#7WUR0

Mam świetną żonę.

Ładna, inteligentna, zabawna, mimo dwóch ciąż figury zazdrości jej nie jedna nastolatka, trochę sobie ćwiczy, ma dobrą pracę, którą lubi, a po pracy ma siłę na ogarnięcie dzieci, domu. Z kolei w weekendy pomaga swojej mamie oraz mojej mamie. Mimo to zawsze znajdzie czas na przeczytanie książki czy długą kąpiel w wannie z winem i ukochanym mężem. 

Czemu to pisze? Bo faceci są głupi.

Istnieje głupie przekonanie, że kobieta po ślubie się zmienia, kiedy zostaje matką momentalnie zapomina o facecie i przestaje o siebie dbać.

Wcale tak nie jest, szybko się pobraliśmy, jesteśmy małżeństwem 10 lat, mimo to kochamy się kilka razy w tygodniu, ja mogę bez problemu wyjść ze znajomymi na piwo, ona tak samo, dzieci nie zabrały nam życia. Małżeństwo nie zniszczyło relacji. U moich kumpli jest to samo.

Nie mogę słuchać jak inni mówią że "baba się zmieni, koniec wolności, po chłopie, ciąża? - Zapomnij już o seksie".

Współczuję szczerze dziewczynom, które po 7/8 lat czekają na pierścionek, a facet nie może się zdecydować.

#B28b0

Często opisujecie wasze perypetie z toksykami, facetami mocno nieporadni albo takimi, którzy są emocjonalnymi głazami.

Obecnie mam 20 lat i jestem od 5 miesięcy w związku z facetem, którego osobowość troszkę mnie dołuje, ale nie w takim sensie, że jest beznadziejny czy coś. Problem w tym, że przy nim czuję się jak nikt, patrząc obiektywnie po facetach, których znam nawet oni wypadają blado i to nie jest głos ślepego zakochania. No ale do rzeczy.

Poznałam A. rok temu przez wspólnych znajomych. Na początku nie przykuł niczym mojej uwagi, wiedziałam o nim tyle, że w wieku 25 lat zamieszkał w naszym mieście po powrocie z zagranicy i chce zostać tu na stałe. Nasi wspólni znajomi to po części trochę artyści amatorzy, a po części ludzie pracujący w zwykłej robocie lub studenci.

Z czasem dowiadywałam się od osób trzecich wiele o A. Między innymi, że żyje głownie z grania na perkusji w zespołach zarobkowych, dawania lekcji itd. No myślę fajnie, facet ma pasję i sobie z tego żyje.

Czasem spotykaliśmy się tylko we dwoje na różne spacerki, kręgle, a ja zaczęłam go coraz lepiej poznawać. Mimo, że ma to słynne 170 cm wzrostu to jest fantastycznie zbudowanym mężczyzną. Kocha sztukę, sport i motoryzacje. Opowiadał mi o jego przeszłości, pracy za granicą itd...

Nie odsłonił wszystkich swoich kart gdy byliśmy już razem, poznawałam i poznaję go do tej pory. Z czasem okazało się, że mój facet, o którym myślałam, że jest trochę jak taki Patrick Swayze, który żyje z tego co kocha i ma resztę w nosie to tak naprawdę cholernie inteligentny i uzdolniony facet. A mówiąc ściślej:
- ma praktycznie prawko na wszystko prócz autobusu (ja nie mam nawet kat.B...);

- 3 języki obce zna komunikatywnie A na jeden z nich ma ileś tam papierków(ja średnio dukam po angielsku);

- gra chyba na 6 instrumentach nie licząc perkusji i potrafił grać nawet na ulicy za pieniądze (tutaj imponował mi głównie odwagą i wrażliwością na sztukę);

- uprawia sport kilka razy w tygodniu, dobrze tańczy, w łóżku jest mi super (no i tutaj ten plus, że ja też trochę ćwiczę, ale nie jest to zbyt regularne);

- ma super samochód i motor, na którym kocham być przez niego wożona;

- ma kilka papierków na przenajrozmaitsze rzeczy, jakieś tam uprawnienia, masę hobby które rozwija (ja nic z tych rzeczy, no lubię szydełkować);

- w tym roku zaczyna studia (a ja nic..).

Przy tym wszystkim to jest to facet, który nie ma problemu żeby ze mną spędzić czas, poleżeć i się poprzytulać albo pograć na konsoli i zjeść pizzę. Ludzie na ogół go lubią i powinnam Bogu dziękować że dał mi kogoś takiego. A ja czuję się przy nim jak jakaś nieudolna wersja człowieka. Jak jakaś wersją demo. Nie zrozumcie mnie źle, rozmawiałam z nim o tym i on zawsze powtarza, że kocha mnie tak po prostu i nie muszę się tym przejmować. To ze mną jest problem czy faktycznie nie powinno się brać kogoś z półki lub dwie wyżej?

