Trzy lata temu szłam do galerii handlowej w Warszawie. To było w centrum, więc jak to w centrum, zawsze masa ludzi wszędzie się plącze. Idąc chodnikiem patrzyłam na ekran telefonu, nie zwracałam właściwie uwagi na innych, dopóki nie zaczęłam się zbliżać do przejścia dla pieszych. Potem znów zwróciłam wzrok na telefon, ale poczułam, że muszę jeszcze raz spojrzeć. I wtedy zobaczyłam kobietę i mężczyznę stojących na trawniku, tuż obok chodnika. W sumie normalna rzecz, każdy może stać gdzie chce. Tyle że oni stali w odległości od siebie i po prostu obserwowali ludzi. Oboje mieli okulary przeciwsłoneczne. W pewnym momencie, gdy miałam przechodzić obok nich, facet spojrzał na kobietę i ona kiwnęła do niego głową. I właśnie wtedy wszedł na chodnik i zaczął za mną iść.
Słyszałam już wcześniej od znajomej, że podobno tak działają złodzieje. Wybierają ofiarę, podążają za nią, po czym znienacka wyrywają torebkę albo plecak lub też przecinają paski w torebkach. Natychmiast schowałam telefon do torebki i trzymając ją kurczowo przy ciele przyspieszyłam kroku, dzięki czemu zdążyłam przejść na zielonym świetle. A gość został po drugiej stronie ulicy. Trochę się bałam potem wracać, ale ostatecznie wmieszałam się w tłum i poszłam inną drogą.
Przechodząc obok jakichś dwóch dziewczyn, które stały przy metrze przy koszu i paliły, usłyszałam, że podobno godzinę wcześniej facet wyrwał kobiecie torebkę i uciekł.
Już wcześniej miałam czasami takie momenty, że intuicja podpowiedziała, bym coś zrobiła i to mi pomagało. Chyba w tamtym przypadku też zadziałała.
Nie będę w sumie tu pisać rad dla innych, więc powiem tylko jedno - uważajcie na siebie :)
Spędzam urlop nad morzem, gdzie razem z koleżankami chodzimy na plażę dla nudystów. Wczoraj dosłownie wpadłam tam na mojego byłego (ale znacznie bardziej niż ja odzianego) szefa, który pół roku temu zwolnił mnie ze swojej firmy. Sytuacja była dla mnie dość krępująca, bo przez te parę sekund wymiany grzeczności, gość obejrzał mnie sobie bardzo dokładnie ze wszystkich stron.
Dziś zadzwonił do mnie, aby zaproponować mi powrót do pracy...
O tym, jak ilość pieniędzy determinuje stosunek innych do ciebie.
Tak się życie potoczyło, że zostałem samotnym ojcem z 3-miesięczną córeczką. Było ciężko, nawet bardzo, a nie miałem znikąd pomocy (moi rodzice nie żyją, rodzeństwa nie mam, a moi teściowie nie chcą mieć z nami kontaktu). Mieszkanie musiałem sprzedać, bo nie dawałem rady spłacać kredytu. Obecnie wynajmuję kawalerkę.
Aktualnie Ala ma 3 latka i jest moim całym światem, gdyby nie ona, już dawno bym ze sobą skończył. Jest wyjątkowo mądra, bardzo ładnie mówi. Taki prześliczny kwiatuszek z niej. Przez epidemię pogorszyła się nasza sytuacja - z kierowniczego stanowiska zostałem zdegradowany na produkcję (miałem do wyboru: produkcja albo zwolnienie). Dlatego aktualnie oglądam każdą złotówkę po dwa razy, a i tak bywa chudo. Szukam lepszej pracy, ale słabo to wygląda w obecnej sytuacji. A pomoc od naszego państwa mam minimalną. Dość wstępu.
Byłem z Alą na placu zabaw. Jakieś dziewczynki bawiły się lalkami w piaskownicy, córa zapytała, czy może do nich iść, zgodziłem się i usiadłem na ławce niedaleko. Niestety dziewczyny przegoniły moją Alusię, bo "ma za brzydką lalkę". Usłyszałem też, że "tylko wieśniaki ubierają ciuchy z Kubusiem Puchatkiem, bo to już niemodne". Kupuję używane ubrania, ale zawsze są wyprane i wyprasowane... Próbowałem Alę jeszcze zainteresować zjeżdżalnią i karuzelą, ale było jej smutno i nie chciała się już bawić. Zaproponowałem lody i pojawił się uśmiech (mała uwielbia lody). Poszliśmy do budki niedaleko. Niestety w portfelu miałem tylko 2,5 zł, a lody były po 3,5 zł. Córka wybierała smak, a ja dyskretnie zapytałem sprzedawczyni (taka Karyna, co siedzi tam za karę), czy dałoby radę kupić taką mniejszą kulkę za 2,5. Pani z wrednym uśmieszkiem stwierdziła, że w żadnym wypadku. Poprosiłem o wafelek. Ali powiedziałem, że mucha wpadła do lodów i na razie nie sprzedają. Widziałem łzy w jej oczach, ale powiedziała tylko "nic nie skodzi tata, wafelki tes lubię", wzięła mnie za rękę i poszliśmy do domu. Pół nocy przeryczałem...
