#b2kx8

Miałam męża. Gdy się poznaliśmy, był zadbanym facetem. Z biegiem lat przestał o siebie dbać i bardzo przytył. Nie wyglądał korzystnie. Ode mnie natomiast wymagał, żebym zawsze była umalowana, ładnie ubrana i żebym trzymała linię. On na moje prośby, żeby ze mną poszedł na siłownię, na basen czy pobiegać, bo nie dość, że dla zdrowia to dobre, to moglibyśmy jeszcze miło razem spędzić czas, zawsze się obruszał, bo dobrze wygląda, nie chce mu się, po co mu to i wiele innych wymówek.

No i przyszedł czas, że się rozwiedliśmy (nie, nie przez jego wygląd). I teraz widzę, że mój były mężuś znowu zaczął na siłownię chodzić i nawet fryzjera odwiedził. Dochodzą mnie słuchy, że robi to, żeby mi pokazać, co straciłam. No cóż, opakowanie może i staje się ładniejsze, ale charakter pozostaje bez zmian. 

I naszła mnie refleksja. Pełno w necie jest „inspirujących” historii, jak to facet rzucił laskę, bo była gruba, a po rozstaniu ona przechodzi metamorfozę i jest laska. Da się? Da się. Tylko dlaczego jak już jest się w związku, to ludzie przestają o siebie dbać? Jak już się ma drugą połówkę, to można być otyłą fleją?

#J6BXK

W moje 18 urodziny rodzice powiedzieli mi, że jestem adoptowany. Spojrzałem na nich, powiedziałem "wy tak serio?", po czym zacząłem się śmiać. Wyglądali na zmieszanych i było im wyraźnie głupio, więc zaciągnąłem ich do przedpokoju przed wielkie lustro, stanąłem między nimi i powiedziałem "spójrzcie tylko, przecież wy jesteście całkowicie biali, a ja jestem jakimś Azjatą, ja nawet nigdy nie myślałem, że jesteście moimi prawdziwymi rodzicami".
To miało ich uspokoić, ale chyba nie do końca przemyślałem ostatnie słowa. Ups...

#umqpz

Możecie się ze mnie śmiać, że wierzę w teorie spiskowe, ale ja i tak swoje wiem. Jestem święcie przekonany, że istnieje spisek uknuty przez producentów... skarpetek.

Poszedłem sobie na zakupy do jednej z większych galerii handlowych w moim mieście. Jakoś tak mnie przycisnęło obfite śniadanie, które zjadłem parę godzin wcześniej. Szybko zlokalizowałem toaletę, wszedłem do kabiny i z wielką radością pozbyłem się balastu.
Co najgorszego może spotkać kogoś, kto własnie skończył dwójeczkę? Tak jest - okazało się, że na uchwycie nie ma papieru. Zacząłem przetrząsać kieszenie. Cokolwiek - jakiś rachunek, albo chociaż bilet, czy skrawek zużytej chusteczki do nosa. Nic.
Uwierzcie mi - byłem tak zdesperowany, że pewnie podtarłbym się i banknotem dziesięciozłotowym, gdybym tylko takowy znalazł. A tak siedziałem na klopie w jakimś handlowym molochu i kwiliłem sobie cichutko... Nie było wyjścia. Zdjąłem buty i ściągnąłem moje skarpetki. Tak, to nimi własnie wyczyściłem swój odwłok.

Wściekły, jak jasna cholera, zajrzałem do innych kabin. Nigdzie nie było papieru!
Już po kilku krokach zrobiły mi się obtarcia na kostkach. Potrzebowałem nowych skarpetek. Wychodzę z toalety i co widzę? Centralnie naprzeciwko ubikacji stoi sobie taki mały straganik, co to je stawiają w centrach handlowych. Główny asortyment? Pieprzone skarpetki! Przypadek
Zaprawdę powiadam wam - babeczka sprzedająca rzuciła mi takie złowieszcze spojrzenie. Ona doskonale wiedziała po co przyszedłem.

- Numer 44, jak mniemam?
-Taaaa...

Nie illuminaci, nie masoni, nie Żydzi, nie cykliści, kosmici, koncerny farmaceutyczne... To producenci skarpet pociągają za sznurki! Możecie się ze mnie śmiać, że wierzę w teorie spiskowe, ale ja i tak swoje wiem...

#Om0iO

Z racji tego, że jestem niepełnosprawna od urodzenia i jestem na rencie, to poza rehabilitacją mam sporo wolnego czasu. Często siedzę na czatach internetowych, mam tam parę osobowości. Jedno konto to prawdziwa ja, na którym siedzę większość czasu, tam nikogo nie udaję, jestem sobą. Pewnie myślicie, że reszta moich postaci jest super sprawna i żyje na Majorce? Nic bardziej mylnego, każda z nich jest tak samo kulawa jak ja, część tak jak ja chodzi przy kulach, część jest na wózku, jeszcze inna część chodzi samodzielnie, ale specyficznie. Większość jest w moim przedziale wiekowym, tzn. 20 lat, ale czasami tworzę młodsze nastolatki, często mieszkają w mieście, w którym ja chciałabym mieszkać, czasami studiują tak jak ja bym chciała zaocznie, ale większość rzeczy mnie z moimi postaciami łączy, a nie dzieli.
Nigdy nie wysyłam zdjęć, chyba że swoje i tylko z tego „prawdziwego” konta. Jeśli ktoś zapyta o zdjęcie jedną z moich postaci, to odmawiam albo oferuję krótki opis tekstowy.
Nigdy też ani na „prawdziwym” koncie, ani na tych fikcyjnych nie gadam o seksie, cyckach czy innych takich – od razu ucinam temat.
W sumie nie wiem po co wszystko to robię.

