#0nWMW

Po krótkiej, zakrapianej imprezie, postanowiłam z koleżanką wybrać się do naszych niedawno poznanych kolegów - poznaliśmy się kilka dni wcześniej. Na szybko poprawiłyśmy makijaż, włosy.

Zauważyłyśmy, że siedzą na jednej z ławek na osiedlu. Spotkanie z nimi miało wyglądać na niespodziewane. Plan był taki: "Przechodzimy obok nich, jak nas zauważą i zawołają to podejdziemy, jeśli nie - nie będziemy się narzucać i przejdziemy dalej.". Eh te damskie zagrywki ;)

Płyniemy sobie mniej więcej w ich kierunku, dookoła ciemno jak krowiej - świeci jedna latarnia na milion. Poleciałyśmy w jakiś temat - że niby idziemy zagadane - no i tak jak chciałyśmy zauważyli nas! Wołają, żebyśmy podeszły...

No i kuźwa tak mi się do nich chyba spieszyło, że postanowiłam skrócić sobie drogę przez trawnik. Pomyślicie - wbiła się w kupę, poślizgnęła się, albo coś w ten deseń.
LEPIEJ! Idę ostro w ich kierunku - nagle - jeb dup... Znalazłam się pod ziemią!

Wszyscy w śmiech, z moją koleżanką na czele - tak to już jest, że koleżanki zawsze śmieją się najgłośniej, zamiast pomóc. Okazało się, że wpadłam do niezabezpieczonej studzienki kanalizacyjnej - spodnie całe potargane, uwaliłam się jak 150.

Moim bohaterem okazał się pan M, wcześniej się nie znaliśmy. Ochoczo zabrał się za wyciąganie mnie z potrzasku. Tak zaczęła się moja najlepsza znajomość i najdłuższy związek w życiu - jesteśmy razem 6 lat, a do dzisiaj znajomi śmieją się, że wtedy zapadłam się pod ziemię z wrażenia.

#dlUaw

Byłam w domu dziecka od małego. Niestety nigdy nie zostałam adoptowana. Opowiem wam, przez jakie piekło musiałam przejść ja i inne dzieciaki.

Bicie było na porządku dziennym, nawet za błahe sprawy, ale to nie jest najgorsze. Gdy dziewczyna z tego bidula kończyła 13 lat, była zmuszana przez dyrektorkę do seksu nawet z o wiele starszymi mężczyznami. Spytacie dlaczego żadna nie poszła z tym na policję? Dyrektorka od małego wpajała nam, że to normalne i w innych domach dziecka dziewczyny też tak zarabiają, żeby utrzymać placówkę. Wtedy nie mówiło się o sutenerstwie, a dostępu do internetu nikt u nas nie miał, więc po prostu jej wierzyłyśmy. Większość kasy trafiała do niej, a nam z tego przypadało marne kieszonkowe. Byłyśmy faszerowane pigułkami antykoncepcyjnymi, bo za stosunek bez prezerwatywy płacili więcej, a jak jakaś dziewczyna zaszła w ciążę, to podawano jej pigułkę poronną i czekano aż się wykrwawi, a na drugi dzień nikt o tym nie wspominał. Ja na szczęście nie zaszłam.
Codziennością było też zmuszanie chłopaków do seksu z nami, oczywiście wszystkiemu przyglądała się dyrektorka i jej syn, ale o tym zaraz. Tłumaczono to tym, że musimy ćwiczyć, żeby klienci byli z nas zadowoleni. Robił to z nami też wcześniej wspomniany syn dyrektorki, który był u nas wychowawcą, ale on chciał to robić, czuł z tego satysfakcję. Bardzo często wchodził nam pod prysznic i dotykał w miejscach intymnych, a potem robił swoje i wychodził.

Nikt nigdy nie poniósł odpowiedzialności za to co się tam wydarzyło, ale gdy miałam 17 lat dyrektorka zmarła w wypadku samochodowym. Po krótkim czasie wybrano nowego dyrektora, jej syn wtedy dał nam spokój. Raczej zrobił to tylko i wyłącznie ze strachu, bo od teraz nie był chroniony. Błagał nas, żebyśmy nikomu nie mówiły co się tu działo, a on zmieni pracę i faktycznie tak zrobił. Spytacie czemu nawet wtedy nikomu o tym nie powiedziałyśmy? Doszłyśmy do wniosku, że nie chcemy mieć z nim nic wspólnego za to co nam robił, ale wszystkiemu winna była wcześniej wspomniana dyrektorka, która z wiadomych przyczyn nie mogła ponieść odpowiedzialności.