#yzh2V

Zauważyliście, że podział na matki i madki występuje też wśród właścicieli psów? Są normalni właściciele, którzy mają zdrowy i rozsądny stosunek do swojego psa, są też psie madki (i tadki), psioterroryści, którzy nie potrafią zrozumieć, że świat nie kręci się wokół ich psa i psów w ogóle. Nie potrafią zrozumieć, że nie każdy sobie życzy, by ich pies do nich podbiegał i ich obwąchiwał lub obszczekiwał. Prośbę o zabranie takiego psa traktują z pełnym politowania sapaniem i standardowym "on nie ugryzie".

Otóż nie zawsze "nie ugryzie". Gdy byłem dzieckiem, pogryzł mnie pies puszczony wolno. Bawiłem się z kolegami w chowanego, biegłem, a on nagle wybiegł z krzaków i rzucił się na mnie. Na szczęście koledzy byli w pobliżu i pomogli go odgonić, rany nie były bardzo poważne, ale długo się goiły, musiałem też przejść bolesne szczepienia. Od tej pory boję się psów. Gdy słyszę psa biegnącego za mną, przeżywam atak serca. Pies podbiegający bez smyczy i kagańca wprawia mnie w przerażenie. Od właścicieli rzadko kiedy spotyka mnie zrozumienie, najczęściej prześmiewczy grymas i głupie uwagi. Dlaczego to niby nienormalne, że pies podbiegający bez kontroli właściciela i szczekający na mnie budzi mój lęk? Dlaczego psie madki nie mogą tego zrozumieć i uszanować? Czy gdybym ja na ulicy podbiegł do nich i zaczął skakać dookoła i krzyczeć, to by się nie bali? Ja tak samo nie znam ich psów i nie wiem czego się spodziewać.

Dlaczego wiecznie od psiarzy słyszę, że powinienem sobie kupić psa? Czy każdy powinien musieć mieć psa, bo oni tak uważają? Psie madki nie mogą zrozumieć, że na świecie jest ktoś, kto nie chce psa, tak samo jak madki uważają, że każdy musi chcieć bąbelka.

W mojej okolicy są świetne tereny rekreacyjne, a ja uwielbiam biegać. Ale boję się iść biegać, bo niemal za każdym razem napotykam puszczone luźno psy. Niektóre się mną nie interesują, ale niektóre szczekają lub biegną za mną. Tak rzadko się zdarza, by właściciel odwołał po prostu psa, bez głupich uwag. To przecież takie zabawne, że dorosły facet boi się małego psa.

Anonimowe: Nie leży w mojej naturze złośliwość, ale zacząłem marzyć o tym, by prawo zostało zaostrzone i zabraniało zupełnie puszczania psa bez smyczy. Albo że biegam z gazem i pryskam tym psim madkom w twarz. Albo o jeszcze gorszych rzeczach.

#crloI

Mojego P. poznałam kilka lat temu. Zakochałam się na amen, szybko razem zamieszkaliśmy. W tygodniu praca i obowiązki, w weekend relaks... I alkohol. A potem też w tygodniu. Nie tyle co w dni wolne, tak żeby normalnie stawić się w pracy. Piliśmy razem, on więcej, byliśmy młodzi, co nam zaszkodzi. P. potrafił mnie namówić do wszystkiego, na dziecko też. Po trzech latach zaciążyłam.

Przestałam pić, on nie. Strasznie mu zazdrościłam, że może wypić piwo. Czułam się przerażona i nie chciałam już tego dziecka. Po kilku miesiącach oswoiłam się z ciążą i tym, że wszystko się zmieni, a on dalej pił. Obiecywał, że po porodzie przestanie, a ja mu wierzyłam. Wybaczyłam schlanie się na naszym ślubie, przy remoncie pokoju, kiedy w ósmym miesiącu ciąży gonił mnie późnym wieczorem do roboty przy malowaniu, kiedy zbliżał się termin porodu, a on pił jakby nigdy nic, bo były święta, a potem sylwester i jeszcze kilka innych tego typu rzeczy. Kryłam go przed rodziną, bo było mi wstyd.

Urodziłam zdrowego syna i wtedy wszystko się spieprzyło. Stopniowo. Chlał coraz bardziej, zaniedbywał nas, okłamywał mnie i nie szanował. Mały miał pół roku, kiedy nie wytrzymałam i z płaczem zadzwoniłam do mamy, żeby po mnie przyjechała.