#qOXPC

Podczas rodzinnych rozmów na temat przyszłorocznej I Komunii Świętej przypomniała mi się moja historia związana z tym wydarzeniem.

Jak wiadomo, dziecku potrzebny jest różaniec, a na jego końcu jest krzyż. W moim przypadku był to krzyż z przybitym Jezusem.
I tu zaczyna się historia właściwa. Umysł 8-letniego dziecka, przynajmniej w moim przypadku, nie był w stanie przyjąć do świadomości, że w tym pudełeczku z różańcem wcale nikt nie mieszka, tak więc wyłożyłam je chusteczką, coby Jezuskowi nie było twardo, i co jakiś czas wyrzucałam tam kawałki (suchego) makaronu, żeby też głodny nie był. Ale wiecie co? NIE JADŁ :D

#84dk0

Gdy miałam kilka lat pojechałam z rodziną nad morze. Na plaży była zjeżdżalnia do takiego niedużego baseniku. Oczywiście tatuś zabrał tam mnie i moją starszą siostrę. 

Pierwszy zjechał tata, żeby dodać nam odwagi i pokazać, że to nie takie straszne (no chyba zwłaszcza mi, bo panicznie bałam się wody odkąd przypadkiem mnie siostra o mało nie utopiła;)). Tata po zjechaniu stanął koło wylotu zjeżdżalni, żeby nas łapać, bo jednak głębokość wody była jak na dzieci dość spora. Z siostrą weszłam na górę, ona zjechała jako pierwsza. Odczekałam chwilę jednak wahałam się, czy w ogóle będę miała odwagę zjechać. Wtedy zaczepił mnie facet, który stał za mną. Spytał, czy się boję i że jeśli chcę, to on zjedzie ze mną. 

Chyba nigdy nie zapomnę zdziwionej miny mojego taty, który wyciągnął ręce, żeby mnie złapać myśląc, że teraz będę jak zjeżdżała, a tu zobaczył nogi dorosłego faceta ;)

#z9ZsM

Mam dość. Szczerze dość tego, że muszę się wstydzić, że mam dziecko.

Jestem młodą mamą (22 lata) z własnego wyboru i świadomej decyzji. Mam cudownego męża i ośmiomiesięczną córkę.
W dobie dzisiejszej nagonki na rodziców, szczególnie małych dzieci, robię wszystko, żeby nie narażać się na chamstwo.
Nigdy nie byłam (i wciąż nie jestem) roszczeniowa. W ciąży ani razu nie prosiłam o przepuszczenie w kolejce, nawet na badaniach w przychodni, gdzie musiałam spędzać po 2h (krzywa cukrowa). Z dzieckiem też nie proszę nikogo o nic. Komunikacją miejską nie jeżdżę, żeby nie przeszkadzać innym ludziom „pchając się z wózkiem”. Do sklepu jadę z dzieckiem tylko wtedy, gdy nie ma tłoku, żeby zirytowane/znudzone dziecko nie przeszkadzało innym w kolejce. Żeby pójść coś zjeść na mieście, prosimy moją lub męża mamę o opiekę nad córką, a jeśli musimy już zjeść poza domem, to jemy po kolei.

Mimo usilnych prób zrobienia wszystkiego, żeby moje dziecko nie było uciążliwe dla innych, wciąż spotykamy się z nienawistnym wzrokiem ludzi wokół, bo przecież z dzieckiem z domu nie można wyjść. Ile można żyć w ciągłym wstydzie, że ułożyliśmy sobie życie w sposób, jaki chcieliśmy? I nie, nie wrzucam miliona (ani nawet jednego zdjęcia) zdjęć naszego bombelka na Facebooka, bo wiem, że nie wszyscy mają ochotę to oglądać. Nie wpycham się w tłum ludzi, taranując ich wózkiem. Zawsze reaguję na głośne zachowanie dziecka. Staram się jak mogę, żeby wszystko było jak należy.

Ot, takie przemyślenia osoby, która w końcu chce być postrzegana jak człowiek i tak traktowana

#JncLT

Taka mała tajemnica. Jestem dorosłą osobą z niespełnionymi marzeniami z dzieciństwa. Nie wiem, czy w domu nie było pieniędzy, raczej tego nie odczuwałam, bardziej bym powiedziała, że były pieniądze na zachcianki rodziców, ale nie moje, "bo ci się szybko znudzi". Teraz świecą mi się oczka na widok gadżetów z filmów, bajek czy gier. Ewentualnie kiedy widzę słodkie zabawki, które chciałam mieć jako dziecko. Czasami kupuję sobie coś i raczej staram się o coś użytkowego albo kolekcjonerskiego. Jednak jest seria, którą oglądają małe dziewczynki (albo dorośli faceci), z popularnymi konikami, i ostatnio za grosze kupiłam gumowego konika. Bardzo fajnie działa jako konik antystresowy. W pracy na przerwie chciałam się pobawić, ale jak to tak, dorosła baba z konikiem? Jeszcze nie mam swoich dzieci, więc podejrzane.

