#7p7P1

Uczyłem się kiedyś w liceum, mieliśmy tam pewnego nauczyciela. Ten typ dosyć wymagającego, wiecznie narzekającego. Jako że nigdy problemów w nauce nie miałem, zawsze dobrze z nim się dogadywałem. Często w naszych rozmowach (np. na korytarzu czy po lekcjach) wypowiadał się na temat mojej klasy. Narzekał na ludzi, zawsze bardzo kulturalnie, ale jednak. Wypowiadał swoje przemyślenia o poszczególnych osobach, o ich nauce lub jej braku.

Wiecie, co dla mnie jako ucznia było najgorsze? Świadomość, że w każdym przypadku ma rację i nie ma nic takiego, co bym mógł powiedzieć na ich obronę.

#JYw3v

Jak to jest, że czytam w internecie, że ludzie pracujący w gastro WYMAGAJĄ napiwków od klientów? Sama pracuję w gastro od kilku lat i cieszę się z każdej złotówki, jaką dostaję, ale nigdy nie wymagam od nikogo tych pieniędzy. Masz życzenie dać napiwek? Bardzo ci dziękuję, poprawisz mi humor. Z tym że jeśli raz w miesiącu chcesz sobie zrobić przyjemności i napić się kawy w kawiarni/zjeść coś dobrego na mieście, nie znaczy to, że musisz mi zostawić drugie tyle, co wydałeś. 
Błagam, przestańmy normalizować wyłudzenie pieniędzy. Nie naciskamy na ludzi, nie doliczamy jakiegoś gówna do paragonu i nie traktujemy ludzi gorzej, bo nie zostawili nam jakiegoś „grosza”.

#d86bx

Jestem dobrą uczennicą, mam wysoką średnią, biorę udział w olimpiadach, konkursach. Nauczyciele mnie chwalą, rodzice z wypiekami na twarzach zastanawiają się, na jakie studia mnie wysłać. Wszyscy wróżą mi świetlaną przyszłość zawodową. A ja... szczerze mówiąc, marzę o pracy bez ambicji. Takiej, w której nie musiałabym myśleć ani wkładać w nic serca. W której mogłabym emocjonalnie i intelektualnie przewegetować te osiem godzin, by później w domowym zaciszu powrócić do życia i tworzyć sztukę, której nie miałabym odwagi sprzedać, bo zwyczajnie brakuje mi talentu oraz inteligencji, by powołać do życia coś naprawdę dobrego. Chcę spełniać się poprzez dzieła ukryte przed światem i pogłębianie wiary. Chcę być szczęśliwa, nie interesują mnie oklaski ani wysokie honoraria. Wymarzona praca może być nisko płatna, byleby tylko starczyło na dach nad głową oraz jakieś podstawowe potrzeby, tak abym nie musiała polegać na ubogich rodzicach lub partnerze, którego wolałabym nie mieć.

Nie wiem nawet, czy istnieje gdzieś taki zawód. Praca fizyczna wymaga zazwyczaj dobrej kondycji lub umiejętności, których ja nie posiadam. Prawdopodobnie nigdy nikomu się do tego nie przyznam – nie chcę uderzać w mur frustracji, oczekiwań, nacisków i niezrozumienia. Być może przeczytacie kiedyś jakiś felieton mojego autorstwa, może nawet tanią książkę podpisaną moim nazwiskiem. Szkoda. Takie życie.

#JjJFz

Pracuję w kawiarnio-lodziarni od bardzo dawna. Nigdy mi to nie przeszkadzało, lubię tę pracę. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Co drugi dzień słyszę „Zrobi mi pani loda?”, „Taka piękna dama, może popracujesz dla mnie?”, „Jeśli nie masz chłopaka, to się dogadamy, a nawet jeśli masz, to he, he, nie szkodzi!”, „Sama pani ubija tę śmietankę?” itd. 
Dzisiejszy tekst mnie zaskoczył, a myślałam, że słyszałam wszystko. Gościu powiedział, że zrobi mi minetkę, jak w minutkę go obsłużę. Żałuję, że nie dostał ode mnie talerzem... Gdy zwróciłam mu uwagę, że takie komentarze nie są na miejscu, stwierdził, że przesadzam i on tylko żartuje.
 
