#Gge6n
- Ile??
- 280 km/h.
- Nie no, aż muszę się odwrócić i popatrzeć na debila.
- Dlaczego pani tak mówi?
- Bo nie wiem, czy się jeszcze jutro zobaczymy.
#xBKu1
Znalazłam panią konstruktor, która robiła mi formy, szwalnię znalazłam przez przypadek spotykając swoją dawną dobrą znajomą, której rodzice prowadzili właśnie szwalnię. Stoisko też po znajomości wynajmuję od rodziców drugiej koleżanki. Wszystko szło super. Ale po czasie zaczęły się problemy. Szwalnia zaczęła spychać mnie na dalszy plan, przez co czekałam strasznie długo na towar, który mogłam już sprzedawać i szyć następne, a czynsz za lokal jest przeogromny. Pani konstruktor zdarzało się popełnić błąd, na co ja niedoświadczona przymykałam oko myśląc jakoś to będzie. Muszę zaznaczyć, że w tym czasie brałam tabletki przeciwdepresyjne, bo leczę się na zaburzenia lękowe i nerwicę. I myślę, że przez te tabletki, za czym stał brak asertywności, ludzie zaczęli robić ze mną co chcą, a ja nie miałam w sobie ani odrobiny nerwów. A to krojownia źle wycięła formy, trzeba dokupić materiał, a to szwalnia źle uszyła. Połowa towaru na wyprzedaż. Miesiące mijały, sprzedaż średnia, pieniądze z mieszkania powoli się zaczęły kończyć. Mąż w rozsypce, bo jego zdaniem przebalowałam jego mieszkanie. Sam na lekach, ja je odstawiłam i nagle przejrzałam.
Znów jestem jednym kłębkiem nerwów i nie wiem co będzie dalej. Mąż ma do mnie żal, że nie idzie, że nie potrafię potrząsnąć ludźmi, a ja chciałam iść spokojnie do pracy, ale zrobiłam to dla niego, żeby pobudować dom, bo zawsze o tym marzył. Staram się jak mogę, ale gdyby to wszystko ode mnie zależało... A w konsekwencji straciłam jego mieszkanie i całe oszczędności. Jeśli dowiedzą się o tym moi i jego rodzice to spalę się ze wstydu. Ja z kolei mam straszny żal do ludzi, że nie wywiązują się z obowiązków tak jak należy. Aktualnie weszło mi spore zamówienie. Wydzwaniam do szwalni po 3 razy dziennie, żeby czegoś nie sknocili, aż nie wierzę, że tym razem może pójść wszystko dobrze. Szwalnię zmieniałam już chyba z 6 raz. Mam już dość wszystkiego, najchętniej rzuciłabym to wszystko i zaszła w drugą ciąże i siedziała z dziećmi w domu, ale żal mi tych straconych pieniędzy i ciągnę to dalej. Już sama nie wiem co robić jak odrobić tą kasę i oddać mężowi.
#EzTlU
Jako że było to kąpielisko, było w nim też dużo innych brodzących w wodzie ludzi. Niedaleko miejsca, gdzie przed chwilą stała moja rodzicielka, stał starszy pan. Tata chciał pod wodą złapać za nogę mamusię. Gdy dotknął nogi poczuł owłosienie, coś mu nie pasowało, ale zaczął jechać wyżej... i wyżej... i na końcu egzotycznej podróży złapał delikwenta za przyrodzenie.
Osłupiały wynurza się na powierzchnię, a przed sobą widzi tego starszego pana, który z miną facepalm śmieje się do ojca i mówi: "Panie, ja już za stary na takie zabawy". Mama prawie posikała się ze śmiechu, mojemu tacie do śmiechu już tak nie było.
#BJSmh
A mianowicie nie da się prawie z nikim normalnie pogadać, wszyscy tylko seks, seks i seks.
Przez 3 godziny poszukiwań znalazłem tylko jednego brodacza, z którym nawiązałem sensowną rozmowę.
Powiedzcie mi tylko, czy tak było zawsze?
