Będąc w podstawówce otrzymałem zadanie domowe z matematyki. Treść brzmiała podobnie jak to zadanie: "Pani Asia ma w domu 2 okna o wymiarach 1 m x 1,5 m i 4 okna o wymiarach 2 m x 1,5 m. Czyścicielowi okien trzeba zapłacić 5 zł za m2 okna. Ile pani Asia musiałaby zapłacić czyścicielowi, jeśli chciałaby go zatrudnić, aby umył wszystkie okna w domu?".
Obliczyłem, w szkole sprawdzałem wyniki z innymi z klasy i wszyscy w klasie mieli wynik równy 75 zł, a ja 2x większy, czyli 150 zł.
Na matematyce miałem wyjść na środek klasy i opowiedzieć zadanie domowe. Podałem swój wynik i otrzymałem pytanie "Karol. Dlaczego masz 2x większy wynik niż wszyscy?". Długo nie zastanawiając się odparłem "A co? Z drugiej strony okna mają być brudne?".
Kiedy mój syn miał 4 lata, przyszedł do mnie w środku nocy, obudził mnie i zapytał, czy może spać ze mną, bo sam się boi. Zgodziłam się, przytuliłam go i zasnęłam. Po chwili moje dziecko budzi mnie ponownie i mówi: "Mamo, czy mogę iść spać do swojego łóżka? Ty chrapiesz tak bardzo, że ciebie się boję bardziej".
Oddałam psa. Nikt nie miał na niego alergii, pies był całkiem grzeczny, ułożony. Dlaczego?
Mój jedenastoletni syn od kilku lat nudził nam z mężem o zwierzę. Nie mam nic przeciwko psom ani kotom, ale nigdy nie chciałam ich mieć - pracuję zdalnie, mąż rzadko bywa w domu, więc znaczna większość obowiązków spadłaby oczywiście na mnie, a ja zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Ale że syn był bardzo zdeterminowany i jednak powoli przestawał być dzieckiem, zdecydowaliśmy z mężem, że jeżeli to on będzie się psem zajmował, to możemy przygarnąć nowego członka rodziny. Zanim zaczęliśmy wybierać, wzięliśmy syna na rozmowę, gdzie dobitnie dałam mu do zrozumienia, że pies będzie jego odpowiedzialnością, i czy jest gotowy na wychodzenie na spacery kilka razy dziennie, sprzątanie po nim i inne tego typu codzienne sprawy. Syn rozpromieniony, oczywiście potakiwał ochoczo i obiecywał, że będzie robił wokół psa wszystko. Powiedziałam też, że jeżeli z obowiązków nie będzie się wywiązywał, pożegnamy się z psem. Także przytaknął.
Zapewne domyślacie się dalszej części historii. Syn po kilku tygodniach zaczął kompletnie lekceważyć obowiązki. Nie przychodził do domu o określonych porach, wysyłał lakoniczne SMS-y, że siedzi u kolegi i będzie tam do późna, niemal co rano wstawał tuż przed wyjściem do szkoły i kiedy przypominałam mu o wyjściu z psem, dostawałam tylko oburzone okrzyki, że chcę żeby się spóźnił do szkoły i że przecież widzę, że on nie ma czasu. Byłam wściekła, bo tak jak się spodziewałam, cała opieka nad psem spoczęła na moich barkach. Mąż na początku wstawiał się za synem i mówił mi, że przesadzam, ale odkąd zasugerowałam, żeby po dziesięciogodzinnej zmianie to on wychodził na spacer z psem, to zrozumiał mój punkt widzenia. Wzięliśmy syna na poważną rozmowę, przypomniałam mu, że nie taka była umowa i że obietnic należy dotrzymywać. Od nowa zaczął obiecywać, że teraz na pewno się poprawi. Postawiłam sprawę jasno - jeszcze jeden wybryk w ciągu najbliższych dni i żegnamy się z psem. Syn wyraźnie sądził, że blefuję, bo już dwa dni później nie informując mnie wcześniej został u kolegi aż do wieczora, po powrocie reagując na moje słowa wzruszaniem ramionami.
Następnego dnia z mężem zaczęliśmy szukać domu dla naszego psa. Prawie od razu zgłosiła się młoda para, na początku po usłyszeniu historii trochę się zaniepokoili, że za kilka dni możemy zachcieć psa z powrotem, ale zapewniłam ich, że na to nie ma szans. Stwierdziłam, że muszę być konsekwentna.
Syn zareagował na wiadomość bardzo źle, nazwał mnie potworem. Przesyła mi zdjęcia z internetu, że psy to nie zabawki, że to żywe istoty i trzeba brać za nie odpowiedzialność, kiedy już znajdą się pod naszym dachem. W swoim zachowaniu nadal nie widzi nic złego.