Zrozumienie przyszło z czasem, a z wniosków nie jestem dumna. Najpierw byłam na najlepszej drodze do uzależnienia, a potem byłam współuzależniona od P. Mój syn mnie uratował. Dzięki niemu przestałam pić. A kiedy się urodził i pojawiła się w domu ta mała, całkowicie bezbronna i zależna od nas istotka instynkt macierzyński wyparł uzależnienie od męża alkoholika. Gdyby nie on, pewnie byłabym już tak samo żałosna jak mój mąż. Męża już nie mam(on rzecz jasna dalej pije), małego kocham całym sercem, a alkoholem się brzydzę.

A kiedy rodzina pyta mnie jak to możliwe, że tak raptownie nasz związek się rozsypał, mówię tylko że pewnie jakieś sygnały ostrzegawcze przeoczyłam. Wstyd mi za to, jaka słaba byłam i kim mogłam się stać.

#oxupt

Mam 22 lata, mama traktuje mnie czasem jak niańkę do chorego młodszego brata, pełnoletni jest, ale nie ogarnia świata, ciężko mu się zorientować w godzinach coś policzyć czy kontrolować odruchy, które powinny wynikać z dobrego wychowania.

Mieszkam z nim w jednym pokoju oddzielonym szafą i firanką, odkąd mam prawko zawoziłam go do szkoły nawet jeśli nie było mi po drodze, w liceum i na studiach, nigdy nie robiłam problemu z tego, kiedy mama nie miała czasu to chodziłam z nim do dentysty, rejestrowałam go do lekarza, mamie pomagałam ogarniać sprawy urzędowe, tacie tak samo, ogólnie kiedy trzeba było to pomagałam, odwoływał spotkania z chłopakiem czy znajomymi. 

A wczoraj kiedy mama stwierdziła, że będę go przez trzy następne miesiące dowozić na 8.00 do szkoły kiedy mam wolny miesiąc, a później mam zajęcia online to się zbuntowałam bo stwierdziłam że to nie fair, że nikt mnie o zdanie nie zapytał ani tego ze mną nie ustalił i oznajmiłam, że we wrześniu mam wolne mogę go wozić ale od października nie ma takiej opcji (dodam, że kiedyś poruszał się już autobusem do szkoły bo na tyle ogarnia życie, teraz jest problem bo covid i że coś dotknie w autobusie później oczy przetrze albo usta i zachoruje a nie wiadomo jak jego choroby z tym by współgrały) Więc wtedy zaczął się szantaż emocjonalny, że co ze niby ma się zwolnić z pracy żeby go wozić? "Ciekawe co ty byś zrobiła jakbyś miała chore dziecko" ...
Zostało mi pół roku do końca studiów i będę się chciała po nich wyprowadzić i to jak najszybciej, mam już dość że w wieku 21 lat musiałam być w domu 22.15 "bo ja nie mogę spać bo się o Ciebie martwię", takie były tłumaczenia mamy. Albo jesteś pod moim dachem ja Cię utrzymuje, więc będzie tak jak ja mówię. Dodam, że nigdy nie byłam problemowym dzieckiem, wszystkie świadectwa z paskiem matura dobrze zdana, ciężkie studia, na imprezach łącznie może 6 byłam, nie licząc wyjść czasem do pubu z grami planszowymi, żeby przy piwku pograć. Ale wszystko grzecznie po 18-stce. 

Więc w ogóle nie rozumiem czemu, kiedy odmawiam zaplanowania mi 3 następnych miesięcy przez nią, robi mi takie wyrzuty. Rozumiem, że ona poświęciła pracę i życie towarzyskie na rzecz chorego syna, ale czemu mnie tym obarcza? Czy to jest fair?
 
Ostatnio odkryłam, że jestem osobą wysoko wrażliwą, w sensie że jest więcej takich osób, bo ja od dziecka mam wybuchy emocji szczególnie płaczu i nikt nic na przestrzeni lat z tym nie zrobił, w końcu sama zapisałam się do psychologa. Mam nadzieję że to mi pomoże. 

Trochę poplątane te moje wypociny, ale mam nadzieję że zrozumiałe i że ktoś może coś poradzi.

#EQu4s

Na wstępie powiem że, mieszkam w domu dziecka od sześciu lat. 

Od samego początku jest jedna pani, która zawsze się nade mną znęcała, biła, wyzywała, na nic mi nie pozwalała. Raz kazała mi umyć jej auto, bo w przeciwnym wypadku będę miał konsekwencje. 

Gdy się zbuntowałem, ta pani zadzwoniła po karetkę i policję, że ja pobiłem. Gdy policja przyjechała ta się na mnie rzuciła i mnie rozłożyła na ziemi. Gdy weszli do środka, ta złożyła zeznanie co ja niby jej nie zrobiłem. 

Na obdukcji pokazała kilka siniaków, i przez nią miałem sprawę w sądzie. W sądzie zeznała tak jak policji, a że ja nie miałem świadków (w placówce nie ma kamer) dostałem kuratora i MOW. 

