Żyję w rutynie.
Skończyłem 26 lat. Na koncie dyplom studiów pierwszego stopnia. Mam umowę o pracę na czas nieokreślony. Dorabiam w weekendy. Mam psa.
Od poniedziałku do piątku wstaję codziennie o 5:30 i idę biegać oraz wyprowadzam psa. Pracuję od 7 do 15. Po pracy wracam do domu i idę na siłownię lub basen. Robię tak dlatego, bo pracę mam w trybie siedzącym, więc trzeba się trochę poruszać. Wracam zmęczony - wykorzystując resztkę sił eksperymentuję w kuchni, dbam o rośliny, czytam - nigdy nie miewam na tyle energii, żeby jeszcze gdzieś wyjść na dłużej.
W sobotę i niedzielę wstaję przeważnie o 8 rano. Przerwa od ruchu. Idę do pracy od 9 do 17. Po powrocie z pracy w sobotę robię zakupy, w niedzielę odsypiam/kładę się wcześniej spać.
I tak już od ponad dwóch lat. Bez przerwy.
Przez ten czas zanikło całe moje życie towarzyskie. Od ponad dwóch lat nie byłem na żadnym piwie z kumplami. Nie byłem na żadnej randce. Gdyby nie pies, do którego mogę się odezwać, pewnie bym zwariował.
Prowadzę taki tryb życia dlatego, bo już niewiele mi brakuje do zakupu własnego mieszkania za gotówkę, co jest moim "marzeniem" i względnym wyznacznikiem stabilizacji życiowej. Tylko, żeby to osiągnąć potrzebuję jeszcze ok. 2 lat. Nie zamierzam brać kredytu, ponieważ boję się, że skończę z ręką w nocniku, że nagle stracę pracę, podupadnie zdrowie.
Prowadzę praktycznie życie bez problemów. Kolejne dni mijają... nim się zorientowałem zaczął się już wrzesień. Z jednej strony mając tyle zajęć nawet nie zastanawiam się nad tym, czy czegoś mi brakuje. I nie zauważam, że robię się coraz starszy i coraz bardziej jestem samotny. Z drugiej strony dla większości osób mogę się wydawać po prostu "nudny" - bo nie robię nic ciekawego, moje życie nie jest atrakcyjne. Nie potrafię sobie znaleźć nikogo do życia... bo nawet nie mam kiedy.
Mam sporą nadzieję, że gdy osiągnę swój cel to przystopuję.
Jest zalew, jest wesoła rodzina, masa ludzi, jako że jest to dość popularne miejsce wypoczynku, i jestem ja. Wesoły 16 latek, który przyjechał się kąpać i bawić. Piękna pogoda, w ciul osób, większość zażywa kąpieli, to samo i ja czyniłem. Mój tato też postanowił to zrobić, choć nie potrafi za bardzo pływać, i zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Będąc w wodzie trafił na spadek na ponad 2 metry, zaczął się topić. Byłem wtedy na drugim brzegu ok 20 metrów dalej i widzę, że coś jest nie tak. Ojciec macha rękoma, gdy tylko odwrócił się w moją stronę zobaczyłem całą czerwoną twarz i to, że co chwilę wypluwa wodę. Oznaczało to tylko jedno. Bez namysłu wskoczyłem do wody i co sił płynąłem w stronę mojego ojca, krzycząc co chwilę "RATUNKU, CZŁOWIEK SIĘ TOPI!".
To nic że dookoła jest z 30 osób, nikt nie reaguje. Podpłynąłem do ojca i co? Tonący brzytwy się chwyta. Złapał mnie za rękę i wciągnął pod wodę. Na szczęście potrafiłem usunąć chwyt z przedramion i wydostałem się z uścisku. Złapałem go i zacząłem ciągnąć w stronę brzegu. Gdy tylko poczułem ląd pod nogami, zaparłem się i wyciągnąłem go z wody. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze.