Przeczytałam tutaj kilka wyznań o relacjach damsko-męskich, a na końcu wyznanie kolesia, który spotykał się z trzema laskami naraz i wybrał tę z lepszymi genami. I wiecie co? Komentarze do wyznania mnie przeraziły. Zabawne jest to, jak szkalowany jest facet. Gdyby taką samą sytuację miała kobieta, że sobie wybiera lepsze geny, to już byłoby bardziej OK. Potwierdzę te słowa - kobiety robią tak samo.
Mam siostrę, która olewała wszystkich porządnych kolesi, bo według niej nie wyglądali, aż w wieku 19 lat zaciążyła z bad boyem, z którym obecnie nie jest. Alimenty płaci jej państwo, a koleś jak dowiedział się, że za alimenty mają wsadzać do więzienia, a zadłużenie miał już naprawdę spore, to wyjechał z kraju i już prawdopodobnie nigdy nie wróci.
Jak wyglądała jej sytuacja? W poniedziałek randka (imiona zmyślone) z Markiem, we wtorek randka z Tomkiem, w czwartek znów z Markiem, a w międzyczasie jeszcze jakiś inny facet. Ciągnęła po kilku kolesi naraz, bo musiała dobrze wybrać. W końcu sobie ułożyła życie, ale w wyniku chłodnej kalkulacji, bo jak stwierdziła - dziecko jest najważniejsze. Na końcu spotykała się coś ponad miesiąc z dwoma kolesiami i jak opowiadała (bo mamy dobry kontakt), jeden, mając firmę, mógł jej dać znacznie więcej niż ten drugi, który miał zaledwie średnią krajową i jakieś małe mieszkanie na kredyt.
Siostra żyje teraz na poziomie i ja też się z tego bardzo cieszę. Ale do czego zmierzam? Jak ktoś ma możliwość, to zawsze będzie przebierał w partnerach, czy to facet czy kobieta. Tak nas natura skonstruowała i nic tego nie oszuka. Oceniamy ludzi i będziemy oceniać, a jeżeli ktoś mówi, że to wnętrze w człowieku jest najważniejsze, to niech opowiada takie bajki dzieciom. Zauważyłam, że mówią tak tylko osoby nieatrakcyjne, ale w sumie… no co one mają innego mówić, kiedy uroda i aparycja u nich leży i kwiczy. Wnętrze jest ważne dopiero, jak opakowanie się podoba lub jest co najmniej akceptowalne. Minusujcie, krytykujcie, ale taka jest prawda. Widzę to też po swojej znajomej - ona się do mnie śmieje, że jak podchodzi do niej jakiś brzydal, to cokolwiek będzie mówił i jakkolwiek nie byłby zabawny i tak go spławi, a jak podbija przystojny, to może niewiele mówić i będzie to słodko-tajemnicze.
Nawet dzieciom w bajkach się wpaja, że brzydkie osoby są złe, a piękne są dobre. Skoro wnętrze się liczy, to po co są potrzebne kobietom kosmetyki, sztuczne rzęsy, a facetom, wzrost i mięśnie itp.? Gdzie w tym jest logika? To samo tyczy się aspektu materialnego. W przypadku mężczyzn, proporcjonalnie im więcej posiadasz, tym szanse na pojawienie się ładniejszej kobiety w twoim życiu rosną. Każda jedna kalkuluje, ocenia, a im ładniejsza, tym ma większe wymagania, bo może wymagać, bo ma mnóstwo adoratorów. Tak działa ludzka biologia i nikt tego nie oszuka.
Mieszkam razem z moją dziewczyną. Od jakiegoś czasu jest dość nerwowa. Ciągłe wahania nastroju, foszy się prawie non stop, często chyba sama nie wie o co itd. Staram się być wyrozumiały i liczę, że wkrótce jej to minie, jednak dziś przeszła samą siebie.
Leżałem sobie spokojnie na kanapie, kiedy nadeszła ona, w seksownym przebraniu pokojówki. Był to jeden z pierwszych tego typu kroków z jej strony, więc tym bardziej czułem się pozytywnie zaskoczony. Usiadłem wgapiony w nią i od razu gotowy do działania, na co ona mruknęła ponętnie "Czy zamawiał pan sprzątanie?". Ja nie myśląc do końca trzeźwo, rozejrzałem się szybko po pokoju. Trzeba tu dodać, że zawsze jest u nas niemal nieskazitelnie czysto, ona nie znosi bałaganu. Na potrzeby sytuacji palnąłem "W sumie to straszny tu syf".
Nastrój prysł jak bańka mydlana. Zrobiła mi awanturę o to, że zarzucam jej, że nie dba o porządek i że jest fleją. Nie odzywa się do mnie.
Przez całe życie myślałam, że wyładnieję, będę wysoka, będę miała chłopaka, dobrą pracę i znajomych... I wiecie co? Mam 21 lat, jestem brzydka, niska, nie mam (i nie miałam) chłopaka, nie mam pracy i znajomych...
Uwaga, może być obrzydliwie....
Ostatnio robiłam dużą imprezę na działce, a że mamy jacuzzi, to stwierdziłam, że w drodze wyjątku je odpalę.