Ala lubi się malować, upatrzyła sobie taką głowę księżniczki z kosmetykami do malowania. Udało mi się dorwać małą fuchę po godzinach i kupię jej tę zabawkę na święta choćby nie wiem co, choćbym miał sam ryż przez miesiąc wpieprzać...
Boli mnie to, jak patrzą na ciebie inni, kiedy nie masz ładnych ciuchów i samochodu. Jak patrzą z pogardą, kiedy tłumaczysz dziecku, że nie możesz jej kupić jakiejś zabawki. Jestem uczciwym człowiekiem, nie kradnę, płacę podatki i pomagam innym jak mogę. Staram się być jak najlepszym ojcem, ale w dzisiejszych czasach mieć jest ważniejsze niż być... Dobrze, że mam Alę, bo bez niej bym się załamał. Chciałbym się ponownie zakochać, ale mam wrażenie, że do tego niezbędna jest kasa. Żadna nie zechce gołodupca.
Wyrzuciłem to z siebie w końcu...
Mieszkam w cudzie zwanym starym budownictwem, jeszcze częściowo do remontu.
Przyszła kolej na łazienkę. Jak wygląda sytuacja - na wierzchu odpływ od WC żeliwny, klejony żywicą, malowany 800 razy, estetyki zero. Przy remoncie wypadałoby taką rurę wymienić już na PVC. Majster robić tego nie mógł, więc poszedłem do spółdzielni. Przyszedł hydraulik, patrzy i mówi: Panie, ale z tej rury nic nie leci, póki dobra, to nikt tu nic nie wymieni.
Mówię, że coś musi się dać zrobić, toż nie będę remontu odwlekać przez takie coś, a zabudować tego też strach. No więc wziął hydraulik żabę, puknął w dwóch miejscach, że odpadła farba, wody z kranu wziął i psiknął w świeży wyrąb, lekki zaciek się zrobił i zabarwił na brązowo. Zrobił dwa zdjęcia, a do karty zgłoszenia wpisał, że uszkodzony pion.
Swój chłop :D
Jak byłem mały, to nie chodziliśmy z siostrą do przedszkola, tylko spędzaliśmy czas u dziadków. Mój dziadek lubił sobie popić, a babcia często gdzieś chowała mu alkohol żeby nie pił.
Gdy babcia szła do pracy, a my zostawaliśmy sami w domu z dziadkiem, to często wymyślał nam różne zabawy. Jedną z nich była zabawa "Znajdź wódeczkę" - szukaliśmy z siostrą butelki po całym domu, a kto pierwszy znajdzie, ten dostaje w nagrodę czekoladę. Dodatkowo dla każdego uczestnika zabawy guma do żucia za zachowanie tajemnicy przed babcią.
Przez 95% życia żyłam z przekonaniem, że nie zasługuję na to, by być z kimś. Dużo starsi ode mnie znajomi byli w związkach albo po ślubie już właściwie ledwo po skończeniu szkoły. Ja jako najmłodsza z nich (różnica wieku około 10-15 lat), dużo później od nich zaczęłam wchodzić w ten etap, w którym człowiek chciałby się ustatkować i nie być sam.
Nie zliczę momentów, kiedy naśmiewali się ze mnie, nie dlatego, że nikogo nie mam, ale dlatego, że ktoś mi się podobał. Przykładowo, jak miałam około 22 lata, przez pomyłkę wysłałam do 30-letniego kumpla SMS, że podoba mi się kolega z pracy. Z tym że ten SMS miał iść do przyjaciółki, ale pomyliłam się, bo ona i on mieli podobne imiona. Oczywiście po chwili wysłałam mu drugi SMS, że przepraszam, pomyłka i żeby to olał.
Na drugi dzień kolega naśmiewał się ze mnie, że się zakochałam, nie z pomyłki, tylko z samego faktu, że mi się ktoś podoba. Sam się żenił w wieku 21 lat, jak miał 22, to miał już dzieci, a ze mnie się śmiał, tak jakbym ja nie miała prawa do tego. Potem tego SMS-a pokazywał naszym wspólnym znajomym i razem się ze mnie nabijali, mimo że prosiłam go, aby go skasował.