Teraz jestem dorosłą kobietą, nie mam męża, dzieci. Tajemnicą jest to, że na pewien czas powróciłam do zarabiania w ten sposób, żeby zarobić na własny biznes. Obecnie mam własny salon fryzjerski i jakoś moje życie się unormowało. Niestety od wielu lat uczęszczam na terapię.

Piszę to do rodziców niechcianych dzieci. Jeżeli zastanawiacie się, czy oddać dziecko do takiej placówki, to tego nie róbcie. Nie wiecie, czy nie będzie miało tak jak ja albo gorzej. Szukajcie rodzin zastępczych, oddajcie rodzinie. Cokolwiek, ale nie oddawajcie do domów dziecka.

#1ikPB

Po szkole średniej wyjechałam do Warszawy na studia. Żeby dorobić, często brałam udział w teleturniejach jako osoba, która siedzi na widowni i klaszcze. Grałam też statystów w serialach i dwóch filmach. Nie były to oczywiście wielkie role - zwykle przechodzenie gdzieś w tle po ulicy, po parku czy udawanie klienta w restauracji.
Po pewnym czasie dostałam główną rolę w jednym z paradokumentów. Oczywiście pochwaliłam się rodzicom i znajomym, ale z racji tego, że od momentu nagrań do emisji w TV minęło kilka miesięcy temat ucichł.

Pewnego dnia zadzwoniła do mojej mamy ciotka Halina, z którą rzadko się widujemy. "Grażyna, jedź szybko do Warszawy, Kasia miała wypadek, w TV pokazują" - wykrzyczała zdenerwowana ciotka. Moja mama zdezorientowana próbowała się dowiedzieć o co chodzi. Ciotka tłumaczyła jej, że pokazali jak zabiera mnie karetka, lekarz się wypowiadał i policja była. Na szczęście mama się zorientowała, że chodzi o ten serial i próbowała tłumaczyć, że to nieprawda, że to tylko nagrane, ale ciotka szła w zaparte. Mało tego, nawyzywała i naprzeklinała rodziców - "co z was za rodzice, córka w szpitalu, a wy nie chcecie pojechać..." i w złości się rozłączyła.
Po około 15 minutach zaczęły wydzwaniać do mamy inne ciotki, również w panice, bo ciotka Halina wydzwaniała do nich, że taka tragedia, a wyrodni rodzice nie chcą jechać do mnie do szpitala i pytały co się u nas dzieje.
Mama nie mając wyboru, w obawie, że zaraz ciotka Halina sama pojedzie do tej Warszawy, szybko zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym ja zadzwoniła do ciotki Haliny, bo ona nie ma na nią argumentów.

Oczywiście zadzwoniłam. Odebrała przejęta i nie dała mi dojść do słowa: "Kasieńko, jak dobrze, że dzwonisz, ja wszystko widziałam, cały wypadek, lekarz mówił, że ciężko z tobą, ja dzwoniłam do rodziców, ale twoja mama mnie wyśmiała, co za ludzie, tu taka tragedia, a wyrzekli się dziecka...". Na szczęście udało mi się przerwać jej monolog i próbowałam tłumaczyć, że to film, że nic mi nie jest, że w ogóle ten paradokument pokazuje zmyślone historie. Ciotka Halina nie dawała za wygraną "bo ty masz uraz głowy, możesz nie pamiętać, ja przecież widziałam"... Ech...

Było ciężko, gadałyśmy prawie godzinę zanim jakoś ją przekonałam, że to fikcja.

#pa888

Sytuacja miała miejsce 3,5 roku temu. Miałam ledwo ponad 20 lat i rozczarowanie miłosne za sobą. W szukaniu potencjalnego kandydata na męża pomógł mi Internet. Poznałam rok starszego chłopaka pracującego w moim mieście, ale mieszkającego jakieś 100 km od niego. Umówiliśmy się na najbliższą sobotę. Sprawy potoczyły się jednak tak, że w czwartek skończyłam wcześniej pracę, zaledwie godzinę później od niego, więc na spontanie postanowiliśmy się umówić tego samego dnia wieczorem.

Przyjechał po mnie do pracy, potem gadaliśmy do późnych godzin wieczornych, następnie odwiózł mnie do domu. W piątek miał mieć nocną zmianę, a ja miałam wolne na uczelni i w pracy, więc uparł się, żebyśmy spotkali się rano. Przyjechał do mnie. Od słowa do słowa wylądowaliśmy w łóżku, gdzie spędziliśmy najbliższe kilka godzin. Chłopak o 16 był padnięty, ale cóż, musiał lecieć do pracy. Jeszcze wieczorem będąc w pracy napisał do mnie, umawialiśmy się na sobotę do kina, jak odeśpi nockę.

