Prawo jazdy zrobiłam na studiach. Wcześniej jeździłam do mojego chłopaka autobusem. Kiedy odebrałam już upragniony dokument, rodzice mi się dołożyli i kupiłam samochód (używany, gdyby ktoś był ciekaw, ale to nie jest ważne dla tego wyznania).
W moją pierwszą samodzielną podróż samochodem postanowiłam wybrać się właśnie do chłopaka. Mieszkał poza miastem i po drodze trzeba było kilka razy skręcać. Jeździłam do chłopaka autobusem kilka razy i sądziłam, że drogę znam dobrze. Jednak się pomyliłam.
Ogólnie trasa była dość zawiła. Stresowałam się bardziej niż sądziłam, że będę. Bałam się, że z tego wszystkiego pomylę drogę. To nie były czasy smartfonów, więc nie mogłam po prostu odpalić Google Maps albo innej nawigacji. W dodatku doszedł stres, bo to była moja pierwsza samodzielna podróż. Wyruszyłam i okazało się, że nie jestem pewna gdzie skręcić (czy to było już tutaj, czy jednak dalej). Spojrzałam na zegarek i wiedziałam, że zaraz będzie jechał "mój" autobus. Poczekałam więc i pojechałam za nim, żeby skupić się już tylko na prowadzeniu samochodu i nie martwić się, że się gdzieś zgubię.
Jechałam więc za autobusem, którym zawsze do niego jeździłam. Całą drogę.
Wiem, masakra. Zdaję sobie sprawę, że to trochę żenujące i dlatego nikomu się do tego nie przyznałam. Z powrotem wróciłam już bez "pomocy" autobusu. Dałam radę!
Czasem czuję się jak ofiara dziwnej mody w dzisiejszych czasach.
Problem dla wielu może wydawać się błahy, ale dla mnie taki nie jest. Przez większość swojego życia nie miałam większych kłopotów z wyglądem, nie miałam obsesji na punkcie swojej wagi, bo byłam raczej szczupła. Niestety to się zmieniło.
Nagle ze zgrabnej dziewczyny stałam się zakompleksioną kobietą z paroma nadprogramowymi kilogramami. Na początku paroma, potem było ich więcej i więcej. Długo nie mogłam się z tym pogodzić, szukałam przyczyny w swoim trybie życia, ale okazało się, że mam chorą tarczycę. Najpierw endokrynolog ustawił mi leki, potem dietetyk odpowiednią dietę, a trenerka trening na siłowni. Powoli waga zaczęła iść w dół, ale wciąż pracuję nad swoją sylwetką.
Bardzo mocno to wszystko przeżyłam, jestem bardzo wrażliwa na tym punkcie, ale staram się nie przejmować, co myślą inni, po prostu robię swoje i wiem, że postępuje dobrze. Niestety wymaga to ode mnie ogromnego wysiłku i odporności psychicznej. Wspiera mnie w tym wszystkim chłopak i jestem mu naprawdę wdzięczna, wiem, że mimo wszystko mu się podobam.
Ostatnio usiadłam na ławce na przystanku czekając na autobus. Zauważyłam, że obcy mężczyzna obok coś do mnie mówi, więc wyjęłam słuchawki i poprosiłam, by powtórzył. Nie jestem w stanie przytoczyć wszystkiego co powiedział, ale zaczął od słów, że jestem bardzo ładna i pięknie pachnę, ale powinnam o siebie zadbać i wie, co mówi, bo jest trenerem.
Podziękowałam mu za radę, ale podkreśliłam, że nie zna mnie i nie powinien oceniać. Facet kontynuował tłumacząc, że chyba sama wiem, gdzie leży problem, bo chyba mam lustro w domu i naprawdę wystarczy tylko trochę pracy, a będę "naprawdę super laską" i on widzi, że o siebie dbam, ale dbać trzeba też o swoje ciało i zdrowie.
