Postanowiłam podzielić się wyznaniem, które może da coś do myślenia osobom, które krzyczą, że niekiedy to kobieta jest winna gwałtu. Zastanówcie się czasem, co piszecie.
Miałam wtedy 18 lat. Z koleżanką dosyć mocno imprezowałyśmy w tym czasie. W klubie poznałyśmy starszego faceta. Miło się gadało, ale postanowiłyśmy wracać już do domu. On nam zaproponował u siebie herbatę. Poszliśmy do niego piechotą, bo mieszkał niedaleko. Wiem, że to było nieodpowiedzialne, ale po alkoholu nie myślałyśmy za dużo.
Na miejscu okazało się, że facet jest jakiś dziwny. Zaczął mówić jakieś zboczone rzeczy, dążył do tego, aby coś między nami doszło. Uznałyśmy, że idziemy stąd. Wtedy facet zaczął mnie mocno trzymać i nie chciał puścić, przygniatał mnie do materaca leżącego w kuchni. Moja wspaniała koleżanka uciekła, zostawiając mnie samą.
Wyrywałam się i w pewnym momencie zaczęłam do niego mówić, że policja łatwo dojdzie do niego, że w klubie są kamery, a moja koleżanka zna adres. Wtedy facet mnie puścił. Ja szybko zgarnęłam rzeczy, wybiegłam z tego domu bez butów. Facet tylko bez słowa się na mnie patrzył jak uciekam. Chyba go musiałam wystraszyć i się ogarnął.
Na dole zadzwoniłam po mojego ojca, że impreza skończona i czy by mógł mnie odebrać. Przyjechał. Nie powiedziałam nic nikomu. Z koleżanką zerwałam znajomość, bo nie mogłam jej wybaczyć, że mnie tam zostawiła z tym psycholem. Do dzisiaj nikt nie wie.
Wiele osób pewnie by krzyczało, że sama jestem sobie winna, bo poszłam z obcym facetem do jego mieszkania, że poszłam na imprezę, że piłam i może miałam zbyt krótką sukienkę. Jednak z perspektywy czasu uznaję, że przecież ten facet nie miał prawa. On nie jest jakimś zwierzęciem, żeby nie mógł powstrzymać swoich instynktów na widok samicy. Nie róbmy z facetów zwierząt, które kierują się tylko wiadomą częścią ciała i nie mają mózgu.
Większość życia miałam poczucie, że ta sytuacja, która mnie spotkała, to moja wina. Gdyby nie te żałosne głosy o tym, że to kobiety są winne gwałtom, może bym zgłosiła tę sprawę, a tak to koleś mógł zrobić coś innej dziewczynie. Nie zgłosiłam, bo bałam się, że to ja zostanę okrzyknięta winną.
W wakacje i weekendy dorabiałam sobie w sklepie zoologiczno-wędkarskim. To było prawie rok temu. Sklep znajduje się w dość popularnej miejscowości turystycznej, której główną atrakcją są liczne jeziora, co przyciąga wielu wędkarzy.
Aby spokojnie i legalnie łowić na owym jeziorze, należy wykupić specjalne zezwolenie - różne w zależności od tego, czy chce się łowić z brzegu (z kładki) czy z łodzi i jak długo. Pewnego dnia do sklepu przyszły dwie kobiety w średnim wieku. Oznajmiły, że chcą wykupić zezwolenie na połów ryb. Kolega, który zajmuje się działem wędkarskim, wyciągnął dwa różne druczki i spytał:
- Z brzegu czy z łodzi?
Na to kobiety spojrzały na siebie i nieco zmieszane odpowiedziały:
- My? Z Wrocławia...
Zimowy dzień w szkole, 2 klasa liceum. Siedziałam w ławce z kolegą. Jako, że zbliżał się czas wystawiania ocen na koniec semestru, stwierdziłam, że pora wziąć się do roboty. Trzeba zaznaczyć, że chodziłam do szkoły o dość wysokim poziomie nauczania, a na palcach jednej ręki można policzyć osoby w klasie, które nie były megamózgami z dwa razy wyższym IQ niż moje. Nie to, że jestem jakaś tępa, nigdy nie miałam problemów ze zdaniem z klasy do klasy, jednak oceny raczej przeciętne.