Nie. To nie jest śmieszne. Jest to obrzydliwe i seksistowskie. Najgorsze, że takie komentarze słyszę od typów 50+. Każdy z nich mógłby być moim ojcem.
Jak wracam do domu, to niedobrze mi się robi, jak o tym myślę.

#Skcax

Zastanawialiście się kiedyś, jak to możliwe, że osoby z depresją nie są w stanie wstać z łóżka? Że uważają, że autentycznie nie są w stanie fizycznie wstać, iść do pracy, do sklepu, do kuchni, do łazienki...? Byłem takim człowiekiem, który nie potrafił postawić się w sytuacji osoby zmagającej się z depresją. Do czasu.
 
Zaczęło się od braku chęci do wszystkich tych rzeczy, które lubiłem robić. Jakoś przestały mi sprawiać radość. Przestałem chodzić na siłownię, przestałem chodzić na spacery z audiobookiem. Motocykl w garażu pokrywał się kurzem. Seriale dostawały nowe odcinki, których nawet nie miałem chęci obejrzeć. Zwaliłem to wszystko na zmęczenie pracą, na obowiązki domowe. W którymś momencie uświadomiłem sobie, leżąc bezczynnie na kanapie, że fajnie byłoby iść spać, ale już nie musieć wstawać. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, że chyba coś jest nie tak. Zignorowałem ją.

Kilka tygodni później snułem się przez alejki w wielkim dyskoncie spożywczym. Coś tam pakowałem do wózka, wiedząc, że zapewne wszystko straci ważność, nim to ugotuję, i resztką sił pchany głodem zamówię jakąś pizzę, która wystarczy na dwa-trzy dni. I wtedy poczułem jakby dreszcz na plecach. Potem kolejny lekki skurcz, i kolejne uczucie płynącego prądu. Wyszedłem przed sklep, usiadłem na ławce, siedziałem na niej do zamknięcia centrum. Jakieś sześć godzin. Ledwie wstałem, w samochodzie siedziałem kolejnych kilka godzin, nie robiąc absolutnie nic. W końcu dotarłem do mieszkania i położyłem się do łóżka. W mojej głowie nie było absolutnie nic. 
Po trzech dniach w łóżku, śmierdzący i zapewne głodny, choć głodu nieczujący, miałem przebłysk – mój własny mózg próbuje mnie zabić.
Ta myśl przychodziła i odchodziła. Czułem, jakbym rozdzielił się na pół. Zadzwoniłem do brata.
Spędziłem trzy miesiące na oddziale w szpitalu psychiatrycznym. Kolejnych szesnaście miałem regularną terapię lekami i psychoterapię. Z faceta 120 kg wagi, gdzie większość stanowiły mięśnie, stałem się przecinkiem ważącym 62 kg. Straciłem większość z majątku – sprzedany motocykl, samochód, dom wynajęty... Wszystko poszło na przetrwanie i raty kredytu. Mieszkałem u brata. Z mojego życia wyciekło przez palce w sumie około dwóch lat. Straciłem je bezpowrotnie.

Da się nie wstać z łóżka.
Da się zrobić siku do butelki po wodzie, da się zrobić dwójkę przez sen, którą się wstrzymywało kilkanaście godzin, bo nie chciało się iść do łazienki.
Da się umrzeć, żyjąc...
Da się zmartwychwstać i wrócić z samego krańca egzystencji.
Nie jest idealnie, ale odczuwanie przyjemności z czegokolwiek jest niesamowicie budujące.