Inna sytuacja, to jak założyłam sobie konto na portalu randkowym i jeden ze znajomych mnie tam znalazł. Oczywiście od razu zaczęło się naśmiewanie, rozpowiadanie wszystkim, że szukam faceta, że ojej ojej, to takie śmieszne. Sam miał żonę i kompletnie nie wiem co robił na tym portalu, ale jak o tym powiedziałam, to nie było to dla nikogo ważne, że prawdopodobnie zdradza żonę. Ważne było, że jestem śmieszna, bo chcę w końcu kogoś poznać.
Jak już kogoś miałam i znajomi się dowiedzieli, to zaczęło się naśmiewanie, że hahahaha, hohoho, Julia znalazła swojego Romea, to takie zabawne. I jakieś głupie uśmieszki i docinki, czy zrobiłam już internetowy test ciążowy itp. Wiecie, tak jakbym miała 5 lat i miała "chłopaka" w przedszkolu. Takie zabawne to dla nich było. A ja miałam wtedy już prawie 30 lat!!!
Podkreślę znowu, że znajomi sami byli już w związkach od dawna i mieli nastoletnie dzieci.
Wobec mnie zachowywali się tak, jakby mi nie wolno było, jakbym według nich powinna być sama do końca życia. Mimo prób odcięcia się od nich potrafili zaczepić mnie na ulicy i rzucać teksty typu "a ten twój kochaś to normalny jest, że ciebie chce?".
Utwierdzali mnie cały czas w tym, że ja nie zasługuję na miłość. Że jestem jakaś gorsza. Doszło do tego, że jak już kogoś miałam, to wstydziłam się o tym powiedzieć, a moje związki się szybko rozpadały, bo cały czas czułam, że nie zasługuję na miłość drugiej osoby. Że robię coś złego, że popełniam zbrodnię, bo z kimś jestem, inni mają prawo być z kimś, a ja nie.
W końcu w wieku 34 lat po prostu wyjechałam do innego miasta i dopiero tutaj mogę cieszyć się związkiem, bo mam tu normalnych znajomych, a nie bandę idiotów.
Wiele z nas w czasie tej epidemii musi nosić maseczki. Jednym to się podoba, drugim mniej. Jednakże nie wolno zapominać, iż są osoby, które w tej maseczce wytrzymać nie mogą. Na przykład ja.
Mam zaawansowaną astmę oskrzelową. Bez maseczki dyszę jakbym paliła szlugi pół życia, mimo że mam dwadzieścia parę lat. Po założeniu maseczki zwyczajnie zaczynam się dusić lub mdleć w najlepszym przypadku.
Ustawa zakłada, że takie osoby jak ja mogą poruszać się bez maseczki. Fajnie. Ale spotykam się z powszechnym linczem, zwłaszcza ze strony starych bab. One moja "astmę" uważają za wymyśloną na szybko wymówkę. Ba, nawet zaczynam pokazywać zdjęcie orzeczenia o niepełnosprawności, jakie mam z tytułu astmy. Nie chcą patrzeć, "sama se pani napisała", "ja też mam", "patologia".
Nie chcę być źle zrozumiana - jak najbardziej jestem za noszeniem maseczek przez osoby zdrowe, ale zrozumcie, że nie każde może. Zastanawiam się, czy ja rzeczywiście mam się zacząć dusić w tramwaju, aby niektórzy zrozumieli?
Upalny, letni, niedzielny poranek, czekałem na rozkopanym dworcu na busa, który miał zabrać mnie do domu po zakrapianej nocy u przyjaciółki. Przystanek był dość wyludniony, gdy nagle pojawiło się dwóch jegomości ubranych na biało z nogami i rękami wytatuowanymi najtańszą, turkusową farbą. Jeden z nich, wysoki, podszedł do mnie i zagaił:
- Księciuniu, masz może poratować złotóweczką? Strasznie nas suszy, piwka byśmy się napili.
Skacowany i zły odpowiedziałem:
- NIE MAM.
- Ale czemu?
- Bo tak, bo takie mam zasady, nie daję i tyle.
Wysoki jegomość grzecznie się zmył, ale chwilę potem pojawił się jego niski, muskularny kompan z diabłem w oczach:
- JAK CI ZARAZ K*** ZAPIER*** KOSĄ POD ŻEBRO, TO ZMIENISZ ZASADY - i kontynuował dalej swój wywód o tym, jak to oni się muszą napić, a ja się proszę o uszkodzenie i co mi zrobi. Uszy mi zwiędły, rozumiałem, że jest groźnie - jestem w kłopotach. Swój wywód zakończył - NO TO WYSKAKUJ, K***, Z KASY!