Wracając do mojej historii, na dworze było już szaro, siedziałam na francuskim, zmęczona po całym dniu w szkole, zajęta czytaniem tekstu. W sali cisza jak makiem zasiał. Kumpel oczywiście, w przeciwieństwie do mnie, strasznie się nudził i wpadał na coraz głupsze pomysły, by mnie "rozruszać". Nagle złapał mnie za kolano i ścisnął, wiedział, że strasznie mnie to drażni i to mój czuły punkt. W tym momencie, zapominając o nauczycielce, ludziach w klasie, wydarłam się "CZY CIEBIE POJEBAŁO? NIE TAM!", jednocześnie odruchowo podnosząc do góry nogę, tak że z całym impetem uderzyłam kolanem o spód ławki tworząc niesamowity huk.
Wszystkie oczy na mnie, myślałam, że nauczycielka zabije mnie wzrokiem, bo w czasie całej "akcji" usiłowała włożyć płytę do odtwarzacza i była pewna, że mój krzyk był skierowany do niej. W nagrodę za swoją pracowitość i sumienne wykonywanie pracy na lekcji obniżono mi ocenę z zachowania i zaproszono na dywanik do dyrektora... A z owym kolegą z ławki właśnie mija 4 rok naszego związku.
Jestem mężczyzną, uwielbiam sport, jestem praktykującym katolikiem i moja stylówa to krótkie włosy, koszula i spodnie.
Anonimowe jest to, że kocham się przebierać za nią. Pończochy, figi i jakaś wizytowa sukienka. Kocham falbanki i koronki.
Nie mam Facebooka, ale lubię sobie poprzeglądać grupy, do czego wykorzystuję fejk konta. Kiedyś zapomniałam passów do jednego, więc musiałam stworzyć nowe. Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby nazwać się imieniem i nazwiskiem pewnego łowcy kosmitów z Denver i wstawić sobie na profilowe jego zdjęcie, ale ta historia nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie to. Po kilku dniach od założenia konto zaczęło tonąć w powiadomieniach - masa zaproszeń do znajomych, wpisów na tablicy, zdjęć z laurkami i wiadomości. Uznano mnie za prawdziwego Łowcę. Grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Razem z bratankiem zajęliśmy się prowadzeniem konta. Po pewnym czasie jego zasięgi były na tyle duże, że trzeba było zmienić je na publiczne.
Służyłam radą i pomocą w sytuacjach kryzysowych, rozwiązując problemy z kosmitami. Czasem ja, czasem bratanek. W pamięć zapadł mi pewien gość z Peru, który wysyłał mi zdjęcia swojego domu, w którym on i jego rodzina mieli być regularnie nękani przez kosmitów. Zastanawiał się, co może ich ściągać i chciał temu zaradzić.
Interesującym przypadkiem był również mężczyzna , który jako dowody na kontakty z UFO wysłał zdjęcia znamion na swoim ciele, świadczące o porwaniu. W każdym z przypadków zachowywałam pełen profesjonalizm i z powagą podchodziłam do tematu.
W miarę jak sława konta rosła, pojawiało się coraz więcej sceptyków, którzy czynili niewybredne komentarze nt. udostępnianych przeze mnie postów. Zazwyczaj jednak wystarczyło rzucić tekstem w stylu: „rząd stara się zamknąć mi usta, dziękuję tym, którzy stoją u mego boku”, by natychmiast zlatywała się chmara wyżej wymienionych, którzy rozpędzali niedowiarków.
Pewnego dnia na tablicy Łowcy pojawił się dramatyczny wpis, informujący o strasznych zjawiskach dziejących się w jego domu. Po zamieszczeniu wpisu konto zamarło, by po kilku dniach odżyć przez zamieszczenie szczegółowej relacji z porwania przez kosmitów, jakie miało miejsce. Chyba mogłam to sobie darować, bo liczba sceptyków po tym jakoś nagle dziwnie wzrosła. No ale cóż, stało się.