#QJ9ES
Ania siedem lat temu została wegetarianką, potem weganką. Ja lubię mięso i nabiał więc je jem. Początkowo godziliśmy to bez jakichkolwiek problemów, szanowaliśmy swoje wybory. Dopóki jakiś rok temu Anka nie dołączyła do kilku nawiedzonych wegańskich grup na Facebooku i nie przesiąknęła ich poglądami. Zaczęła nawracać mnie, rodzinę i znajomych, kiedy bezskutecznie, obrażała się. Zaczęła wyrzucać moje jedzenie, o co się kłóciliśmy. Doszło do tego, że zaczęła odtrącać mnie, gdy chciałem ją przytulić czy pocałować, bo podobno śmierdzę zwierzęcymi zwłokami. Kiedy znajomi kilka razy usłyszeli od Anki, że są trupożercami i biorą udział we współczesnym holocauście, zaczęli unikać jej towarzystwa. Moje próby rozmów kończą się kłótnią i fochem.
Mamy też trzyletniego syna. Olek od urodzenia ma problemy z tolerancją pokarmową, na szczęście dzięki dietetykowi wiemy, co mały może jeść, a nawet małymi kroczkami rozszerzamy mu jadłospis. Ku rozpaczy żony, w diecie syna muszą znajdować się drób, ryby i czasem jaja. Posiłki dla Olka i siebie przygotowuję ja, bo Anka potrafi się rozpłakać nad udkiem z kurczaka, który przed śmiercią zapewne okrutnie cierpiał. Dla dobra syna ignoruję jej fochy i karmię małego według zaleceń lekarza.
Ostatnio jednak grubo przesadziła. Bez uprzedzenia wzięła psa ze schroniska, typ wilczura. Lubię psy i nie miałbym nic przeciwko, gdyby to nie był pies z poważnymi problemami - adopcja przeszła błyskawicznie, podejrzewam, że zwyczajnie oddali kłopot pierwszej chętnej. Pomijając fakt, że pies miał zarobaczone jelita, ropę i martwe robaki w uszach, ropiejący oczy (żona zostawiła już u weta prawie dwie wypłaty), jest nieobliczalny. O ile mnie i syna toleruje, czasem tylko warknie, pies rzuca się jak dziki na każde inne zwierzę, nawet ptaki. Załatwia się tam gdzie stoi, w domu zaczyna śmierdzieć. Niszczy co popadnie, na szczęście żona zgadza się żeby nie wchodził do pokoju Olka. Behawiorysta też się ceni, a efektów nie widać, zresztą żona sama z nim tam chodzi.
Zaczynam mieć dość. Kłótni, fochów, smrodu psich siuśków, chowania wszystkiego. Wiem, że to nie wina psa, ale go nie chcę. Żona dobrze wie, że na problemowego psa nigdy bym się nie zgodził, głównie ze względu na synka, dlatego wzięła go za moimi plecami. Uważa, że Olek od początku powinien uczyć się kochać najbardziej pokrzywdzone zwierzaki.
Chciałbym separacji, żeby do żony cokolwiek dotarło, ale boję się, że stracę syna.
#FB3ZU
#1q9n1
Kaśka zawsze była wysoka, bo to u nich dziedziczne. Ma jakieś 182 cm wzrostu, mocno przypakowała i zmieniła się w totalnego chada. Teraz nazywa się Kuba. Ostatnio widziałem ja w szatni na siłowni - sześciopak, klata bez jakichkolwiek blizn (nie wiem, czy miała operację, bo była plaska), kawał łapy i twarz samca alfa.
Nie zrozumcie mnie źle, ale jej zazdroszczę. Była dziewczyną, a ma wszystko to, co każdy facet chciałby mieć. Jak patrzę na nią i siebie, to nie wiem kto tu jest prawdziwym samcem. Moi znajomi traktują go jak normalnego faceta i niektórzy nawet zaczęli z nim współpracować na siłowni. Mnie też polecają, ale wstyd mi o to prosić.