W jednej kieszeni miałem 100 zł, a w drugiej 1 zł. Będąc w szoku, postanowiłem zaryzykować i dałem mu tę złotówkę, którą o dziwo przyjął i poszedł sobie.
Turkusowi koledzy dalej kontynuowali swoją misję zbierania na piwo, a ja stałem wstrząśnięty i zmieszany na przystanku, wiedząc, że przede mną cały dzień kaca, dołka i zastanawiania się, jak mogłem zareagować inaczej. Wkurzony złapałem za telefon, wystukałem 997 i - niestety - zamiast powiedzieć "Panowie, jest sprawa, dwóch takich typków się tu kręci i robi problemy, przyjedźcie'' powiedziałem coś w deseń: "Napadli mnie! Okradli mnie! Grozili mi! Upodlili mnie! :'(".
Miły głos w słuchawce odpowiedział tylko:
-To proszę zostać na miejscu, zaraz tam przyjedziemy.
- Ale ja mam zaraz busa...
- Niestety, ale jest to przestępstwo ścigane z urzędu, musi pan złożyć zeznania.
- A nie mogę się wycofać?
- To jest niestety rozmowa nagrywana...
Trochę później przyjechała policyjna suka, spakowali mnie do środka i podjechali pod schodki, na których siedzieli moi oprawcy udający niewiniątka, ze schowanymi za plecami piwkami. Ich również spakowali.
Na komisariacie spędziłem trochę czasu, przyszło sporo gliniarzy, żeby posłuchać mojej rozkosznej historyjki, jak to o 1 zł wpakowałem lumpy na komendę. Gdy się już wszyscy wyśmiali, jeden z nich powiedział do mnie: "Proszę pana, to nieważne, czy to był 1 czy 1000 zł, była groźba, więc jest to przestępstwo".
Przez kolejne tygodnie dostawałem regularnie korespondencję z sądu. Wysokiego kolegę wypuszczono tego samego dnia, niższy był recydywą, z wyrokiem za rozboje w zawieszeniu, który więcej czasu spędzał w pace niż na wolności. Dowiedziałem się jak się nazywa, gdzie mieszka i ilu osób jest konkubentem. Moja mała skarga przeważyła szalę i wpakowała go do pierdla na kolejne parę lat.
Teraz gdy lumpy zaczepiają mnie o drobne, to mówię po prostu, że nie mam.
Co czuje 10-letnie dziecko słysząc, że jego ojciec właśnie zginął? Smutek, przerażenie, czarną rozpacz, szok, niedowierzanie? Ja nie poczułem żadnego z powyższych. Co takie dziecko robi? Wybucha płaczem? Pyta jak to się stało? Ja skwitowałem to bardzo czarnym żartem, a później zastanawiałem się, dlaczego nie płaczę i co właściwie czuję.
Dopiero po miesiącach dotarło do mnie co poczułem i dlaczego. Poczułem ulgę. Dlaczego? Niektórzy z Was może się domyślają. Był w ostatniej fazie alkoholizmu. A że po alkoholu włączał mu się agresor, to było ciekawie. Pracował za granicą, zarobił gigantyczne jak na ówczesne czasy pieniądze. Jego koledzy z kontraktu za swoje zarobki pobudowali domy i zapewnili dobry start swoim dzieciom, a on swoje przepił. Nie zabezpieczył finansowo rodziny.
Po latach poukładałem sobie to wszystko z pomocą psychologa. Dzięki, tato, że zwinąłeś się tak wcześnie. Dzięki temu mama przeżyła, a ja jestem DDA tylko w niewielkim stopniu.
Jak byłem w podstawówce (8 lat!), to wpadłem na genialny pomysł, żeby założyć mafię. Dokładnie nazywaliśmy to "bandą". W całej szkole moich rówieśników było 50 osób. Do mojej mafii należało jakieś 40 osób i od "niezrzeszonych" 10 zbieraliśmy haracz. Za huśtanie się na placu zabaw, za karuzelę, za siedzenie na ławkach itp. Kto nie płacił, to wpie**ol. Oprócz tego były składki członkowskie. Za składki ja i mój kolega chodziliśmy po lekcjach na lody.
Dopóki rodzice się nie dowiedzieli, to żyłem jak Pershing. Ale jak się dowiedzieli, to też skończyłem prawie jak on.
Dodaj anonimowe wyznanie