Umieram, powoli, systematycznie, po małym kawałeczku każdego dnia. Z każdą chwilą czuję coraz większą pustkę, w nocy budzi mnie czasami strach tak silny, że nie mogę oddychać. Nie cieszą mnie już rzeczy, które kiedyś dawały mi satysfakcję. Zdaję sobie sprawę ze swojego problemu, ale przestało mi zależeć, żeby coś z tym zrobić. Mam poczucie, że przegrałam z życiem i ze samą sobą więc przyjęłam taktykę na przeczekanie-codzienna rutyna, od rana do wieczora, spać i od nowa. Z zewnątrz wszystko wygląda dobrze, w miarę poukładana, z uśmiechem i aż się czasem dziwię że naprawdę nikt nie dostrzega we mnie emocjonalnego trupa jakim od dawna jestem. Jedyne uczucie jakie mi jeszcze towarzyszy to strach, wszechogarniający, bezpodstawny, bez wyraźnej przyczyny ani kierunku-taki wewnętrzny, irracjonalny ale paraliżujący.
W życiu nie było mi łatwo, nigdy, ale zawsze uważałam się za silną osobę i jakoś to szło. W szkole byłam raczej lubiana, miałam wielu znajomych, choć nigdy żadnych przyjaciół. Za każdym razem, gdy dopuszczałam kogoś do siebie bliżej kończyło się to dla mnie bolesnym zawodem i rozczarowaniem, więc z czasem przestałam zabiegać o głębsze relacje. W domu nie było bezpiecznie, bo liczyć na wsparcie nie mogłam, a wzajemne wojny rodziców, choć miały uderzać w nich, najbardziej uderzały we mnie. Ich wygórowane oczekiwania i presja wprawdzie mnie napędzały, ale nigdy nie miałam własnego celu. Żyłam jak tresowany szczur - wykonać zadanie - dostać nagrodę.
Studia były dla mnie ucieczką z labiryntu, a nie szansą na przyszłość. W końcu spotkałam człowieka, z którym rozumiałam się bez słów. Założyłam rodzinę i myślałam, że już wszystko się w końcu ułoży. I niby było dobrze, dopóki nie pojawiły się dzieci. Pierwsze chore, start w macierzyństwo miałam koszmarny. Żeby zapewnić opiekę dziecku, zrezygnowałam z siebie, ale było warto. Drugie dziecko było chore jeszcze bardziej. Półtora roku walki zakończone porażką. Złamało mnie to, umarłam razem z córką. Kiedy zaczęłam się powoli podnosić, mój mąż uznał, że jednak lepszym wsparciem dla niego jest koleżanka z pracy. Umarłam po raz drugi. On nie widział problemu, to tylko koleżanka z pracy była, tylko rozmawiali choć rzucił mi w twarz, że ze sobą spali, by po chwili wszystkiego się wyprzeć.
Po tym już się nie podniosłam. Od roku udaję, że żyję mając nadzieje, że starsze dziecko nie zorientuje się, że mama to tylko pusta wydmuszka. Ale on wie, ja też wiem. Tyle że nie mam już siły, żeby coś z tym zrobić. Wegetuję licząc że jakoś to będzie, byle do wieczora. A że wytresowany mechanizm spełniania oczekiwań działa lepiej niż wola życia, to nikt jeszcze się nie zorientował jak pusta jestem w środku. Jedynie to moje dziecko czasem patrzy na mnie z takim smutkiem. Ja wiem, że on jeden wie, że jego mamy od dawna już nie ma...
Będzie o tym jak kilka lat temu przypadkowo okaleczyłam mojego chłopaka, nazwijmy go K.
Kilka ważnych dla historii informacji.
Jesteśmy parą, która lubi być ze sobą blisko, dlatego sypiamy na golasa i zawsze zasypiamy przytuleni do siebie.
Mój chłopak miał kolczyki w obu sutkach. Ja noszę wisiorek na dość długim łańcuszku, którego nigdy nie ściągam, nawet do snu.
Pewnej nocy gdy byłam na słodkim pograniczu między snem i jawą chciałam odwrócić się na drugi bok i poczułam szarpnięcie za łańcuszek na szyi. Zaraz potem usłyszałam przeraźliwy jęk mojego chłopaka.
Po zapaleniu światła, jak się domyślacie, okazało się, że wyrwałam mojemu lubemu kolczyk z sutka. Mój łańcuszek musiał się okręcić wokół ozdoby, a ja solidnie szarpnęłam. W rezultacie brodawka była na wpół oderwana i lała się krew.
K. nie chciał jechać na pogotowie, więc opatrzyliśmy ranę jak mogłyśmy.
Związek przetrwał, K. wiedział, że był to tylko wypadek i mnie nie obwinia. Sutek jest trochę krzywy, ale na szczęście wygoił się bez komplikacji.
Chyba bez morału, ale jeśli już jakiś musi być, to uważajcie na swoje sutki moi drodzy.
Kiedy mój brat miał 5 lat, poszedł z mamą kupić buty. Mama wzięła parę i dała mu do przymierzenia.
- Za małe - mówi mój brat, więc mama daje mu parę większą.
- Za małe! - powtarza. Mama daje jeszcze większą parę. Była zdziwiona, bo buty były za duże.
- Za małe! - krzyczy brat zirytowany.
- Ale co za małe? Przecież te buty to dwa razy twoje stopy - powiedziała mama. Brat już konkretnie wkurzony mówi na to:
- Za małe nogi!
Jestem mężatką, od pewnego czasu wyobrażam sobie jakby to było, gdyby mój mąż umarł.. wiem, brzmi to dziwnie. Nie mogę oprzeć się tym myślom, planuje wtedy co bym zrobiła, jak bardzo cierpiała, w co ubrała na pogrzeb, jaką minę bym miała. To nie jest normalne zachowanie, czuje się jakbym życzyła mu śmierci, chociaż kocham go nad życie. Nie wiem czy jest to normalne. Czy jest coś ze mną nie tak?
Jak szedłem na studia byłem pełen entuzjazmu i chęci do nauki, ale szybko przyszło rozczarowanie. Po 3 latach zastanawiałem się już nad rzuceniem tego w cholerę, ale ostatecznie zdecydowałem się jakoś dociągnąć do końca minimalnym wysiłkiem, żeby tylko mieć papier.
Miałem taki przedmiot, który prowadził facet, delikatnie mówiąc, bardzo mało zaangażowany w proces edukacyjny. Nie chcę podawać zbytnich szczegółów, aby nie umożliwić identyfikacji, ale np. aby dostać zaliczenie trzeba było m.in. kupić jego książkę. Tak, nie chodziło o to aby opanować zawarty w niej materiał, a po prostu ją kupić i pokazać wraz z paragonem. Trzeba było też napisać pracę na zadany temat. Chodziło ogólnie o analizę działalności wybranej firmy pod jakimś tam kątem.
Od kolegi, podobnego lesera jak ja, dowiedziałem się, że facet ma bardzo kiepską pamięć i można swobodnie wziąć pracę od kogoś z poprzedniego roku i tylko pozmieniać. Bardzo mnie to ucieszyło. Kolega był na tyle miły że załatwił kilka prac i nawet mi je podesłał. Trochę się obawiałem, więc planowałem bardzo mocno pozmieniać pracę. Ale tak wyszło że jakoś nie mogłem się zebrać i tradycyjnie zasiadłem do tego w przeddzień.
Zadzwoniłem do tego kolegi i spytałem jak mu idzie, a on mi mówi że już oddał. Wow. Pytam, czy dużo pozmieniał, a ten mi na to, że prawdopodobnie facet w ogóle tego nie czyta tylko sprawdza ile jest stron i czy jest ładna okładka, więc zmienił tylko nazwę firmy na "Wojtex sp. z o.o." i oddał jak było. Pomyślałem, że niezły z niego hardkor, ale ze mnie przecież nie mniejszy. Więc przejrzałem te prace które mi podesłał, wybrałem najkrótszą, ocenioną na 4 (uznałem że nie będę przeginał). Sprawdziłem jaka była nazwa firmy i za pomocą praktycznej opcji "Znajdź i zamień" zmieniłem ją na "Januszpol sp. z o.o.". Wydrukowałem, dałem do zbindowania i oddałem.