Całe szczęście przyjechał mój autobus i wsiadłam do niego uciekając od natręta. W oczach miałam łzy. Być może nie miał złych intencji, ale ewidentnie miał problemy z myśleniem. Rozumiem, że można kogoś taką gadką zmotywować, ale on nie znał mojej historii, nie wiedział, że od pół roku jestem na diecie i ćwiczę na siłowni trzy razy w tygodniu.
Nie wiedział, że jestem chora. Nie widzę nic złego w szczerej rozmowie z bliską osobą, u której zauważyliśmy problem. Ale zaczepianie totalnie obcych ludzi i mówienie im, żeby wreszcie coś ze sobą zrobili jest dla mnie szczytem chamstwa i oznaką płytkiego rozumowania.
O tym, co dzieje się w bogatych miasteczkach.
W dzieciństwie mieszkałam w jednej z najbogatszych gmin w kraju. Miejsce wypełnione adwokatami, lekarzami, deweloperami i programistami. Wszyscy z bogatych rodzin, jedynie niewielka część z mieszkańców należała do klasy średniej a już wielką rzadkością były rodziny ubogie.
Możecie mówić, że dzieciaki były roszczeniowe i wredne, i skłamałabym, gdybym zaprzeczyła, ale nie było to do końca tak. Winę ponosili rodzice. Akurat tak się zdarzyło, że większa część matek moich koleżanek była niepracujących. Opiekowały się, no cóż, może nie domem, bo miały od tego panie sprzątające, dziećmi też nie, bo od tego była niania. Powiedzmy, że zajmowały się majątkiem męża i plotkowaniem u jednej i tej samej kosmetyczki. Pewnie myślicie, że wymyślam, ale naprawdę tak było w dużym uproszczeniu.
Pamiętam sytuację, kiedy matka jednej z najbogatszych koleżanek rozdawała drogie lalki, jeżeli tylko ktoś miał ochotę bawić się z jej córką.
Szczerze powiedziawszy, te kobiety były psychiczne. Potrafiły przyjść do szkoły, rzucić się na 10-letnie dziecko, bo to obraziło buty jej córki. Kiedy dziewczynki kłóciły się poza szkołą, zawsze angażowana była dyrektorka. Matki kłóciły się w gabinecie, jakby od tego zależały ich reputacje.
Najgorsze były sytuacje, kiedy dwie dorosłe kobiety pokłóciły się między sobą i jedna z nich zabierała wszystkie dzieci z klasy do parku i na lody, żeby tylko nie miały one czasu na zabawę z córką pokłóconej koleżanki. Totalna patologia, a jednak nikt nic z tym nie robił. Ich mężowie opłacali szkołę i wycieczki, więc dziecko z bardziej wpływowymi rodzicami wygrywało sprzeczkę.
Od dziecka byłam angażowana w dramaty, kłótnie, plotki. Byłam zmuszana do odcinania się od moich koleżanek, więc pewnego dnia założyłyśmy tajny klub spotkań w lasku nieopodal, gdzie mogliśmy bawić się z kim chcemy i w jaki sposób chcemy. Z jednej strony każdy zazdrości ci pieniędzy i wydaje się, że żyjesz bajkowym życiem, ale z drugiej strony odczuwasz ogromną presję społeczną.
Masz kręcić się tylko wokół najbogatszych (dosłownie takie teksty słyszałam od rodziców). W wieku 11 lat moim priorytetem było pokazanie się z jak najlepszej strony, żeby chłopak z bardzo bogatej rodziny zwrócił na mnie uwagę, bo tego oczekiwała ode mnie moja mama. Mam problem z własną tożsamością.
Matki moich znajomych i moja zrobiły nam takie pranie mózgu, z którego trudno było wybrnąć. Dopiero, kiedy internet stał się powszechniejszy zauważyliśmy, że nie można się tak zachowywać i trzeba coś w sobie zmienić.
Wyznanie tak w ramach ciekawostki, bo nie każdy zna kulisy życia takiego dziecka, a szczerze chciałabym, aby ktoś to w końcu zrozumiał, bo pieniądze nie gwarantują bezpieczeństwa.