#jXkia

Zacznę od tego, że jestem naukowcem w średnim wieku i mam żonę, którą bardzo kocham. O zdradzie nigdy nawet nie pomyślałem. Problem w tym, że do instytutu w którym pracuję została przyjęta na staż młoda rudowłosa pieguska, taka zaraz po studiach. Trafiła nomen omen do mego biura. I chociaż początkowo było bardzo miło, może nawet za miło, to szybko zaczęła narastać we mnie frustracja. Bynajmniej nie dlatego, że z dziewczyną jest coś nie tak. Przeciwnie, nadal jest bardzo miła, uśmiecha się, zrobi kawkę czasem, itd. Problem w tym, że chyba zakochuję się w niej. To niezwykle wkurzające uczucie, bo wcale tego nie chcę. Ale nic nie poradzę, że jej widok działa na mnie jak narkotyk. Dosłownie można się uzależnić od zapachu jej włosów (gdy siedzę tuż obok tłumacząc jej coś związanego z obowiązkami zawodowymi), od jej słodkiego głosu i perlistego śmiechu, od smukłych dłoni ułożonych na klawiaturze (ma palce długie jak u pianistki). A już najbardziej na mnie działa jej usiana piegami twarz z dużymi zielonymi oczyma tak idealnie dopasowanymi do ognistych włosów powyżej. Mógłbym patrzeć i patrzeć w te oczy, mógłbym utonąć w ich głębi, dlatego muszę się kontrolować i czasem wręcz siłą przekierowuję spojrzenie, by nie spoczęło ono zbyt długo na dziewczynie. Póki co, ona nic nie wiem o moim uczuciu do niej. Nie ma pojęcia, jak szybko mi bije serce na jej widok, ani jak bardzo pocą mi się dłonie w jej bezpośredniej bliskości. Nigdy w całym swoim życiu nie widziałem piękniejszego dziewczęcia.

Jako naukowiec jednak mam świadomość, że wszystko to co się ze mną dzieje, to nic innego jak działanie narkotyku. A ściślej rzecz ujmując – całej serii narkotyków. Ot, chociażby taka dopamina – główny narkotyk miłości. Wywołuje uczucie euforii, motywacji, nagrody i przyjemności. Działa podobnie do kokainy czy amfetaminy – zwiększa poziom energii i obsesyjne skupienie na obiekcie westchnień. Trudno mi skoncentrować się na czymkolwiek innym poza tą stażystką. Następny narkotyk, to noradrenalina (norepinefryna) – hormon ekscytacji zwiększający tętno, ciśnienie krwi i powodujący motyle w brzuchu. Efekt: przypływ energii, nerwowość, pobudzenie – typowe dla początkowej fazy zakochania w której właśnie jestem. Idźmy dalej – Serotonina. Jej poziom spada u zakochanego i dlatego wywołuje ona we stany obsesyjno-kompulsyjne sprawiające, że wszystkie moje myśli krążą wokół rudowłosej piękności.

Dobra wiadomość – na każdy narkotyk organizm się uodparnia, o ile nie dostaje coraz silniejszych dawek. Zła – wygaśnięcie działania narkotyku może potrwać nawet dwa lata. Nie wiem jak to przetrwam. Jakoś muszę. Kocham moją żonę ponad „naćpanie”. Decyzję podejmuję ja, a nie związki chemiczne. A decyzją jest miłość do żony. Koniec kropka

#RFPqe

Jestem chłopakiem, mam 22 lata. Odkąd pamiętam, moja rodzina jest wiecznie skłócona, mam na myśli większość ciotek i wujków mojej rodziny nie lubi i nie utrzymują kontaktów. Co prawda od czasu do czasu były pojednania, ale często musiałem słuchać jako dziecko, że akurat moja rodzina jest gorsza. Najgorzej było jednak z babcią. Babcia jest mamą mojego ojca, z którym również nie mam najlepszej relacji. Mój ojciec ma brata, co jest istotne w tej historii. Gdy byłem młodszy, często musiałem zostawać z babcią, bo rodzice pracowali, szczególnie podczas wakacji. Babcia mieszkała blok za nami, więc tak było najprościej, ale nie dla mnie. Każdego dnia musiałem wysłuchiwać, jak to rodzina brata mojego taty jest lepsza, bo wuja zabiera swoje córki do wesołego miasteczka, wysyła na kolonie itd. Pojawiały się też porównania odnośnie do jego dzieci i mnie, oczywiście ja zawsze byłem tym gorszym, problemem nawet było to, że byłem chudszy (!). Codziennie babcia znajdowała jakiś powód, żeby mnie „ośmieszyć”. Możecie sobie tylko wyobrażać, jak mocno niszczyło to psychikę młodego człowieka.

Dziś babcia ma 75 lat, brat mojego ojca praktycznie nie utrzymuje z nią kontaktu, ja przychodzę tylko gdy babcia potrzebuje z czymś pomocy. Mam wiele żalu za to, co było kiedyś i może byłbym w stanie to wybaczyć, gdyby nie fakt, że po dziś dzień jestem uważany za tego gorszego, nawet mimo tego, że jako jedyny wnuk się nią jakkolwiek interesuję. Do dziś zazdroszczę każdemu mojemu znajomemu, który mówi, że uwielbia spędzać czas czy to z dalszą rodziną, czy to z babcią. Wtedy coś we mnie pęka, bo wiem, że nie było mi dane przeżyć czegoś, co dla wielu jest normalne, a słowo „rodzina” przywołuje mi więcej negatywnych skojarzeń niż pozytywnych.