Nie odezwał się ani w sobotę, ani w niedzielę, ani w poniedziałek, miał wyłączony telefon. Dopiero we wtorek w słuchawce odezwał się męski głos informujący mnie, że jego brat zginął w wypadku w sobotę rano. Nie uwierzyłam, dopóki nie znalazłam artykułu w Internecie i nie zobaczyłam jego zmasakrowanego samochodu. W artykule napisano, że młody kierowca z nieznanych przyczyn zjechał na sąsiedni pas i zderzył się czołowo z innym autem, zginął na miejscu mimo reanimacji. Prawdopodobnie zasnął za kierownicą.

Minęło już kilka lat, a ja nadal nie mogę sobie wybaczyć, że to przeze mnie nie wyspał się do pracy i przeze mnie był zmęczony. Każdy mówi mi, że nie mogę się za to obwiniać, ale mimo to jest mi cholernie przykro, że chłopak zginął w wieku młodszym niż ja jestem teraz.

#kRrDu

Znajoma wróciła ostatnio z wyjazdu do Afryki. Po skończonych studiach postanowiła "poznać świat" i "pomóc ludzkości" przez rok. A że ją stać na niepracowanie dzięki rodzicom, to wyjechała na wolontariat. Do Afryki - pomagać biednym ludziom.
I pobyt tam troszkę ostudził jej zapał w ratowaniu świata.

Tak się złożyło, że w wyprawie pomogła jej ciotka, która od dłuższego czasu działa w organizowaniu pomocy humanitarnej dla głodujących. Kobieta, która zna tamte strony od lat i wzięła ją pod swoje skrzydła.

Koleżanka wróciła obdarta ze złudzeń. Z czym się spotkała (a raczej co zobaczyła "pod podszewką" dzięki cioci)?
- Tam są całe domy dziecka, gdzie siedzą "sieroty" oddane tam przez rodziny, aby trzepały kasę od bogatych Europejczyków/Amerykanów, czasem specjalnie okaleczane, by wzbudzały większą litość
- Ludzie tam nie mają absolutnie żadnych zahamowań przed kradzieżą wszystkiego, co nie jest przykręcone do podłogi. Kilka razy pacjenci w szpitalu umierali, bo ktoś zakosił potrzebne im leki, by sprzedać je za grosze na rynku. Wiedząc, że umrą.
- Gwałty tam są na porządku dziennym, o dziwo białe kobiety są w miarę bezpieczne - tylko dlatego, że ludzie kontrolujący całą imprezę wiedzą, że jak zaczną je gwałcić, to "bankomaty" przestaną tam przyjeżdżać.
- Pomoc humanitarna w dużej mierze trafia nie tam, gdzie trzeba - albo do "fałszywych potrzebujących", albo jest rozkradana po drodze.
- Ci ludzie opanowali do mistrzostwa bycie ofiarą. Zwykli wolontariusze nie mają szans odróżnienia "udawaczy" od faktycznie potrzebujących. A tych drugich jako słabszych trzyma się od nich zwykle z daleka.

Koleżanka mówiła, że była zdruzgotana tym, że oni sobie zrobili praktycznie biznes z dojenia ludzi, którzy przyjeżdżają tam na wolontariat myśląc, że pomagają potrzebującym. A w rzeczywistości trafiają do doskonale wyreżyserowanego przedstawienia granego dla nich.

#qp4Zc

Podczas ostatniego Święta Zmarłych nie zdążyłam o normalnej godzinie przyjść z kwiatami na grób mojego dziadka, więc na cmentarz przyczłapałam już trochę po północy. Na domiar złego za cholerę nie udało mi się zlokalizować dziadkowej mogiły, więc przez dobrych kilkanaście minut krążyłam pomiędzy alejkami, grobami i krzakami. W pewnej chwili wpadłam na sympatyczną staruszkę, która podobnie jak ja, zagubiona chodziła w te i nazad.
„O! Co pani tu robi?” - krzyknęła wystraszona. „Najwyraźniej to samo, co pani” - odparłam z uśmiechem. Starowinka wyszczerzyła się i mrugnąwszy do mnie okiem poszła dalej.
Ja w końcu zlokalizowałam mogiłę dziadka, zapaliłam znicz i przycupnęłam sobie na ławeczce. Po chwili znów zobaczyłam tę starowinkę. Szła, bujając się na boki, z torbami pełnymi łupów. Jak się okazało, babina okradała groby z kwiatów i zniczy...

#5CGPj

Na pierwszym roku studiów zrobiłem prawo jazdy i za długo oszczędzane pieniądze kupiłem własny samochód. To był rzecz jasna stary rzęch, ale tak czy inaczej wielka radość.

