła, że to po prostu spłynął na niego spokój. Nie wiem, co później się z nim działo, później tej babki już nie widziałam.
Chodzę do 2 kl liceum, mam 16 lat i mam lekcje z jednym nauczycielem. Każda dziewczyna się przy nim krępuje. Nauczyciel nie jest w stanie nie powiedzieć nic dwuznacznego w stronę płci przeciwnej. Nie krępuje się z zaglądaniem w dekolt czy z premedytacją spojrzeć się pod ławkę gdy mam spódniczkę. Wiadomo, rozumiem kiedy odzież nie zakrywa wystarczająco dużo, jednak ubieram się estetycznie i z odpowiednią długością.
Kiedy nauczyciel powiedział w stronę uczennicy "z takimi cy*kami pewnie każdy chłopak o tobie wie" lub "nie będę się na ciebie dyskretnie patrzył, bo wyjdzie że jestem bardziej zboczony niż przeważnie", te i wiele innych tekstów kieruje do zniesmaczonych dziewczyn.
Nauczyciel jest po 60, uczy w szkole już ponad 20 lat, a wątpię że nie było na niego wcześniej skarg. Nie wiem co zrobić może mu coś odpowiedzieć na kolejny jego seksualny podtekst? Oczywiście chłopcy uwielbiają kiedy się śmieją wraz z tym nauczycielem, a my nie potrafimy nic odpowiedzieć bo jesteśmy w szoku, że tak powiedział do nas nauczyciel.
Byłabym bardzo wdzięczna gdyby ktoś mi dał jakaś radę.
Dodaj anonimowe wyznanie