#8XTW7

Moja już żona złamała mi nos po 10 minutach znajomości... 
Robiłem za mięso armatnie na kursie samoobrony dla kobiet. Leżałem na podłodze, a ona wychodząc do toalety, potknęła się o materac i niechcący trafiła mnie kolanem w nos.
Zacząłem normalnie oddychać już po drugiej operacji :D
Będzie co dzieciom opowiadać.

#bV4Nk

Mam 22 lata i od kilku lat żyję w ciele innej dziewczyny.

Zaczęłam mieć problemy zdrowotne, w wyniku których przyjmowałam leki, od których niestety przytyłam kilkadziesiąt kilogramów przez kilka lat. Kiedyś byłam bardzo wygimnastykowana, miałam filigranową figurę, każdy się tym zachwycał. Teraz jestem uwięziona w ciele, którego nie poznaję. Mam bardzo dziewczęcą i delikatną osobowość, plus głos, który zupełnie nie pasuje do wyglądu. Staram się schudnąć, bo leków już nie biorę, jednak obawiam się, że nigdy już nie wrócę do bycia tamtą piękną dziewczyną.

Dla mnie to bardzo anonimowe i jednocześnie bolesne, ponieważ nikt nie zna tego bólu, gdy patrzysz w lustro i nie widzisz siebie, tylko jakąś maszkarę.

#FWEH9

Moja matka jest trochę toksyczna i lubi wymuszać na osobach z rodziny i otoczenia zachowywanie się i funkcjonowanie w taki sposób, jakiego akurat ona oczekuje. Jest skrajnie uparta, wykłóca się o najdrobniejsze pierdoły i zawsze szuka problemu.
Pominąwszy regularne kłótnie o drobnostki i zwykłe złośliwości, jest w stanie posunąć się do gróźb, szantażu i czystej podłości wobec losowych osób, rodziny itp. Zawsze, ale to zawsze musi być po jej myśli, wiele rzeczy trzeba ukrywać, by jeść to, co się lubi, spędzać czas po swojemu, kupować co się chce i mieć jakieś swoje poglądy na dowolny temat. Ma jeden bardzo upierdliwy i szczególnie wyróżniający ją nawyk: lubi zabierać rzeczy leżące w domu, psuć je, uszkadzać, często chować pod pozorem sprzątania, umieszczać przedmioty w dziwnych miejscach i udawać, że się nie wie, gdzie są. Zwykle nie są to jakieś szkodliwe kradzieże, po prostu przekładanie przedmiotów nawet czysto symbolicznie, aby „wymusić” stosowanie się do jej zasad. To jej sposób na wpływanie na innych. W dzieciństwie chowała bez śladu zabawki otrzymane od krewnych, które jej nie pasowały, i tłumaczyła, że zabawki zniknęły ot tak. Potrafiła chować przedmioty kupione, wyrzucać opakowania i nawet niszczyć niektóre rzeczy.

Za szczyt bezczelności długo uważałam odpinanie podczas mojej nieobecności  peryferiów, np. myszki od PC i chowanie jej do szuflady w regale, ponieważ „za dużo gram”, ale ostatnio matka przebiła nawet to. Zaczęła mi przekładać okulary w najbardziej chamski możliwy sposób: kiedy zasypiam, ona zakrada się i przekłada je z blatu szafki nocnej do szuflady w szafce albo bardziej „wyrafinowanych” miejsc. Od niedawna chowa tak także leki i inne krytyczne rzeczy pod pretekstem porządków. Bo przecież to jasne, że jak odłożyłam okulary korekcyjne na blat szafki nocnej około północy, to one w wirze sprzątania przed porankiem teleportowały się na półkę w innej części pokoju.

Dochodzi już do tego, że ważniejsze rzeczy trzeba „zakopywać”, by móc je kiedykolwiek zobaczyć, a rutyna dnia codziennego zaczyna się od lokalizowania przedmiotów użytku codziennego po omacku i w nerwach.
Dodaj anonimowe wyznanie