Jakiś czas temu z nudów napisałam na fb pytanie czy ktoś chce ze mną popisać. Pewien kolega z klasy oznaczył innego kolegę z klasy wyżej.
Napisał do mnie. Codziennie przez jakiś czas pisaliśmy, potem gadaliśmy przez telefon kiedy wyjechałam. Ja się mu zwierzałam, opowiadałam mu rzeczy prywatne, on tak samo. Po pewnym czasie spostrzegłam, że coś jest nie tak. Inni ludzie się na mnie dziwnie patrzą, przyglądają się mi, odgadują.
Okazało się robi skriny naszych rozmów i wysyła różnym ludziom, naśmiewa się ze mnie za plecami, ciśnie bekę. Najgorsze jest to, że jeszcze rok będę go w szkole widzieć. Co byście zrobili? A jak znowu zacznie do mnie pisać?
Gdy miałem może 9/10 lat byłem maniakiem mleka. Potrafiłem pić ten napój bogów litrami. Miałem wtedy bardzo fajne relacje z mamą, wspólnie sobie żartowaliśmy i dogryzaliśmy, co w sumie zostało nam do dziś.
Jechaliśmy samochodem na zakupy, gdy usłyszeliśmy w radiu wiadomości. Jeden z komunikatów brzmiał mniej więcej: "Dzieci pijące dużo mleka mają wyższą inteligencję i lepsze wyniki w szkole według najnowszych badań...". Wtedy moja kochana rodzicielka spojrzała na mnie ze śmiechem i powiedziała: "Nie zauważyłam jakoś tego". A ja mały glut na siedzeniu obok spojrzałem na nią i ze stoickim spokojem odpowiedziałem: "To widocznie za mało mleka piłaś w dzieciństwie". Tak oto powstała kolejna historia do rodzinnej kolekcji.
Historia z życia wzięta chociaż już ma swoje lata. Opowiedziana za przyzwoleniem kolegi.
Mój znajomy piastujący obecnie poważne stanowisko w dużej, poważnej firmie za młodu był łagodnie mówiąc... niezbyt grzecznym chłopcem. Teraz się ustatkował ale kiedyś razem z kumplami różne rzeczy im się zdarzało wyczyniać, zwłaszcza pod wpływem bogatego wachlarza używek do których często miewali dostęp.
Wczesne lata 90-te. Chłopaki zrobili sobie solidną domówkę, zarzucili jakiś porządny towar, grzyby jakieś czy inne tego rodzaju mocno uderzające w dekiel halucynogeny, zaczęli na fazie dyskutować o "życiu na krawędzi" i w końcu o drugiej nad ranem doszli do wniosku że fajnie by było w kółko pojeździć sobie po pobliskim rondzie... na wstecznym biegu.
Bawili się na tym rondzie naprawdę świetnie, bo noc, drogi puste... ale do czasu. Po którymś z kolei okrążeniu za ich autem wyrosły światła innej osobówki, ich kierowca pod wpływem chemii miał opóźniony czas reakcji no i nastąpiło głośne TRACH. Szczęśliwie na rondzie raczej nikt nie jeździ zbyt szybko i skończyło się na stłuczce .
Wiadomo co było potem. Mimo próśb kierowca drugiego auta zadzwonił po policję, gliniarze przyjechali dość szybko, zaczęli protokołować... i tu zaczęła się niezła szopka.
Patrząc na oba auta z boku było widać że jedno z nich miało wgnieciony tył, drugie zaś uszkodzony przód, czyli każdy by zakładał, że wina jest raczej tego kto drugiemu wjechał w tyłek - i tak właśnie założyli sobie policjanci, zwłaszcza po wysłuchaniu obu stron bo koledzy w ciemię bici nie byli i prawdy o swym pomyśle nie wyjawili. W ruch oczywiście poszedł alkomat ale nic u nich nie wykazał a w tamtych czasach policja nie była jeszcze przeszkolona na okoliczność badania obecności innych używek.