Jak bardzo chciałem wydrzeć się i zacząć wyzywać wszystkich ludzi dookoła. Jak ludzie możecie być tak bardzo obojętni na to, co się dzieje dookoła was? Nie bądźcie obojętni, bo nigdy nie wiecie, co może przydarzyć się wam. Co jeśli w sytuacji zagrożenia życia, ktoś właśnie wam nie pomoże?
Mało brakowało a jadalibyśmy teraz obiady w zaświatach...
Mam 31 lat i pierwszy raz w życiu się zakochałam. Wiecie, te sławetne motylki w brzuchu, chęć spędzania z tą osobą każdą wolną chwilę i inne takie... Uwielbiam jego dojrzałość, znam go chyba lepiej niż kogokolwiek na świecie, on wie o mnie więcej niż ktokolwiek inny... Imponuje mi swoją wiedzą, pracowitością, a przede wszystkim dojrzałością... Wiem, że ten mężczyzna czuje to samo, ale oboje bronimy się przed tym jak tylko się da.. A dlaczego?
Chłopak jest 8 lat młodszy ode mnie. Ale taki problem to nie problem, prawda? Idźmy dalej... W przyszłym roku się żeni. Idźmy dalej. Ja od kilku lat jestem mężatką, matką trójki dzieci. Wyszłam za mąż w wieku 23 lat, nie jest to małżeństwo z miłości, z rozsądku. Wzięłam ślub z czystej przekory, młode, głupie dziewczę, które chciało udowodnić wszystkim, że umie bawić się w dom.
Wiem, że nie byłabym w stanie zdradzić męża, jest naprawdę wartościowym człowiekiem i ostatnie czego chcę to skrzywdzić go... Dlatego bronię się ze wszystkich sił, próbuje nie myśleć, nie odpisuję na wiadomości, staram się jak mogę unikać go w pracy... Ale nie oszukam swoich myśli, jest w nich od rana do późnej nocy, zamykam oczy i widzę jego szczery śmiech, śnię i w tych snach jest tylko on... Ten stan trwa już od miesięcy, pęka mi serce i wiem, że nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji...
Szósta rano, czyli właściwie środek nocy. Wsiadam do tramwaju, znajduję miejsce, śpię. Podchodzi kanar. Czy mam bilet? Mam. Czy skasowany?
- O kurczę zapomniałam. Środek nocy jest. Po ludzku zapomniałam.
- Ale pomalować się to pani nie zapomniała.
- ...
- I bardzo dobrze, kobieta bez biletu to jednak przyjemniejszy widok, niż kobieta bez makijażu. Pani śpi dalej, ja pani skasuję...
Wiele razy przewijał się tu temat rodziców, którzy mają niepełnosprawne dziecko. Powołują na świat kolejne, by miał się kto opiekować tym chorym kiedy oni już się zestarzeją. Opowiem Wam historię mojej kuzynki Magdy.
Jej córka urodziła się z porażeniem mózgowym, na domiar złego im była starsza tym coraz częściej miała napady padaczki. Wymagała opieki 24/h. Kiedy kuzynka była przed 40, uznali z mężem, że to ostatni dzwonek by postarać się o rodzeństwo dla Jagody. W ten sposób na świecie pojawiła się druga córka Zuzia, na szczęście zdrowa.
Kiedy Zuzia miała niecały rok Jagoda zmarła. Trudny czas dla rodziców, każdy im współczuł i wspierał.
Minęły 2 lata. Moja kuzynka przyszła do mnie wczoraj na pogadać. Żaliła się, że zdecydowali się na drugie dziecko tylko z uwagi na Jagodę. Chcieli żeby był ktoś kto przejmie opiekę nad nią kiedy oni nie będą w stanie. Teraz Jagoda nie żyje, a ona w wieku 43 lat siedzi w "pieluchach". Biadoliła że jest na to za stara, że jej koleżanki mają już dorosłe dzieci. A ja no cóż, w ogóle jej nie współczuję. Nie popieram obarczenia rodzeństwa chorą siostrą czy bratem. Tym bardziej, że Magda otwarcie przyznała, że gdyby nie choroba Jagody, Zuzi nie byłoby na świecie.