#RLP7z
Mam 3 przepukliny międzykręgowe, czasem ból nie pozwala nawet ruszyć ręką, okropne bóle jelit i torbiel na jajniku. Boję się, że dolegliwości pogorszą się przez ciążę (zwłaszcza bóle kręgosłupa).
Adopcja? Niemożliwa, ponieważ jestem zdolna do tego, aby sama sobie dziecko urodzić (cytat z ośrodka adopcyjnego) i nie zabierać szansy na dziecko osobom bezpłodnym.
Większość koleżanek ma już dzieci, kolejne co kilka miesięcy informują o tym, że powiększy im się rodzina. A ja trwam sobie tak w małej zazdrości, udając, że super i fajnie, ale mnie jest lepiej bez dziecka, wydaję kasę na siebie i mam na wszystko czas (zakupy, seriale, wycieczki, wyjścia). Udaję wielką radość na każdą nowinę o dziecku koleżanki, a w głębi serca jestem smutna, że sama sobie zgotowałam taki los własnymi obawami i strachem.
Mąż? Boi się o mój kręgosłup i choć wiem, że też chce mieć dziecko i na pewno by się bardzo ucieszył, ale też widzę, że podoba mu się życie dla siebie i dla mnie, bez konieczności poświęcania się małej istocie.
Rodzina? Naciska, nieraz chamsko. Sugerują chorobę psychiczną, samolubność, brak chęci poświęcenia zdrowia dla dziecka (cyt. moją mamę: najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe).
Czuję się podle. Naprawdę chcę mieć dziecko, marzę o córce. Są dni, kiedy biorę się w garść i myślę: dobra, raz kozie śmierć, postaramy się zajść! A na drugi dzień wpadam w lęk i panikę. I tak to trwa już 3 lata, a ja czuję się coraz bardziej bezwartościowa i jak mi sugerują... psychiczna.
#aohey
Ubiegłego roku miałam już serdecznie dość. Kilka miesięcy wcześniej zamówiłam najstraszniejsze dekoracje jakie znalazłam w internetach. Gdy odbierałam gigantyczne paczki, dzieci siedziały i przyglądały mi się. Uśmiechałam się do nich i machałam, wyobrażając sobie moje zwycięstwo. Dzień wcześniej, rano, gdy okolica była jeszcze pusta, ruszyłam moje cztery litery. Poszło mi sprawnie. Najbardziej byłam zadowolona ze sztucznych, uciętych głów. Dodatkowo polałam je sztuczną krwią, doskonale. Na moim trawniku pojawiły się tabliczki. "Spójrz w górę", "Jeśli zadzwonisz lub zapukasz...", "odetnę ci głowę i powieszę na balkonie". Obmyśliłam też doskonały plan B, jakby dzieciaki jednak zapukały.
Nastał późny wieczór i małe potworki, zaczęły wyłazić ze swoich przytulnych norek. Obserwowałam je przez okno. Przemieszczałam się po domu, niczym 007, uważając, aby nie zauważyły mojej obecności. Stanęły przed moim domem i analizowały dekoracje. W końcu ich małe stopy wpadły ma moje terytorium, obniżając moją obronę o 40 punktów. Przyczaiłam się przy drzwiach co dało mi +10 do sprytu. W ręce trzymałam nóż (+20 do obrony), ale oni mieli tarcze, które były przy okazji kamuflażem (+50 do obrony). Nie miałabym, szans, gdyby nie torebeczka ze sztuczną krwią. Dzieci zapukały, a ja grzecznie otworzyłam. Uśmiechnęłam się psychopatycznie, a następnie podniosłam nóż do szyi, tak jak widziałam w horrorach. Nacisnęłam nim mocniej i przebiłam, magiczną torebkę z sztuczną krwią, która opryskała wszystko dookoła. Upadłam na ścianę tak dramatycznie, że nawet aktorka, by się tego nie powstydziła.
Dzieci odbiegły z wrzaskiem. Ja wychodzę z mojego problemu i nawet zostałam ochrzczona najlepszą sąsiadką na zawsze. I tak na marginesie, mam już pomysł na następne halloween.