Siedzimy sobie w wodzie, drinkujemy i nagle czuję, jak demon porusza się w moim żołądku. Puściłam subtelnego bąka, który wśród bąbelķów się zatuszował i siedzę dalej. Po kilku minutach wyszłam zapalić i dosłownie w sekundę poczułam, że coś jest nie tak. Szybko owinęłam się ręcznikiem i pobiegłam do toalety. Tutaj chciałabym powiedzieć, że odległość od jacuzzi do domku to jedyne 10 metrów... Jednak te 10 metrów dla mojej dupy okazało się odległością nie do wytrzymania. Już po kilku krokach poczułam rozlewające się ciepło w gaciach. Dobrze, że toaleta była wolna, szybko podniosłam deskę, żeby uwolnić resztę balastu zalegającego w tyłku. No i to był błąd. Okazało się, że zawartość, która rozlała mi się wcześniej w gaciach, nie była tak mała, jak sobie myślałam. Zdejmując majtki, obryzgałam całą dechę i nogi. Chciałam szybko to ogarnąć, bo już czułam, że zrzut się zbliża. No i nie zdążyłam.... dwa dywaniki pod moimi nogami oberwały rykoszetem, no i szyba, która oddziela toaletę od prysznica. Łazienka i ja cała w gównie. Niewiele już myśląc przecisnęłam się pod prysznic i zaczęłam podlewać się wodą, jednocześnie srając, bo zwieracze nie wytrzymały. Żeby tego było mało, zmieniając pozycję pociągnęłam za sobą stojak z kosmetykami, więc teraz już wszystko było w odchodach...
Sprzątanie tego wszystkiego zajęło mi prawie godzinę. Nikt na szczęście się nie pytał gdzie byłam. Jednak smród gówna unosił się do końca weekendu. Z dwojga złego lepiej, że była to łazienka, niż jakbym się miała zesrać do tego jacuzzi....
Byłem w liceum, rok 2008, może 2009, nie pamiętam. Miałem powodzenie u lasek, natura mi nie poskąpiła wyglądu, ale swoją "gadką" wszystko psułem i czar pryskał. Pewnego dnia kumpel, który dość często zmieniał partnerki, kupił większą ilość prezerwatyw. Były różne smaki, udziwnienia, ale jakiś mu nie pasował, bądź jego partnerce i zapytał czy nie chcę odkupić. Pomyślałem "Czemu nie". Wziąłem 3 sztuki, przecież na wszelki wypadek i ksiądz nosi.
Później sprzątając portfel z paragonów itp przyjrzałem się owej prezerwatywie. Jakieś dziwne numery i oczywiście data przydatności - 2014 rok. Spoglądając zaśmiałem się pod nosem i powiedziałem "Ciekawe, czy się wyrobię?".
Nie wyrobiłem się.
Dzwoniła dziś do mnie rozżalona matka, lamentowała, że jej syn, a mój brat jej nie szanuje, krzyczy do niej, nie chce pomóc, kiedy nie potrafi zrobić czegoś na komputerze itp. Prosiła, bym przemówiła mu do rozsądku.
Z mojej perspektywy wygląda na to, że od kiedy z bratem dorośliśmy, role się odwróciły.
Doskonale pamiętam, jak traktowała nas matka, kiedy byliśmy dziećmi. Co dzień krzyki, bicie, pretensje - za głośno się bawimy, nierówno poskładałam pranie, odłożyłam talerze nie do tej półki co trzeba. Kiedyś dostałam lanie, bo zbiłam kubek. Dwa dni później ona zbiła kubek i znów moja wina, bo za blisko brzegu stołu ten kubek postawiłam.
Wiecie, jak mnie uczyła gotować? Dawała składniki na zupę czy ciasto i mówiła, że mam to zrobić. Nic nie wytłumaczyła jak co pokroić czy ile czego dodać. Później wyzywała mnie, że nic nie potrafię.
Nigdy się z nami nie bawiła. Pamiętam tylko zabawy z tatą, dużo pracował, wracał późno wieczorem, ale zawsze znalazł dla nas chwilę.
Dziś ja jestem zamknięta w sobie, nie chcę mieć dzieci, bo boję się powtarzać błędy wychowawcze matki. Brat to nerwus, zapatrzony w siebie i samolubny jak matka.
Uważam, że nie wszyscy ludzie nadają się na bycie rodzicem. Przykre doświadczenia z dzieciństwa siedzą w głowie do końca życia.
Parę tygodni temu miałem dość poważną stłuczkę. Na drogę wbiegł pies, a ja nie chcąc go potrącić zjechałem na pobocze. Jako że auto było dość rozpędzone, a droga hamowania okazała się dłuższa niż to sobie wykalkulowałem, mój samochód wyrżnął w drzewo. Kiedy wyplątałem się z poduszki powietrznej, która wstrzeliła mi w twarz i lekko zakręcony wyszedłem z wraku, pies (ten sam, któremu uratowałem życie kosztem mojego wózka) podbiegł do mnie i boleśnie ugryzł mnie w łydkę...
Dodaj anonimowe wyznanie