Jako że do ludzi znacznie bardziej przemawia obraz niż słowo pisane, zdecydowaliśmy z bratankiem stworzyć coś w rodzaju symulacji porwania. Do czego wykorzystaliśmy Simsy, w których został przez nas stworzony główny bohater wyznania. Potem wystarczyło nagrać w grze jak jest porywany i można było wstawiać. O dziwo nasze pieczołowicie przygotowane video nie przekonało sceptyków.
Miałam kilka celnych pomysłów na to, by to jeszcze odkręcić, ale niestety nie przyszło mi ich zrealizować, bo konto zostało zablokowane.
Nie, nie przez bycie fejkiem, po prostu przestępcy seksualni nie mogą mieć konta na Fb (Łowca miał jakieś zarzuty, o czym nie wiedzieliśmy).
W pracy na nocce uroiłem sobie w głowie, że po pracy prześpię się 4 godziny i zrobię sobie wycieczkę rowerową. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. O godzinie 13 wyjechałem z domu, jechałem sobie brzegiem morza i w pewnym momencie dojechałem do portu, gdzie była zamknięta brama, a wartownik nie chciał mnie przepuścić dalej bez zgody dyrekcji portu. Zawróciłem i jadąc tą samą ścieżką zauważyłem, że droga odbija w taki mały lasek, wąską i krętą ścieżką. Nie myśląc zbyt wiele skręciłem do tego lasku, przejechałem i wylądowałem na drodze ekspresowej. Przejechałem kilka kilometrów, lecz okazało się, że droga jest w budowie i można jechać tylko w przeciwnym kierunku, w którym się znajdowałem. Na moje szczęście (tudzież nie, lol) po mojej lewej stronie można było skręcić w polną drogę. Skręciłem i dojechałem do takiego łącznika czy diabeł wie jak to się nazywa. Był to taki tunel łączący dwa pola, które dzieliła właśnie ta droga ekspresowa, którą jechałem wcześniej. Tunel z jednej strony był otwarty, z drugiej strony znajdowała się bramka owinięta łańcuchem zamkniętym na kłódkę. Mapy Google pokazały mi, że gdybym przeskoczył tę bramkę i przejechał pole wzdłuż, to znajdę się na normalnej, utwardzonej drodze. Tak też zrobiłem i przehycnąłem na drugą stronę z rowerem.
Okulary przeciwsłoneczne na łbie, słuchawki na uszach, zadowolony jadę przed siebie. Teren był w ch#j grząski, ale stwierdziłem, że to po prostu taka gleba. Po drodze minąłem kilka krowich (tak mi się zdawało, he, he) gówien. Dojechałem do mostku dzielącego mnie od drogi do domu i wtem usłyszałem mega głośne buczenie. Spojrzałem w lewo - nie ma nic. Przede mną mostek; raczej nie potrafi buczeć. Spojrzałem w lewo i o mało się nie zesrałem pod siebie. Stado byków łupiące na mnie wzrokiem, a w dodatku te z przodu przebierały przednim kopytem, tak jak to robią podczas rodeo :D. Włączyłem ósmy bieg w rowerze, w głowie pojawia mi się całe moje życie, najlepsze wspomnienia, pierwszy seks, przyjaciele, rodzina, a nawet praca! Nie mam pojęcia ile trwała moja ucieczka, ale wydawało mi się, że było to kilka sekund. Dojechałem do bramki i spojrzałem się za ramię. Byki były dosłownie metr ode mnie i musiałem wybrać. Albo żeby mnie dorwały i poturbowały byki, ale nic się nie stanie z rowerem, albo przeskoczyć samemu i pozwolić tym czarnym gnojkom rozwalić mój rower za 5k PLN :D. Stwierdziłem, że wolę mieć całe żebra i przefikołkowałem przez bramę, rozwalając sobie przy tym lewą nogę. Byki dobrały się do mojego roweru, koła są całe pogniecione, rama cała porysowana i w dodatku któryś byk się zesrał na przedni zderzak.
Przez ponad godzinę czaiłem w krzakach i czekałem aż byki pójdą sobie z dala od roweru, żeby móc jakoś wrócić do domu. Przynajmniej do końca roku dziękuję za wycieczki rowerowe :D
#sporttozdrowie
Kilka lat temu byłam palaczem marihuany. Kończyłam właśnie liceum i kupowałam za swoje oszczędności trochę zioła od czasu do czasu.