3 lata temu zaszłam w ciąże. Byliśmy z mężem bardzo szczęśliwi. Pojawiły się mdłości, które pewnego dnia całkowicie ustąpiły. Budziło to trochę mój niepokój, ale miałam mieć wkrótce wizytę u lekarza, która wypadała w połowie 3 miesiąca ciąży. W noc przed wizytą koszmar- czarne gałki oczu płodu. Rano po przebudzeniu zauważyłam plamienie.
Lekarz mnie poinformował że niestety ciąża martwa. Szok. Noc nieprzespana. Smutek z powodu straty dziecka przeplatał się ze strachem przed wizytą w szpitalu, w którym czekało mnie czyszczenie. I teraz Wam opiszę jak wygląda to w szpitalu. Na izbie przyjęć w szpitalu położniczym podaję babie kartkę z drukowanym napisem ABSOLETA - obumarcie płodu.
Baba na mnie z mordą co jej tu daje i co na ma se z tym zrobić. Moją odpowiedź do niej słyszał chyba cały 4 piętrowy budynek. Nie znoszę chamstwa. Trafiłam na oddział ciążowy, jednak w sali nie mogły leżeć dziewczyny w zaawansowanych ciążach z dziewczynami z ciążami martwymi. To zrozumiałe, żeby żadna z nas nie miała dodatkowych traum. Tak więc leżałam z dwiema dziewczynami w tej samej sytuacji co ja.
Przeszłyśmy badanie, po czym dostałyśmy dopochwowo globulki na poronienie. Ból był ogromny. Skurcze porodowe. Dostałyśmy kaczki do których miałyśmy wydalić płód w toalecie na korytarzu, do której w każdej chwili mógł ktoś wejść, bo jak wiadomo w szpitalnych ubikacjach nie ma zamków. Po kilku godzinach męczarni udało nam się poronić.
Ja widziałam tylko kulę w krwi ale dziewczyna nóżki, raczki. Na drugi dzień jedna z dziewczyn dostała pokarm w piersiach. Lekarz nie mógł przypomnieć sobie nazwy leku na to wiec zaproponował owinięcie piersi bandażem. Położna po cichu powiedziała, żeby w ogóle go nie słuchać. Później przyszła inna położna zmierzyć ciśnienie. Zagadała czy nasze dzieciaczki dobrze spały. Myślała ze jesteśmy po porodzie. Koleżanka w płacz. Położna zmieszana zmieniła temat czy byłyśmy już na grobach posprzątać bo za dwa dni wszystkich świętych. Masakra.
Ja na szczęście wyczyściłam się sama, ale te dwie dziewczyny i tak musiały mieć czyszczenie. Po dwóch miesiącach okazało się ze znów jestem w ciąży. Znów strach czy ciąże utrzymam bo lekarze kazali zrobić minimum 3 miesiące przerwy. Dzień przed porodem sen- 3 gołąbki. Mama tata i malutki gołąbek. Ze snu obudził mnie lekarz z informacją, że jadę na porodówkę. Mamy cudowną córeczkę. Może moje wyznanie nie jest anonimowe, bo nigdy nie ukrywałam że poroniłam. Dopiero opowiadając o tym koleżankom i rodzinie dowiadywałam się, że sporo z nich przechodziło przez to samo.
Właśnie dowiedziałam się, że mam mielofibrozę. Boję się umierania, nie wiem jak przygotować na to dzieci. A jeszcze niedawno dobrze się czułam, tak teraz mam transfuzje, żeby móc wyjść ze szpitala. Nie zobaczę ślubu córki, nie potrzymam wnuków... nie dożyję tylu rzeczy... nie zestarzeję się z mężem. Mam dopiero 40 lat, a życie jest już poza mną. To boli, przeraża. Straciłam nadzieję.
Wkurza mnie matka mojego narzeczonego. Wszystko wie lepiej, dogaduje i wtrąca się. Kupiliśmy dom, który jest do wyremontowania. Narzeczonemu pomaga jego matka, bo ja jestem w zagrożonej ciąży i mój wysiłek musi być umiarkowany. Mimo wszystko i tak z nim jeżdżę, żeby posprzątać lub coś poukładać. