Zawsze po zrobionej dwójce podcieram sobie tyłek papierem, który następnie odkładam na szafkę. Następnie oglądam swoje działo i wrzucam odłożony papier do WC.
Ostatnio mi się zapomniało i w ten sposób rodzina mojego przyszłego męża mogła obczaić ten nieszczęsny papier.
Czy jest miejsce w anonimowym bunkrze? Czy on istnieje?
Bo jedyne na co mam ochotę, to zapaść się pod ziemię.
PS Dalej tak robię, po prostu lubię oglądać moje osiągnięcia toaletowe.
O rodzicach i psie.
Fafik, mały maltańczyk, który mieszkał ze mną, bratem i rodzicami. W sumie nadal tam mieszka, tylko ja wyprowadziłam się na studia do innego miasta.
Rodzice na początku czasami mi go przywozili (a tu jadą na dwa tygodnie na wakacje, a tu Fafik będzie smutny, że cały dzień będzie sam). Nie miałam z tym oporów, bo nadal czułam, że to mój pies. Z czasem coraz rzadziej mi go podrzucali.
Problem pojawił się, kiedy po 6 latach mieszkania poza domem pojawił się kot. Rozmawiałam o tym PARĘNAŚCIE razy z rodzicami (mieszkanie oficjalnie jest ich, ale w praktyce moje. Historia nie na temat), sami mi podsunęli pomysł i go poparli, że tak, kot to jest to. Ja po przemyśleniu wszystkiego z chłopakiem stwierdziłam, że czemu nie. Myśleliśmy o zwierzątku, co prawda o króliku, ale zapewnimy mu wszystko.
I nagle w dzień jechania po kota okazało się, że nikt nic o tym nie wiedział. Tematu nie było, a im się ten pomysł kategorycznie nie podoba i co z Fafikiem? Ja na to zgodnie z prawdą, że od jakichś 6 lat Fafik jest ich psem, bo mam z nim do czynienia parę razy w roku, jak przyjadę do domu. I zaczęło się głupie gadanie do psa, że "zobacz, Fafik, Klara cię już nie kocha i ma na ciebie wyrąbane".
Kota wzięliśmy, bo stanęło na "róbcie co chcecie", a ja nie mam 17 lat, żeby reagować na takie dziecinne zagrywki.
Zaczęło się codzienne dzwonienie, że oni jadą gdzieś tam i trzeba nam psa podrzucić, mimo że mówiłam, że mamy małego kota i pomysł odpada. Tu nawet nie chodzi o fakt, że kot jest mały, ale zwierzęta się nie znają, Fafik miał do czynienia z kotami tyle co nic i nagle mają razem zostać w mieszkaniu w bloku? Raz nawet koczowali mi pod drzwiami z psem, jak im grzecznie odmówiłam, ale na szczęście byłam w pracy i po 20 telefonach chyba to zrozumieli, bo wrócili z psem do domu.
Hitem było jak dzień przed wyjazdem, o którym nie wiedziałam, oznajmili mi, że przez dwa tygodnie będę musiała się nim opiekować. Awantura była niemała, ale jak już jakiś znajomy zgodził się przetrzymać psa okazało się, że brat (!) będzie się nim zajmować. Nie rozumiem.
Przyszedł czas wakacji, czyli trzeba się było gdzieś zatrudnić. Gastronomia - praca jest, tylko brak książeczki zdrowia. Więc jak porządna obywatelka udałam się do Sanepidu. Jak większość osób wie, czekają tam na nas niesamowite atrakcje typu wymazy. Czyli patyczek jak do uszu, jednak jakieś dwa razy dłuższy i nieco szerszy.
Tak więc dzień pierwszy. Pani wręcza mi patyczek, idę za kotarkę, zdejmuję spodnie i jazda. Dzień drugi wszystko tak samo. Elegancko oddaję, co muszę. Ostatni dzień, babka daje mi patyczek, idę za kotarkę, zdejmuję spodnie, aplikuję badyla w czekoladowe oko, a tu czysto. Myślę sobie no ku*wa! Wkładam jeszcze raz, a tam nic. Wkładam kolejny raz i znów nic. Nie mogłam uwierzyć, że mam tam tak czysto. Na szybkości wpadłam na genialny pomysł, aby wsadzić patyczek nieco głębiej. Wsadzam, wyjmuję, patrzę a tu sam patyczek.. wacik wciągnęła dupa.
Zdezorientowana powiedziałam babce, że wacik spadł. Pocieszyła mnie tylko, że takie sytuacje się zdarzają :D
Jestem nastolatką, a dokładniej bardzo zbuntowaną nastolatką. Mój bunt nie objawia się w formie wagarów ani opuszczania się w nauce, tylko w formie odstępstw od normy w kwestii wyglądu. Moi rodzice nie potrafią tego znieść. Mój tata jeszcze toleruje to, ale moja mama jest typem osoby, dla której wygląd gra dużą rolę, dlatego moją "przemianę" traktuje jak katastrofę narodową.
Co dokładnie robię? Ubieram się w lumpeksach i na dodatek wybieram bardzo minimalistyczne ciuchy. Moje ubranie może być białe, szare, niebieskie lub czarne i bez żadnych dodatków, nadruków ani udziwnień. Cała moja szafa składa się tylko z używanych dżinsów i jednokolorowych bluzek.
Nie używam makijażu. Nie lubię go, a poza tym ciężko mi znaleźć odpowiednie kosmetyki ze względu na moje alergie. Zresztą mój trądzik wygląda jak pole małych wulkanów, z makijażem jest to tylko pole zakrytych wulkanów.
Nie golę się. Nienawidzę się golić! Wysypka po goleniu nie jest jeszcze strasznym problemem, bo mam maść, ale samo uczucie ogolonej skóry i późniejsze swędzenie jest dla mnie okropne. Mogłabym pójść na ugodę z mamą i iść na wosk, ale mam tak niską odporność na ból, że przy zdejmowaniu plastra lecą mi łzy, a gdy widziałam co robią na depilacji, to aż ciemno mi się przed oczami zrobiło.
Codziennie słyszę pretensje od mamy. Wykańcza mnie to, bo ona nie może zaakceptować mnie i moich decyzji. Czegokolwiek nie zrobię, słyszę to cudowne pytanie dlaczego nie mogę być jak inne nastolatki lub czemu nie chcę wyglądać normalnie. Wiem, że ten opis mnie brzmi jakbym o siebie nie dbała, ale spokojnie, nie zrezygnowałam z prysznica i dezodorantu.
Jeżeli ciekawi was co sądzi o mnie moja klasa, to chłopcy się ze mnie śmieją, ale mam to gdzieś, a dziewczynom wcisnęłam kit, że jestem jakąś aktywistką ruchu body positive, nie chce gonić za niemożliwymi standardami piękna itd. Nigdy bym nie uwierzyła, że to kupią, a ja na dodatek stałam się jeszcze popularna, że mam taką odwagę wyglądać jak chcę.
Nie potrzebuję rad, bo próbowałam wszystkiego i moja mama i tak zrobi co chce. Dzięki, że mogłam się tu wyżalić.
Wczoraj minęło 25 lat. Sprawa się przedawniła. Minęło 25 lat od śmierci mojej siostry. I to ja ją zabiłam.
Miałam wtedy 25 lat. Moja starsza o 5 lat siostra była chora psychicznie, niszczyła życie sobie, rodzicom, ciotkom, wujkom, dziadkom itd. Rzucała talerzami, wszystkich wyzywała, obrażała mnie, moją młodszą siostrę, mamę, tatę, wszystkich, którzy nas odwiedzali, przez nią bardzo szybko straciłam wszystkich znajomych. Cięła się żyletkami, szkłem, nawet nożem do smarowania masła była w stanie się pociąć.
Była bardzo chora, lecz nie chciała się leczyć. Przez nią dziadkowie zmarli na serce rok po roku. Codziennie słychać było "ty urwo, ty szmato, ty taka, ty sraka", bo zwróciło się jej na przykład uwagę, żeby nie zostawiała butów w przedpokoju, czy nawet z tego powodu, że światło w łazience zostawiła zapalone. Biła rodziców, mnie, młodej też się parę razy oberwało. Najgorsze było to, że jej tak jakby sprawiało przyjemność robienie nam krzywdy, ponieważ za każdym jej wyzwiskiem krył się uśmieszek.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Po raz kolejny Ewelina mnie uderzyła, tak więc obmyśliłam plan zemsty. W tamtym okresie mieszkaliśmy na wsi z dala od wszystkich domostw (na tak zwanej kolonii) i mieliśmy malutki, ale bardzo głęboki stawik. Poczekałam, aż Ewelina podejdzie bliżej i... Tak, popchnęłam własną siostrę. Jako że nie umiała pływać, utopiła się. Rodzice akurat byli w polu razem z młodą. Szukali jej, ale nie mogli jej znaleźć, pytali się, czy nie wiedzieliśmy gdzieś Eweliny. Młoda zgodnie z prawdą powiedziała, że nie, ja także powiedziałam, że jej nie widziałam.
Po dwóch dniach rodzice odchodząc od zmysłów (bali się, że Ewela pojechała do sąsiedniego miasteczka i tam się zgubiła, często tak robiła, ale zawsze wracała) zadzwonili na policję. Akurat w ten dzień było parno, zwłoki wypłynęły. Policja przyjechała, a jako że nie było żadnych świadków, uznano to za nieszczęśliwy wypadek. Trzy dni później był pogrzeb Eweliny, na którym byli tylko rodzice, ja, siostra i nikogo więcej. Nigdy tego nie zapomnę.
Niedawno napisałem wyznanie o staruszce, którą spotkałem w tramwaju i okazała się bardzo pamiętliwa w sprawie mojego beknięcia - http://anonimowe.pl/tB6xr . Zastosowałem się do waszych rad i oto, co z tego wyszło.
Wsiadłem do tramwaju i zobaczyłem tą kobietę. Jej mała głowa jeszcze nie zauważyła, że wkroczyłem na jej teren. Widziałem tylko jej beret i klasyczną antenkę, która najwidoczniej się zepsuła, bo nie wykryła mojej obecności. Spostrzegłem, że wykonała ona już swój pierwszy ruch. Obok niej stał mężczyzna, który prawdopodobnie był jej ofiarą do ustąpienia miejsca. Postanowiłem wykorzystać okazję, że siedziała.
Podszedłem do niej od tyłu, pochyliłem się i szepnąłem: "Pamięta pani?" jednocześnie dotykając jej ramienia. Kobieta najwyraźniej nie zrozumiała, o co mi chodzi i przerażona zaatakowała. Wykonała potężny zamach torebką prosto w moją twarz, co obniżyło moje punkty życia do 10%. Odskoczyłem od niej jak oparzony, ściskając swój obolały nos. Wiedziałem już, że nie mam z nią szans, ma zdecydowanie zbyt duży poziom doświadczenia i zna zbyt dużo zaklęć (Nawracanie Metali, Leczenie Ziołową Herbatką czy też Modlitwy Wieczorne).
Starsza pani obróciła się, by spojrzeć w oczy swojemu napastnikowi. Widząc, że to ja, jej twarz z bladej i przestraszonej powróciła do normalnego odcienia i pojawiło się na niej zażenowanie. Powiedziała: "A, to ty". Wszyscy wokół patrzyli się na nas, nie rozumiejąc, co się właśnie stało. Kobieta dodała: "Tak, pamiętam. Mam nadzieję, że ci przykro!".
Ten dzień był jeszcze ciekawszy od poprzedniego przeze mnie opisywanego. Jak tak dalej pójdzie to niedługo zaproszę ją na kawę, bo ewidentnie jest między nami ten żar.
Kiedy miałem jakieś 6 lat, dostałem od mamy balonik. Łaziłem z nim po podwórku przez parę dni, aż w końcu balon wziął i pękł. Bardzo niepocieszony poleciałem do domu i głośno szlochając wytłumaczyłem rodzinie powód żalu, który rozdzierał moją duszę. Niestety ani mama, ani tata nie mogli mi pomóc – nikt nie miał zamiaru iść ze mną do sklepu, aby zakupić nowy balonik. I wtedy stał się cud. Z wizytą do nas wpadła Patrycja – moja starsza o 15 lat siostra z jej ówczesnym chłopakiem. Widząc mnie zapłakanego, wybranek mojej siostrzyczki wziął mnie na bok, cierpliwie wysłuchał historii, którą mu (z trudem łapiąc oddech) wybeczałem, a następnie powiedział: „Tak się składa, że mam balony przy sobie. Jeśli chcesz, nadmucham ci jeden”. Pewnie, że chciałem. Chłopak sięgnął do kieszeni, wyjął z niego malutką torebeczkę, rozerwał ją zębami, a następnie wyjął z niej balonik. Chwilę później biegałem już po podwórku z efektownym, prążkowanym balonem. Pamiętam, że zastawiało mnie tylko czemu ludzie na mnie patrzyli jak na głupka.
Dziś już wiem, że cieszyłem się jak idiota z nadmuchanej prezerwatywy faceta, który pukał moją siostrę. Myśląc o tym, czuję głębokie zażenowanie...
Jakiś czas temu, po długich badaniach lekarskich, stwierdzono u mnie niedoczynność tarczycy. Chłopak, z którym się wówczas spotykałam rzucił mnie dwa dni później, bo wyczytał w Internecie, że osoby cierpiące na tę chorobę mają tendencję do tycia i zapadania w stany depresyjne.
„Ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył, to mieć smutną i grubą kobietę!”.
Przyznam, że tego się nie spodziewałam...
Historia ta wydarzyła się gdy chodziłam do "zerówki" w szkole podstawowej, która mieści się w mojej rodzinnej wsi. Tego dnia z okazji zakończenia roku szkolnego i rozpoczęcia się wakacji dzieci śpiewały mnóstwo piosenek. Zamiast zwykłego podkładu muzycznego, nauczyciel muzyki przygrywał na keyboardzie. Atrakcją po zakończeniu się apelu było to, że każdy, kto chciał i miał wystarczająco dużo odwagi, mógł zaśpiewać przed całą szkołą do mikrofonu. Na początku nie było chętnych, ale powoli dzieci się rozkręcały. Większość z nich śpiewała piosenki, których nauczyły się w szkole. No a wiadomo, jako dziewczynka od zawsze marzyłam, żeby zostać piosenkarką i uwielbiałam śpiewać, więc zgłosiłam się i poszłam na "scenę".
Pan od muzyki zapytał jaką piosenkę chciałabym zaśpiewać. Powiedziałam, że "Było ciepłe lato". Pan nie skojarzył, o co mi chodzi (a chodziło mi oczywiście o piosenkę "Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka" zespołu Łzy) i powiedział, że nie zna takiej, więc mam śpiewać bez podkładu.
Zaczęłam śpiewać. Niestety wtedy właśnie stała się modna wersja niecenzuralna, którą non stop śpiewali starsi uczniowie, a którą ja dzięki nim, znałam na pamięć. Oczywiście nie wiedziałam, o co w niej chodzi. Do dziś pamiętam, najpierw dumną i uśmiechniętą, a potem nagle zdziwioną minę mojej mamy, jak zaczęłam śpiewać "Było ciepłe lato choć czasem padało, dużo wódy się piło i trawę jarało...". Wszyscy byli w takim szoku, że mikrofon zabrał mi pan od muzyki dopiero, gdy zaczęłam śpiewać "Agnieszka ssała mego orzeszka".
Dziś mam 18 lat i niezły ubaw, a wtedy sądziłam, że wszyscy są zdumieni i onieśmieleni moim cudownym głosem...
Mój chłopak odebrał mi godność, resztki pewności siebie i lekko podbudowaną samoocenę w czerwcu tego roku, kiedy w swoim domu, gdy jego rodzice byli w pokoju obok, mnie zgwałcił. Dosłownie chwilę wcześniej rozmawiał ze mną o granicach, o tym, że rozumie słowo "nie" i że chce być ostrożny, biorąc pod uwagę to, co przeszłam w przeszłości. Gdy skończył, powiedział mi, żebym się uspokoiła, że to ja go prowokuję i cały czas zmieniam zdanie, że to ja jestem nienormalna i napalona, po czym przeprosił mnie "gdyby zrobił coś wbrew mojej woli". Uwierzyłam. I wybaczyłam.
Dodaj anonimowe wyznanie