Pewnego dnia dwa lata temu wracałam wieczorem do domu z zakupów. Z tramwaju do mojego mieszkania prowadziły dwie drogi: krótsza, ale nieoświetlona, przez kładkę nad torami kolejowymi i dłuższa, ale oświetlona, czyli wydaje się, że bezpieczniejsza. Jako że było już ciemno, wybrałam tę drugą. Następnego dnia wyjeżdżałam, więc moja torba była pełna jedzenia.
Jakieś 100 metrów od domu usłyszałam, że ktoś biegnie. Potem ktoś mnie przewrócił, a inna osoba wyrywała mi torbę. No nie, nikt mi nie będzie kradł jedzenia! Zaczęłam się bronić, kopać, gryźć. A kiedy to nie pomogło - biec za napastnikami i wrzeszczeć. Nie wiem, co we mnie wystąpiło ani jaki miałam wyraz twarzy, ale złodzieje rzucili torbę na ziemię i uciekli. Szybko sprawdziłam, czy jest w niej moje jedzenie. Było. Poszłam więc do domu.
Będąc na miejscu zaczęłam wszystko rozpakowywać. Bułki, ser, ukochane kabanosy, dokumenty, nowiutki tablet, portfel, a w nim dość spora ilość gotówki. Zostałam napadnięta, w torbie miałam ponad 500 złotych i nowy sprzęt, a ją blondynka myślałam tylko ratowaniu kabanosów. Ech, te priorytety. .. ;)
Dzisiejszego pięknego ranka, zostałam zmuszona, aby pójść po bułki do sklepu znanej sieci. Założyłam na siebie, jak na Gota przystało, bluzkę Nightwisha (jakieś dwa rozmiary za dużą), czarne rurki, no i oczywiście buty bogów (czytaj glany). Byłam tak zaspana, że nawet nie zwróciłam uwagi na wygląd moich włosów.
Stojąc w kolejce z ciepłymi bułeczkami dla kochanej rodziny, zobaczyłam przed sobą przesympatyczny i uwielbiany przed przez wszystkich typ "moherowy beret". Kobita stała wraz z jakimś dzieckiem. Nagle ta starsza pani się obróciła w moją stronę. Gdy na mnie spojrzała całą pobladła i wypaliła z takim tekstem "A precz do piekła ty duszo nieczysta, wcielenie Szatana". Oczywiście usłyszeli to wszyscy wokół i odwrócili się w naszą stronę. Zastanowiło mnie bardzo, co tak mogło rozwścieczyć tę babę. Ale po chwili to dziecko stojące obok wypaliło: "Babciu zapytaj tej pani jak jest w piekle, bo tatuś mówi że też tam trafisz". Babka cała czerwona. Ja się duszę ze śmiechu, płacę czym prędzej za te bułki i wychodzę.
Wychodząc spojrzałam w szybę i faktycznie wyglądałam jak wcielenie Lucyfera. Włosy jakby były natapirowane, wczorajszy makijaż rozmazał się prawie na pół twarzy, ale szminka na ustach pozostała prawie nietknięta ? (opłacało się kupić droższą).
Związałam się z facetem, który kocha zwierzęta. Niby nic w tym złego. Kiedy się poznaliśmy miał przygarniętego psa, owczarka.
Spotykaliśmy się, ale 2,3 razy dziennie jechał prawie 50 km na wynajem gdzie piesek siedział, żeby go wyprowadzić. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy o tym, żeby wspólnie zamieszkać. Jako, że ja miałam swoje mieszkanie, a on wynajmował to zdecydowaliśmy, że zamieszkamy u mnie. No i piesek wylądował na nowym.
Od razu zaznaczyłam, że ja z psem nie mogę wychodzić, bo jest agresywny wobec innych zwierząt i go po prostu nie utrzymam na smyczy (pies sięga mi do bioder), a wiadomo, ludzie wypuszczają psy luzem i zawsze podlatują i go zaczepiają. Na to mój chłopak się zgodził i powiedział, że on będzie go wyprowadzać.
