Jestem jednym z tych ludzi, którzy w wieku nastoletnim korzystali z życia, teraz już troszkę mniej. Historia będzie dotyczyć podróży na imprezę w domu koleżanki, która mieszkała pod miastem.
Trzech wspaniałych, ze świeżymi dowodami wsiadamy do autobusu podmiejskiego, razem z nami w autobusie znajdowali się lokalsi, którzy właśnie wracali do swoich podmiejskich włości. Jako że byliśmy młodzi i "a ja wypiłem wtedy z butelkę wódki - ha, a ja też, i to bez popity" było na porządku dziennym i bardzo szanowane w naszej małej społeczności, rozmawialiśmy dość głośno o melanżach, podbojach, wyjazdach na melanże. Jechaliśmy już ponad 30 minut po wąskich dróżkach (do tej pory nie wiem jak mieszczą się tam dwa autobusy), a jakieś 20 minut trwał festiwal kto, ile, gdzie nie wypił i jak i ile nie zaliczył lub w jakiej pozycji "zezgonował". Wszyscy, kierowca pewnie też, byli już tym zmęczeni, ale nic nie mówili - "młodość" pewnie myśleli.
W pewnym momencie kolega, który od jakiegoś czasu patrzył w telefon, uciszył mnie i powiedział ikoniczne "Panowie, to nie ten autobus".
Popatrzyłem po ludziach w autobusie, patrzyli się na nas z bardzo szczerymi uśmiechami, niektórzy nawet zaczęli się śmiać w głos. My razem z nimi... i wysiedliśmy na najbliższym przystanku. Podczas wysiadania usłyszeliśmy tylko wybuch śmiechu w autobusie. Kierowca też cisnął ostrą beke. No nie dziwie się :D
Autobus naprawdę był nie ten, lecz jechał podobną trasą. Wystarczyło kilkanaście minut marszu przez pola i dotarliśmy na miejsce imprezy. Nasza historia była hitem i zarobiła dla nas kilka(naście?) kolejek. Mimo przygody, impreza była udana.
W Biedrze jest seria produktów "mleczny start ", na które ot tak, przewrotnie mówię "mleczny finisz". Parę lat temu z chłopakiem staliśmy przy kasie, kupując masę rzeczy, m.in. kaszkę tej marki. W pewnym momencie nie zastanawiając się nad znaczeniem moich słów, powiedziałam tonem zwykłej rozmowy: "Piotrek, zrobisz mi mleczny finisz?".
Jako że był akurat na mnie obrażony, nie odpowiedział. Za to odwrócił się mężczyzna przed nami w kolejce i z uśmiechem dodał: "No ja bym nie odmówił!".
Pracuję w sklepie spożywczym. Wiadomo, na koniec trzeba się rozliczyć i kasa musi się zgadzać. Pewnego dnia brakowało mi 90 zł. Oczywiście byłam załamana tym, że zakup nowych, pięknych bucików się oddalił, bo musiałam dołożyć brakującą kwotę ze swojej kieszeni. Smutna podreptałam do domu.
Na drugi dzień przyszedł do mnie pewien chłopak i wytłumaczył, że wczoraj wydałam mu 100 zł zamiast 10 zł i mi oddał te 90 zł :)
Jak to dobrze, że są jeszcze na świecie uczciwi ludzie.
Mój dziadek zmarł, gdy mój ojciec miał 16 lat. Mnie wtedy nie było na świecie, więc dziadka nie poznałam. Urodziłam się 15 lat po jego śmierci i widziałam go tylko na zdjęciach.
Dziadek był artystą, malował obrazy, jednak mówiono mi, że nikt nie wie, gdzie są jego prace. Mówili, że zaginęły, gdy rodzina się przeprowadziła kilkakrotnie po jego śmierci.
Ze wszystkich jego dwudziestu pięciu wnuków ja jako jedyna odziedziczyłam talent i też maluję.
Około miesiąc temu moja babcia, matka mojego ojca przyjechała do nas i przywiozła ze sobą mały obraz olejny na płótnie, bardzo stary, ale dość dobrze zachowany. Była to martwa natura. Babcia powiedziała, że to jedyny obraz jaki został po dziadku i miała go przez te wszystkie lata, ale nikomu o nim nie powiedziała, bo bała się, że ktoś z rodziny będzie chciał go zabrać, a dla niej jest bardzo cenny. Chciała mi go pokazać.
Jak go zobaczyłam, to serce mi stanęło dęba. Obraz był namalowany w taki sposób, w jaki sama bym to zrobiła. Styl był bardzo zbliżony do mojego, miałam wrażenie, że ktoś sobie ze mnie żarty robi. Na obrazie były pomarańcze i winogrona w misce. Miałam nawet podobny obraz namalowany przeze mnie z tymi samymi owocami, tyle że bez miski. Przyniosłam go i cała rodzina porównała te dwa obrazy. Wszyscy stwierdzili, że styl jest niemal identyczny.
Zastanawiam się teraz co o tym myśleć. Czy to możliwe, ze nawet styl malarski odziedziczyłam po nim, a nie tylko talent i zamiłowanie?