Parę dni później spotkałem tego kolegę i gdy zaczęliśmy rozmawiać na ten temat, to okazało się, że jak on wysłał mi mailem te prace z poprzedniego roku, to wysłał również tę, którą później sam oddał, zmieniając tylko nazwę firmy na "Wojtex sp. z o.o.". Tak się pechowo złożyło, że była to ta sama praca, którą też ja wybrałem i zmieniłem nazwę na "Januszpol sp. z o.o.". Nawet bycie hardkorem ma swoje granice i to właśnie była taka granica. Aż mi się zrobiło ciepło, na wyniki czekałem jak na egzekucję, spodziewając się najgorszego. Autentycznie spędzało mi to sen z powiek.
Jak się sprawa zakończyła? Wraz z kolegą dostaliśmy po 4, facet faktycznie tego nie czytał.
Mam taką dziwną przypadłość, której się wstydzę. Nikt o tym nie wie.
Otóż czasami wyjmuję sobie gluty z nosa palcami, a potem wycieram je o wszystko - fotel, stół, łóżko, poduszkę. Zdarzyło mi się nawet to u znajomych, gdy wyszli na chwilę z pokoju.
Naprawdę nie wiem dlaczego to robię, mogę równie dobrze użyć chusteczki, ale jakoś nie potrafię.
Znajomy jest hodowcą drobiu ozdobnego, głownie małych kurek. Tak zwanych rajek. Niestety miał problem bo część inwentarza mu znikała i nie były to lisy, bo przed tym ma zabezpieczoną całą posesje. Padło na łasicowate i bezdomne koty.
Nie chciałem mu się chwalić, ale za młodu dziadek nauczył mnie kłusować na drobną zwierzynę głownie ptactwo, bażanty, przepiórki. Różne rodzaje pułapek, od najprostszych na wnyki, po takie gdzie bażant wchodził do specjalnie zbudowanego "domku" i już z niego nie potrafił wyjść, żadnych zapadni czy innych rzeczy, zwykła chatka z patyków i posypane ziarno. Także pułapki na drapieżne ptaki, np przywiązana kura, obok wbite naostrzone szprychy i jastrząb jak pikował do ofiary to się nadziewał.
Po kolejnej masakrze, gdy żalił się na grillu, postanowiłem mu pomóc i rozstawić najprostsze wnyki z miedzianej linki. Wiedząc że drapieżniki to oportuniści, zrobiłem dwa wejścia w siatce i ustawiłem pułapki. Pierwsza ofiarą był kot sąsiada, który mieszkał 500m obok, po dwóch dniach kolejny, wyglądał na bezpańskiego. W ciągu 3 tygodni złapały się 4 koty, z czego 3 się udusiły. Atakowały w dzień jak nikogo nie było na posesji, jeden miał szczęście bo znajomy akurat przyjechał i oddał go do schroniska.
Teraz jest w miarę względny spokój, nic nie ginie. Ale przyda się parę słów wyjaśnienia. Kurki były atakowane w dzień, nie w nocy kiedy były zamykane w pomieszczeniu. Kurki muszą mieć wybieg jako ptactwo ozdobne, inaczej upierzenie im się zmarnuje, musi grzebać w ziemi i się wybiegać. A kot poza domostwem to zwykły szkodnik niszczący drobną zwierzynę.
Mój ojciec jest alkoholikiem, odkąd pamiętam pił, robił awantury, stosował przemoc fizyczną wobec mojej matki i psychiczną wobec nas wszystkich (mam 3 rodzeństwa jeszcze). Moja matka nigdy nie pomyślała żeby iść z nami do psychologa czy jakoś zainteresować się naszą psychiką.
Niedawno dowiedziała się, że jej znajoma z dziećmi też przechodzi przez taki cyrk jak my, nagle stwierdziła że jej dzieci muszą leczyć się psychiatrycznie, bo mają zniszczoną psychikę. Strasznie mnie to zabolało, bo jak my byliśmy w takiej sytuacji to nie przejmowała się tym i nic nie zrobiła, a teraz taka mądra i wszystko wie najlepiej.