He, he, he, uknułam chytry plan. "O patrzcie, co znalazłam w torebce, chyba dziecko brata mi wrzuciło".
Rozbawiłam tym towarzystwo, mogłam się powygłupiać, a konik był hitem przerwy. Potem ludzie sami się pytali, czy mam jeszcze tego konika. Tak, oczywiście, "trzymam go sobie na szczęście".

Żodyn nie zna prawdy, żodyn! Tylko anonimowi :)

#91bsD

Moja babcia była alkoholiczką i przed moimi narodzinami prowadziła dość... rozrywkowe życie. Wieczne libacje pod sklepem, mnóstwo znajomych, pięcioro dzieci - jeśli chociaż dwoje ma tego samego ojca, to cud. Mama z domu rodzinnego nie chciała się wyprowadzać, ponieważ wiedziała, że babcia i jej towarzystwo zrobią z tego mieszkania melinę (reszta rodzeństwa żwawo uciekła stamtąd przy pierwszej możliwej okazji, zrywając kontakty z matką). Tak oto wprowadził się do nich mój ojciec, mama zaszła w ciążę, a babcia przestała pić.

Oczywiście gdy rodzice byli w pracy, pozostawałam pod jej opieką - zwykle wyglądało to tak, że zabierała mnie na spacer, podczas którego wpadała na kogoś ze swojego starego, imprezowego towarzystwa i godzinami siedziałam z nimi na jakiejś ławce. Gdy byłyśmy w sklepie, babunia często zachęcała mnie, żebym schowała do kieszeni batonik albo cukierek, to w porządku, nikt nie zobaczy.

Najgorsze było jednak to, że gdy czymś wyprowadziłam ją z równowagi, szarpała mnie i wyzywała od idiotek. Bałam się jej i odczuwałam ogromne wyrzuty sumienia, bo czułam, że mimo że jest moją babcią - nie kocham jej.

Gdy poszłam do szkoły, zaczęła tam przesiadywać i rozmawiać z nauczycielkami i woźnymi, a także zgłaszać się jako opiekun na różne klasowe wyjścia. Przyczepiała się do wszystkich kolegów z mojej klasy, przez co w szkole nie miałam życia. Gdy po szkole chciałam zaprosić koleżankę, babcia od razu z wrzaskiem ją wypędzała.

Kiedy byłam w piątej klasie, babcia miała wylew i trafiła do szpitala. Ponownie odczułam wyrzuty sumienia, bo w ogóle nie interesował mnie jej stan zdrowia - pomyślałam tylko, że może wreszcie będę mogła kogoś zaprosić. Gdy wyszła ze szpitala, wszystko wróciło do smutnej normy.

W gimnazjum miałam pierwszego chłopaka (z którym jedynie trzymałam się za ręce), o którym babcia rzecz jasna dowiedziała się od "życzliwej" woźnej. Od razu opowiedziała o wszystkim matce i rzekła, że jestem dziwką. Co zrobiła matka? Nic. Nigdy nie interweniowała, uważała, że "babcia taka już jest". Po prostu lubi się kłócić, lubi się wydzierać, lubi się wtrącać.

W końcu przestałam się jej bać, a zaczęłam szczerze nienawidzić i reagowałam na nią jedynie agresją - brzydził mnie jej dotyk, nie chciałam, żeby na mnie patrzyła, żeby się do mnie odzywała. Nie mogłam znieść myśli, że muszę mieszkać z kimś takim pod jednym dachem, sam odgłos jej kroków w przedpokoju podnosił mi ciśnienie. Nie potrafiłam tego opanować. Wszyscy zawsze dziwili się i potępiali mnie, jak można w ten sposób zwracać się do członka rodziny. Mówili, że gdy umrze, będę żałowała, że tak się do niej odnosiłam.

Zmarła w zeszłym roku i powiem szczerze - nigdy nie odczułam takiej ulgi.

#fG2Fj

Ostatnio zawitałam do sklepu mięsnego. Wchodzę, pusto, nikogo nie ma. Nagle słyszę płacz. Patrzę, a w kącie siedzi dziewczyna, sprzedawczyni. Na oko może 16/17 lat. Postanowiłam zapytać, co się stało. Z początku nie chciała nic mówić, zapytała, co chcę kupić, ale w końcu wszystko mi opowiedziała. A konkretnie to, że jest weganką, a jej rodzice zmusili ją do pracy w ich sklepie grożąc, że wyrzucą ją z domu. Twierdzili, że "ta praca naprostuje jej zwyczaje żywieniowe"... Brak mi słów.
Dodaj anonimowe wyznanie