Od kilku miesięcy mam obsikane panele, codziennie srańsko na środku podłogi, meble zasikane, drzwi obdrapane, a meble powygryzane. I nie jest to kwestia tego, że mnie nie lubi. Tylko tego, że jego Pan nie wychodzi z nim na dwór "bo mu się nie chce", "bo zmęczony", "bo ludzie narzekają, że ma sprzątać po psie".
Obsmarujcie mnie, ale mam ochotę wywalić tego kundla za drzwi i coraz częściej o tym myślę. A ja już nawet znajomych ani rodziny nie zapraszam, bo tego smrodu nie idzie się pozbyć!
Sama nie wiem czemu to piszę, ale dziś mija 7 rocznica najgorszego dnia w moim życiu.
Zawsze byłam niegrzecznym dzieckiem. Buntowałam się zawsze, wszędzie i na wszystko na co tylko była okazja, a najbardziej objawiało się to w kłótniach z rodzicami, szczególnie z mamą. Miałam wtedy 16 lat. Jak to nastolatka, byłam "przeciwko" moim rodzicom, nie obchodziło mnie ich zdanie, ciągle powtarzałam, że ich nienawidzę.
Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Była sobota. Jak co tydzień w pobliskim klubie odbywała się kolejna impreza w stylu "upij się i tańcz". Byłam wielce zafascynowana imprezami, jak to szalone szesnastki. Nie obchodziło mnie nic, oprócz cosobotniego wyspania się, wyjścia ze znajomymi na miasto, a na koniec dnia uszykowanie się i pędzenie z przyjaciółmi na imprezę.
Tego dnia było tak samo. Koło godziny 18.00 dostałam smsa od przyjaciółki, w którym poinformowała mnie, że cała "ekipa" zbiera się o 20.00 w starym parku na przeciwko klubu, a potem ruszamy na imprezę. Zapaliła mi się lampka, wybiegłam z pokoju i oznajmiłam tacie, że dziś wychodzę na imprezę. Warto wspomnieć, że mój tata w tamtym okresie, miał dość niestabilną pracę i pracował często nocami, tak było i wtedy. Poprosił mnie, żebym dzisiaj została w domu, bo mamę strasznie boli głowa i być może będzie potrzebowała mojej pomocy.
Słysząc to, strasznie się zdenerwowałam, bo pokrzyżowałoby to moje plany. Szłam w zaparte mimo próśb taty. Kłótnia przeciągnęła się do około 20.00, po czym wyszłam z domu trzaskając drzwiami, ze słowami na ustach "Mam to gdzieś, jeszcze nie raz posiedzę sobie z wami w domu, a akurat dzisiaj mam zostać. To tylko głupi ból głowy, żałuję, że mam takich rodziców". Wyszłam. Celowo zostawiłam telefon w domu, aby uniknąć telefonów taty.
Była godzina 2.30, gdy wszyscy znajomi się rozeszli, więc także i ja postanowiłam wrócić do domu. Otworzyłam drzwi i nagle poczułam, że coś jest nie tak, bo o tej porze rodzice już śpią, a tata siedział w fotelu z zapaloną, małą lampką i głową między rękami. Najpierw weszłam do pokoju, rzecz jasna sprawdzić telefon. Zobaczyłam 16 nieodebranych połączeń od taty i 1 smsa właśnie od niego o treści "Wróć do domu, proszę..." Wyszłam do taty i spytałam, co się stało. Tata milczał. Zapytałam ponownie. Odpowiedział tylko "Mama nie żyje, miała udar". Spojrzałam na niego i pierwszy raz zobaczyłam, że płacze.