Siedzą więc w tym aucie, już trochę zestresowani, w końcu podchodzi do nich policjant z tymi słowy:
"Chłopaki, możecie jechać. Przyjdzie do was wezwanie na świadków bo tamten gość nie dość że ma półtora promila to jeszcze jakiś wariat bo zapiera się, że to wy jechaliście tyłem!".
Było upalne lato, a że mieszkamy w blokach i okna wychodzą na południe - w mieszkaniu było mega gorąco. Tata wyjechał na kilka dni w delegację i zostałyśmy same w domu z mamą. Ponieważ jest kobietą i jak to się mówi "ma praktycznie to samo co ja", to się jej nie wstydzę, więc dla ochłody spałam nago.
Mama ma taki zwyczaj, że jak wychodzi rano do pracy, to czasem nie chce jej się wyciągać kluczy i jeżeli widzi, że się obudziłam, to prosi mnie, żebym zamknęła za nią drzwi. Tego ranka zdarzyła się właśnie taka sytuacja.
Pech chciał, że z góry schodził akurat młody sąsiad. Ja zadowolona zamykałam za mamą drzwi i zapomniałam, że kompletnie nie mam nic na sobie. Sąsiad powiedział mamie dzień dobry i... nagle zauważył mnie nagą w drzwiach. Mama ryknęła śmiechem, a ja szybko się cofnęłam (nie przejmując się jednak zanadto, bo do pruderyjnych nie należę) i zamknęłam drzwi. Później mama opowiadała, że sąsiad schodził na dół z wielkim bananem na twarzy.
Sytuacja działa się kiedy miałam około 10-12 lat. Byłam z rodziną na jakże cudownych i pamiętnych wakacjach na Kaszubach. Zwykle kiedy nie padało szliśmy nad jezioro, molo i te sprawy. Tutaj zaznaczę, że w mojej rodzinie mało kto potrafi pływać.
Nasze towarzystwo nieco się rozdzieliło, tata i wujek pojechali rowerami na wycieczkę, a ja z siostrą, kuzynką i mamą poszłyśmy nad wodę. Nie miałyśmy zamiaru się kąpać. Ja z kuzynką chodziłyśmy trochę w jeziorze, tak żeby woda zakrywała nas nie więcej niż w 1/2 wysokości ciała. Mama z siostrą siedziały na molo.
Jezioro jak wiadomo jest zdradliwe i tak właśnie wtedy było. W pewnym momencie kiedy miałyśmy już zawracać na brzeg, kuzynka wpadła w otchłań - do pewnego miejsca było czuć grunt po nogami, a zaraz obok jak się okazało była głębia! Z racji, że trzymałyśmy się za ręce, pociągnąła za sobą i mnie... Moja siostra w momencie kiedy zobaczyła co się dzieje chciała nas wyciągnąć, ale kuzynka miała więcej siły i spowodowała, że siostra też znalazła się pod wodą. Niestety taki sam los spotkał mamę. Żadna z nas nie umiała pływać.
Tak więc topimy się równo, wszystkie w jednym momencie, a w okolicy żywej duszy. Mama od czasu do czasu wołała o pomoc jednak i ją wciągała coraz bardziej woda. Dobry kawałek od nas znajdowało się drugie molo, w pewnym momencie dostrzegłam na nim mojego wujka, który miał zamiar złowić parę ryb na kolację. Do dziś nie wiem jakim cudem wujek był w stanie tak szybko przebiec z jednego mola na drugie, ale jakoś tego dokonał. Wskoczył do wody i wyciągnął nas wszystkie! Od tego dnia mam w rodzinie BOHATERA, który równie mocno przeżył ten incydent jak my.
Niewiele brakowało, a pisaliby o nas w gazetach i mówili w telewizji. Dlatego teraz do wody zbliżam się z ograniczonym zaufaniem, a wujek jak najbardziej zasługuje na medal :)
Dziś w parku ktoś zgubił kluczyki do auta z pilotem nim zdarzyłam do tego dojść i odłożyć np. na ławkę to już zobaczył to bombelek z maDka i bombelek cap za zdobycz a maDka zamiast kazać odłożyć to gada
- o znalazłeś weź sobie do zabawy.
Nagle biegnie właściciel kluczyków i każe oddać i była kłótnia, gdy właściciel zabrał swoją zgubę.
Bo jak można zabrać maluszkowi zabawkę i złamać serduszko to tylko breloczek od głupiego merca.
Przez dłuższy czas mój tata miał zwyczaj chować pieniądze w takim sztywnym, matowym woreczku jeszcze z czasów ZSRR. Miał głównie papierkowe, więc mu to nie przeszkadzało, ale jednak tak trochę wstyd, do sklepu z woreczkiem, czy gdziekolwiek... Razem z mamą na któreś urodziny kupiłyśmy mu w końcu skórzany, porządny portfel.
Teraz tata nosi portfel w woreczku.
Razem z mężem byliśmy w odwiedzinach u teściowej. Teściowa zawsze lubiła sobie ze mnie żartować dlatego tę sytuację wypomina mi do dziś.
Było to parę dni przed świętami bożonarodzeniowymi, mój mąż jako wielki miłośnik motoryzacji oglądał "Top Gear", ja siedziałam i rozmawiałam z teściem. Mamy 3-letnią córkę, która jest bardzo ciekawa świata. W pewnym momencie w programie pokazywany był koń. Dodam, że nasza córka myli czasami pojęcia "na górze" z "na dole".
- Mamusiu, co to takiego tam na dole u tego konia? - spytała.
- Chyba na górze - poprawiłam ją - To jest siodło.
- A do czego służy to siodło?- dopytywała się dalej.
- Służy do ujeżdżania konia.
Mała po chwili zastanowienia spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała:
- A gdzie tato ma swoje siodło?
Spojrzałam zdziwiona na córkę i nie pojęłam, o co jej chodzi.
- No bo słyszałam, jak tato powiedział do ciebie w nocy "Aneta, ujeżdżaj mnie".
Spaliłam się na buraka, a mąż wybuchnął śmiechem. Chciałam się wtedy zapaść pod ziemię, teść nie wiedział co powiedzieć, za to teściowa miała z tego niezły ubaw... A więc jak myślicie, co jest teraz głównym tematem przy obiadach? Siodło mojego męża...
Jestem miłośniczką przekąsek. W domu zawsze mam mnóstwo warzyw, past kanapkowych, krakersów, wafelków czy chipsów oraz pokaźny zapas słodyczy. Czasami gdy się kończą, a nie chce mi się iść do sklepu, wyjadam z kuwety kupy mojego kota.
Przeraża mnie starość.
Dziś zobaczyłam pierwsze zmarszczki na szyi, a mam tylko 30 lat... Jestem sama i boję się, że jeśli to dłużej potrwa, pozostaną coraz starsi kandydaci. A ci w "wieku dojrzałym" mnie odrzucają. Tak, wiem, kiedyś też będę w tym wieku. Ale to co innego jak wspólnie starzejecie się z partnerem, którego kochacie, a co innego zainteresować się kimś w wieku 40+. Mój "typ" to delikatna, wręcz chłopięca uroda, a nie klasyczny "dojrzały mężczyzna".
Pracuję i pomimo tego nie stać mnie nawet na kawalerkę w moim mieście. Lepsza praca? Próbowałam i dziesiątki wysyłanych cv pozostały bez odzewu. Pomimo studiów i kursów.
Moi dziadkowie mają emerytury na poziomie 1200-1500, a babcia pracowała od 15 roku życia. Nasze pokolenie pewnie nie będzie mieć nawet tego.
Ostatnio gdzieś na słupie zobaczyłam ogłoszenie "Emeryt szuka taniego pokoju, do 500 zł". Strasznie to smutne i boję się, że tak skończę.
Dodaj anonimowe wyznanie