Wiem, że powiecie "to się nie nadaje na tą stronę" ale po 6 latach w MOWie, jestem w tak złej sytuacji, zdałem sobie sprawę, że nic mi nie zostało. Nie ma pieniędzy, nie mam mieszkania, pracy, znajomych. 

Placówka miała mi dać pieniądze, od razu po wyjściu z placówki. Wyszedłem już 3 tygodnie temu, a do tej pory nie dostałem ani grosza. Śpię od tych trzy tygodni na różnych przystankach, peronach, jeśli jest zimno, jeżdżę busami na gapę. Placówka przestała się odzywać i się boję, że nie dostanę tych pieniędzy. Nie wiem co zrobić w mojej sytuacji... Chyba został mi tylko sznur, ale nawet nie mam pieniędzy, żeby go kupić.

#Uja57

Wychowałam się w rodzinie wielodzietnej, wiadomo jak to w tamtych czasach - nie przelewało się. Do tego mój ojciec był alkoholikiem, moja mama starała się jakoś wiązać koniec z końcem z pieniędzy, które uchowały się przed "przechlaniem".

Ale do sedna... Miałam jakieś 10 lat, bawiłam się na podwórku z koleżanką z sąsiedztwa. Później zaproponowała, żebyśmy pobawiły się jej lalką, która stała wysoko na szafie i się kurzyła. Wzięłyśmy ją na podwórko, pobawiłyśmy się przez jakiś czas, później koleżanka wróciła do domu, a ja zostałam jeszcze na dworze. Tak sobie spacerowałam i oto moim oczom ukazał się rulon pieniędzy. Od razu pobiegłam do domu i dałam go mamie. 

Mama przeszczęśliwa, wyjęła z portfela swoje ostatnie drobne i wysłała mnie do sklepu po wafle Grześki dla mnie i rodzeństwa, takie święto, to można zaszaleć (dodam, że na co dzień nie mogliśmy sobie pozwalać na takie "rarytasy"). 

Jakąś godzinę później przyszła zapłakana sąsiadka (mama tej koleżanki), zginęły pieniądze! Okazało się, że brat tej koleżanki, już dorosły facet, schował sobie do tej lalki swoje uzbierane pieniądze, stwierdził, że i tak leży wysoko i siostra się nią nie bawi, to skrytka będzie w sam raz, nikt tam nie zajrzy. Oczywiście nie wiedzieli o moim znalezisku, kiedy przyszła sąsiadka, mama również jej o tym nie powiedziała, ale poszliśmy pomóc szukać tych pieniędzy na podwórku... 

Mamie było głupio się tak przyznać, że znalazłam te pieniądze i ona je zabrała, więc wymyśliła, że da mi je, ja będę je trzymać w kieszeni i udawać, że szukam, a w końcu niby znajdę je w krzakach i oddam. Tak też się stało. Sąsiadka, a raczej jej syn, odzyskał swoje pieniądze, a moja mama została bez ostatnich drobnych... Może ta historia to dla niektórych nic, ale mi na jej wspomnienie zawsze robi się strasznie przykro, tak mi wtedy było szkoda mamy.

#Veyj0

To były czasy, jak byłem małym karaluchem i chodziłem do liceum. Ogólnie wtedy to u mnie był wiek buntowniczy. Taki dzieciuch był ze mnie, a nosiłem glany, czarne jak smoła bojówki i przewieszony przez spodnie grubaśny łańcuch na pitbulla.
 
Raz na przerwie poszliśmy na boisko szkolne, bo mieliśmy wyremontowane przez miasto. Uciecha jak z nowej klatki w zoo. Aż żal siedzieć pod salą jak kujon i czekać na następną część lekcyjnych tortur. Koledzy zaczęli sobie grać małego meczyka, a ja że mógłbym kogoś uszkodzić moimi cudnymi glanami, to wdrapałem się i usiadłem sobie na bramce. 

Tak sobie siedziałem i patrzyłem na wszystko z góry aż zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec luksusu. Nie czekając ani chwili, wziąłem zamach nogami i zeskoczyłem. A raczej miałem taki zamiar, bo mój super łańcuch zaczepił się za haczyki na siatkę i majestatycznie zawisłem, jak w kreskówkach. Do momentu aż usłyszałem trzask dartego materiału spodni. Spadłem na przysłowiową dechę. Szybko wstałem, otrzepałem się, że niby spoko, że to było zamierzone. A tu nagle spodnie zsuwają mi się po nogach. Całe były porwane... Oczywiście, że zaraz po boisku rozniósł się histeryczny śmiech. 

Jeden kolega ulitował się nad moim nieszczęsnym losem (oczywiście jak opanował śmiech) i pożyczył mi swoje spodenki na wf. Spodnie były szerokie, więc na resztę dnia zostałem pierwszym metalem w glanach i gangsta spodniach z krokiem po kolana.
Dodaj anonimowe wyznanie