Przez moją nieśmiałość i brak pewności siebie mam problem z poznawaniem nowych osób, więc kiedy spotkałam mojego obecnego chłopaka, byłam bardzo szczęśliwa. Problemy zaczęły się, gdy po prawie trzech latach związku zaszłam w nieplanowaną ciążę i razem zamieszkaliśmy. Okazało się, że dzieckiem muszę zajmować się sama, do tego pranie, sprzątanie, gotowanie. Kiedy próbuję o tym z nim porozmawiać, obraża się i przez minimum tydzień się nie odzywa. Kiedy zmęczyło mnie ciągle narzekanie nieprzynoszące rezultatu, zaczęłam zbierać jego porozrzucane rzeczy z podłogi i rzucać na jego komputer. Zarzucił mi, że trenuję go jak psa.
Przez pierwszy miesiąc po porodzie byłam wykończona. Rozpłakałam się mówiąc, że musi mi pomóc, bo nie daję rady. Usłyszałam, że to szantaż emocjonalny i on sobie na coś takiego nie pozwoli. Za to jest bardzo dobrym aktorem. Przy rodzinie i znajomych zajmuje się małą, pyta, czy coś nie podać, zmywa, jak zabraknie naczyń. Szkoda, że ja wciąż mam zerowe poczucie własnej wartości i nie mam siły powiedzieć stop.
Ostatnimi czasy coraz rzadziej bywam u mojego taty, ponieważ wyprowadziłam się już jakiś czas temu by rozpocząć nową drogę w swoim życiu. Co za tym poszło - ojczulek stał się bardzo wylewny i zasypuje mnie swoimi wspomnieniami. Niedawno opowiedział mi ciekawą historię jednej z moich najstarszych sióstr.
Kiedy Maria była mała, około 6 lat, skarżyła się na ból brzucha. Rodzice wiadomo, najpierw próbowali domowych sposobów, ale nic nie pomagało i w końcu zabrali ją na ostry dyżur. Okazało się, że moja siostra zapchała sobie jelita.. papierem. Zwykłymi kartkami papieru. Nie chciała powiedzieć dlaczego to robiła i właściwie skąd wzięła tyle papieru.
Dwa miesiące później tato przygotowywał komunię starszej siostry i sięgnął po swoją starą księgę kucharską. To co ujrzał wprawiło go w osłupienie - 3/4 stronnic A4 zostało wyrwanych. Tato, jako że jest bardzo bystrym człowiekiem, od razu skojarzył fakty. Po długotrwałej rozmowie dowiedzieli się, że siostra zajadała się przepisami z książki kucharskiej, gdyż była przekonana, że jest to równoznaczne ze zjedzeniem potrawy.
U mojej mamy wykryto przewlekłe zapalenie trzustki. Mam 15 lat, młodsza siostra zaledwie 3 i boję się, bardzo. Czytałam, że chorzy żyją maksymalnie 10 lat, moja mama ma 39 i nie chcę jej stracić. Nie macie pojęcia jak mnie boli, że osoba, którą kocham nad życie, moja najlepsza przyjaciółka umrze w wieku niecałych 50 lat.
Przepraszam, że to piszę tutaj, ale nie mam nikogo, aby się wyżalić. Nie chcę, by moja mama odeszła i zostawiła mnie samą.
Problem z alkoholem to nie tylko przemoc.
Z narzeczonym mieszkamy za granicą. Od początku związku widziałam, że lubi alkohol, jednak nie pije codziennie. Raz w tygodniu jednak, w piątek lub sobotę, w koszyku na zakupy ląduje 0,7l alkoholu. Po dwóch drinkach staje się inną osobą. Taką, która traci rozum, dosłownie jakby mu ktoś wyjął mózg. Butelka zostaje zwykle opróżniona w jedną noc, po prostu typ człowieka, co może pić do lustra. Na moje prośby nie ma żadnej reakcji. Najczęściej spędza całą noc patrząc w telewizor lub grając na konsoli, robiąc bałagan dookoła i zasypia w fotelu, następnego dnia śpiąc do popołudnia. Wspólne plany na weekend zostają utopione w butelce. On nie jest w żaden sposób agresywny, po prostu jakby go nie było, rano często niewiele pamięta. Jednakże sytuacja powtarza się regularnie od lat i jest złożona. Poza tą jedną rzeczą, która od lat podkopuje ten związek, ma wiele zalet i jest inteligentnym facetem.
Mieszkając daleko od wszystkich ciężko mi uciec od tej sytuacji, bo nie mam nawet do kogo wyjść i trochę zmienić otoczenie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia bez niego, ale te epizody wykańczają mnie psychicznie. Na moje prośby i groźby, a nawet sugestie żeby udać się do specjalisty reaguje żartem, uważa, że nic złego nie robi. Mimo że już skończył 30 lat, ciągle tęskni za czasami studenckimi, gdzie codzienne imprezy i codzienne picie były czymś normalnym.
Na co dzień - dusza człowiek, pogodny, pracowity i kulturalny. W weekend - drugie wcielenie Ferdka Kiepskiego.
Z okazji naszej rocznicy upiekłam ciasto. Wszystko było idealnie, aż tu nagle mnie olśniło... Dodałam zmielonych orzechów do spodu! Zamarłam. Przecież mój luby ma na nie alergię! No, trochę za późno. Zdążył już wszamać kilka kawałków. Parę chwil później karetka wiozła go do szpitala ze wstrząsem anafilaktycznym.
No cóż. Przynajmniej smakowało :)
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyłem sobie ja. Wybrałem się z rodzicami popatrzeć na bieg unijny. Miałem wtedy 2 latka i balona w ręku. Uczestnicy biegu stali gotowi na starcie. Niestety bieg rozpoczął się przedwcześnie, bo przebiłem balona.
Dodaj anonimowe wyznanie