Mieszkałam wtedy z rodzicami i nie chciałam, żeby moje palenie się wydało, więc każde gramy, które miałam, staram się chować bardzo dokładnie. Miałam bardzo fajną skrytkę - z tyłu pluszowego misia była mała, widoczna dopiero po dłuższym przyjrzeniu się dziurka. Przez tę dziurkę chowałam zioło do wnętrza misia. Miałam kilka misiów z lat dziecięcych w swoim pokoju, więc miś wydawał mi się to skrytką idealną. Przynajmniej do pewnego czasu...
Któregoś dnia poszłam ze znajomymi na miasto i nie było mnie w domu cały dzień. Gdy wróciłam do domu okazało się, że moi rodzice mieli gości, mianowicie moją siostrę z dziećmi. W jaki sposób się dowiedziałam? Otóż nie było mojego bardzo cennego misia. Moja siostrzenica bardzo polubiła moje misie, które były w moim pokoju, więc zapytała się mojej mamy, czy mogłaby wziąć jednego ze sobą. Moja mama stwierdziła, że jest ze mnie stara dupa, misiami się już nie bawię, więc się zgodziła. W ten sposób moja siostrzenica dostała misia z marihuaną.
PS Misia udało mi się odzyskać, bo na szczęście mam dobre relacje z siostrą i zrozumiała sytuację, przy okazji mnie wyśmiewając.
PPS Nie, nie chowałam później zioła w pluszakach. Chowałam w skarpetkach.
Dwa dni przed rozpoczęciem przeze mnie nowej pracy, kosmetyczka pomyliła kwasy na twarz i zamiast delikatnego, migdałowego, nałożyła mi jakiś o wiele silniejszy. Ścięła mi białko w skórze (pojawiły się krosty), miałam czerwoną, spaloną twarz, na drugi dzień twarz miałam w kolorze brązu, a teraz - godzinę przed rozpoczęciem nowej pracy - skóra łuszczy mi się jak u węża.
Nie wiem jak się pokażę tym ludziom. Nawet mąż się przestraszył, jak mnie zobaczył.
Parę lat temu jadąc tramwajem myślałem o tym, żeby umówić się z pewną dziewczyną, którą niedawno poznałem. Wyciągnąłem telefon i napisałem, długo się zastanawiając nad każdym wyrazem "Cześć, tu Kamil, rozmawialiśmy ostatnio na imprezie. Może wyskoczylibyśmy gdzieś w piątek?". Popatrzyłem chwilę na ekran, po czym skasowałem SMS-a i schowałem telefon.
Kilka minut później znowu go wyciągnąłem i napisałem mniej więcej to samo, po czym znowu skasowałem. Ostatecznie napisałem samo "Cześć, tu Kamil" i zastanawiałem się jak to lepiej napisać. Starsza kobieta, która obok mnie siedziała, wstała aby wysiąść i na odchodne powiedziała "A wyślijże to w końcu, nie bądź takim tchórzem".
Kocham moją żonę! To kobieta mojego życia, matka moich dzieci i osoba, z którą chcę być na zawsze. Niestety, Andzia ma pewien problem. Mianowicie jest otyła. Przez własne zaniedbanie. Wielokrotnie usiłowałem ją namówić na uprawianie sportu, bo sam od lat dbam o formę i wiem, że to dobra droga, aby utrzymać linię.
Jakiś czas temu moja małżonka stara się mniej jeść. Nie kupuje już chipsów, słodyczy i innych bezwartościowych, kalorycznych zapychaczy, którymi niedawno jeszcze się raczyła. Problem w tym, że wcześniej wieczorami zdarzyło nam się zjeść pizzę, a teraz nie mogę takich rzeczy proponować, bo wiem, że Andzia ma dość słabą siłę woli... Zje pół placka, a potem będzie mnie winiła, że wodzę ją na pokuszenie.
Od ostatniego miesiąca co parę dni budzę się w nocy, zamawiam pizzę przez Internet i czekam na dowóz przy bramie naszego podwórka. Następnie samotnie pałaszuję żarełko przed domem i pozbywam się dowodów.
Jestem złym człowiekiem...
Dodaj anonimowe wyznanie