Od tej pory nie mogę sobie tego wybaczyć, że w tamtym momencie nie było mnie przy mamie. Może gdybym była w domu, zadzwoniłabym po pogotowie, a mama by żyła? Żałuję każdego słowa, które wypowiedziałam przeciw rodzicom. Ta sytuacja zmieniła mnie całkowicie. Jedyne czego jestem teraz pewna to to, że każdy powinien być wdzięczny za rodziców, tylko dlatego, że ich ma.
Cztery lata temu na facebooku polubiłam jakąś stronę. Był tam post o czekoladzie chyba i jakiś gość coś bardzo idiotycznie skomentował. Normalnie przewinęłabym dalej, ale... no, w mojej opinii miał bardzo przystojne i wyselekcjonowane zdjęcie profilowe, więc, chcąc nie chcąc, kliknęłam w jego profil. Postanowiłam napisać jakąś wiadomość zapoznawczą, że chciałabym poznać interesujących ludzi, bla bla, sratata.
Odpisał mi dość chamsko, że jak szukam znajomych do kolekcjonowania, to źle trafiłam. Jakoś tak od słowa do słowa, troszeczkę sobie przy tym dokuczając, zakumplowaliśmy się. Nie było to jakieś pisanie dzień w dzień po kilka godzin, ale jednak. Traktował mnie jak swoją młodszą siostrę (między nami jest 8 lat różnicy, a ja wtedy miałam 17). Po trzech miesiącach pisania ze sobą, nagle przestaliśmy.
Odezwałam się potem do niego po jakimś czasie, 22 czerwca, by złożyć życzenia urodzinowe. Podziękował grzecznie i powiedział, że jutro wsiada do pociągu, bo wypadałoby się poznać na żywo. Olałam, on zawsze był taki eee... nabijacki, myślałam, że żartuje.
Na dzień następny dostaje telefon, że czeka na dworcu... Normalnie bym nie poszła, ale coś mi odbiło. Skłamałam mamie, że robimy sobie z koleżanką nockę filmową i że mnie nie będzie. W sumie z perspektywy czasu myślę, że to było skrajnie głupie, mógł mi coś zrobić, zgwałcić, sprzedać moje wnętrzności na czarnym rynku.
Pojechaliśmy na dwudniowy festiwal, do miasta obok. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Myślałam, że będą jakieś bariery - w końcu przez neta piszę się łatwiej, można zebrać myśli i rzadziej zalicza się jakieś wpadki słowne czy coś. Nie, nie spałam z nim. Noc spędziliśmy na takim gigantycznym polu :D Patrzenie w gwiazdy i takie tam romantyczne dyrdymałki. Nic sprośnego. Dzieliło nas wtedy 400 km, ale i tak przyjeżdżał co weekend lub co dwa i jakoś to było :) Rok później się zaręczyliśmy i zamieszkaliśmy ze sobą. Teraz mamy cudowną córeczkę i...
... siedzimy we trójkę bez prądu, z mleczkiem Bebiko i świeczkami, bo nam 20 litrów wody z pralki wylało. Kur*a.
Szłam ostatnio z koleżanką przez park po zmroku i na drodze stanął nam około osiemnastoletni, łysy gówniarz z kolegą.
Na początek spytał mnie o fajkę. Zaczęliśmy gadać, my chciałyśmy już iść, ale on zatarasował nam przejście i powiedział śmiejąc się "hehe, najpierw pokażcie cycki".
Jakież było jego zdziwienie, gdy podniosłam koszulkę i serio mu pokazałam, bo stanika nie nakładam.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekającego i zestresowanego małolata.
Studiuję położnictwo. Niedawno udało mi się przyjąć poród samodzielnie. Gdy było już blisko finału, chcąc dodać rodzącej otuchy powiedziałam: "Już nie dużo pani zostało. Widzę główkę, maluch ma gęste czarne włosy". Kobieta, zaciskając oczy odpowiedziała: "Grunt, że nie rude!".
W tej chwili jej mąż oraz położna mnie nadzorująca wybuchnęli śmiechem. Tak. Jestem ruda.
Dodaj anonimowe wyznanie