Jakoś w pierwszym tygodniu jeżdżenia własnym samochodem raz po zajęciach z przyzwyczajenia wróciłem do domu autobusem. Gdy przypomniałem sobie, że samochód został koło uczelni, wziąłem samochód ojca i pojechałem po niego.

Dopiero w połowie drogi zorientowałem się, że mój plan ma istotną lukę, bo pojechałem sam.

#dA1Ww

Uwielbiam, kiedy inni ludzie robią coś gorzej niż ja. Ktoś się wygłupia, zachowuje żenująco, inni się z niego naśmiewają? Od razu mam przy nim zastrzyk endorfin. Komuś coś nie wyjdzie, zawali egzamin, nie wytrwa w diecie, nie poradzi sobie z czymś? Robi mi dzień.

Dziwne w tym jest to, że nie cierpię obsmarowywać takich osób za plecami ani z nich szydzić, a w towarzystwie mam opinię osoby, która o każdym mówi dobrze i w każdym dopatruje się pozytywnych stron. W rzeczywistości jest na odwrót: w każdym szukam wad, głupoty, wszelkich dowodów niższości. Jest to spowodowane moją niesamowicie wręcz niską samooceną, którą wiele bliskich mi osób jeszcze podkopywało tekstami typu: "a za co ja mam cię szanować", "przekonaj mnie, że na to zasługujesz", "wyjdzie ci jak zwykle, czyli wcale" - które to teksty oczywiście miały za zadanie mnie "mobilizować".

Nie cieszy mnie ludzka krzywda, typu choroby, wypadki i problemy w związku, tylko takie zwykłe, nieszkodliwe dowody ludzkiej ułomności. Dużo bardziej wolę towarzystwo "gamoni" niż "fajnych ludzi", bo podbudowują mnie i dają energię, którą ci "fajni" zawsze mi zabierali.

#Pk4jS

Postanowiłam podzielić się wyznaniem, które może da coś do myślenia osobom, które krzyczą, że niekiedy to kobieta jest winna gwałtu. Zastanówcie się czasem, co piszecie.

Miałam wtedy 18 lat. Z koleżanką dosyć mocno imprezowałyśmy w tym czasie. W klubie poznałyśmy starszego faceta. Miło się gadało, ale postanowiłyśmy wracać już do domu. On nam zaproponował u siebie herbatę. Poszliśmy do niego piechotą, bo mieszkał niedaleko. Wiem, że to było nieodpowiedzialne, ale po alkoholu nie myślałyśmy za dużo.

Na miejscu okazało się, że facet jest jakiś dziwny. Zaczął mówić jakieś zboczone rzeczy, dążył do tego, aby coś między nami doszło. Uznałyśmy, że idziemy stąd. Wtedy facet zaczął mnie mocno trzymać i nie chciał puścić, przygniatał mnie do materaca leżącego w kuchni. Moja wspaniała koleżanka uciekła, zostawiając mnie samą.

Wyrywałam się i w pewnym momencie zaczęłam do niego mówić, że policja łatwo dojdzie do niego, że w klubie są kamery, a moja koleżanka zna adres. Wtedy facet mnie puścił. Ja szybko zgarnęłam rzeczy, wybiegłam z tego domu bez butów. Facet tylko bez słowa się na mnie patrzył jak uciekam. Chyba go musiałam wystraszyć i się ogarnął.

Na dole zadzwoniłam po mojego ojca, że impreza skończona i czy by mógł mnie odebrać. Przyjechał. Nie powiedziałam nic nikomu. Z koleżanką zerwałam znajomość, bo nie mogłam jej wybaczyć, że mnie tam zostawiła z tym psycholem. Do dzisiaj nikt nie wie.

Wiele osób pewnie by krzyczało, że sama jestem sobie winna, bo poszłam z obcym facetem do jego mieszkania, że poszłam na imprezę, że piłam i może miałam zbyt krótką sukienkę. Jednak z perspektywy czasu uznaję, że przecież ten facet nie miał prawa. On nie jest jakimś zwierzęciem, żeby nie mógł powstrzymać swoich instynktów na widok samicy. Nie róbmy z facetów zwierząt, które kierują się tylko wiadomą częścią ciała i nie mają mózgu.

Większość życia miałam poczucie, że ta sytuacja, która mnie spotkała, to moja wina. Gdyby nie te żałosne głosy o tym, że to kobiety są winne gwałtom, może bym zgłosiła tę sprawę, a tak to koleś mógł zrobić coś innej dziewczynie. Nie zgłosiłam, bo bałam się, że to ja zostanę okrzyknięta winną.
Dodaj anonimowe wyznanie