Od wielu lat dość mocno się maluję. Zawsze miałam duże kompleksy, ponadto jestem bladym rudzielcem o białych rzęsach i jaśniutkich brwiach. Makijaż dodawał mi pewności siebie, pazura, był dość charakterystyczny i stał się częścią mojego image'u.
Ponadto zmagałam się z bardzo delikatną cerą i uporczywym trądzikiem, którego przyczyny nie dało się niestety do dzisiaj ustalić i z którym walka bywała mocno nierówna. Umiałam jednak zamaskować swoje niedoskonałości tak, że nikt się nie orientował jak źle bywało z moją cerą.
Od dwóch miesięcy chodzę albo tylko z lekkim kremem BB na twarzy, albo całkowicie bez makijażu. U kosmetyczki zrobiłam lifting rzęs (przyciemnienie+delikatne podkręcenie) i hennę brwi. Ponadto moja cera zaczęła wreszcie się poprawiać. Ludzie nie przestają się rozpływać nad tym, jaka jestem piękna. Dostaję stosy komplementów od wielu osób, które wyrażają swoje zdziwienie, jak to nie spodziewali się iż mam taką delikatną, dziewczęca urodę i że efekt jest oszałamiający.
Wiele dziewczyn dziękuję mi, mówią, iż same nabierają siły aby wyjść trochę lżej pomalowane i walczą z głęboko zakorzenionymi kompleksami które sprawiały, że miały trudności z pokazaniem się saute choćby idąc po bułki.
Wszystko pięknie, fajne, więc gdzie anonimowa cześć?
Życie mi się tak kompletnie posypało, że przestałam się malować żeby nie było widać, iż płacze co najmniej 5 razy dziennie. Nauczyłam się wstrzymywać łzy momentalnie (po pobycie u rodziny, kiedy ciągle był ktoś blisko mnie i mógł w każdej chwili zobaczyć mój płacz). Smarki zwalam na alergię, czerwone oczy również a cerę zawsze miałam delikatną i skłonna do podrażnień.
To moja nie pierwsza przygoda z depresją, ale tym razem jest naprawdę źle. Niedługo widzę terapeutę, mam leki, takie nie chodzę i nie beczę czekając na cud. Ale jest naprawdę ciężko.
Dodałam tutaj niedawno wyznanie na temat religii Świadków Jehowy oraz dziwnego fanatyzmu mojego ojca. Dzisiaj muszę coś do tego dodać co mnie smuci i śmieszy :D
Niedawno mój chłopak pierwszy raz miał u mnie nocować. Nie dlatego, że ja chciałam. Był grill rodzinny i on kupił sobie piwo bezalkoholowe. Ojciec (będąc po 1 piwie) zaproponował mu przenocowanie, lecz mój waleczny chłop odmówił. Jednak po 3 piwach mój tato zaczął coraz natrętniej mówić o przenocowaniu i wspólnym piciu piwa. Więc zgodził się i został. Ale po czasie picia, będąc nieźle pijanym, tacie włączyło się religijne myślenie i powiedział że ja śpię na parterze, a mój chłopak na piętrze. Każdy - wujek, kuzyn, chłopak, dziewczyna ojca - uznali to za pijacki żart. Ja też tak pomyślałam. Więc po spotkaniu rodzinnym na oczach ojca poszłam z chłopakiem na górę i po oglądaniu serialu usnęliśmy. Na następny dzień dowiedziałam się od dziewczyny mojego ojca, że jest na mnie obrażony, bo nie spaliśmy osobno. Stwierdził, że go okłamałam. Podobno od rana pokazywał jej religijne filmiki i tłumaczył dlaczego to źle.
Jest to dla mnie wręcz śmieszne :D
Sam z nią śpi co tydzień mimo chęci zerwania z nią. Na samym tym grillu mówił często durne żarty o seksie i rasizmie, w dodatku się upił.
Zaskarżył mojej mamie, od której dostałam ochrzan, bo "znasz zasady" mimo, że odłączyłam się od tej religii.
Co ciekawiej często z chłopakiem jestem sam na sam pół dnia, więc jakbyśmy chcieli coś zrobić to byśmy zrobili.
Po prostu nie wiem co gorsze - ta religia czy ten jego fanatyzm.
Dodaj anonimowe wyznanie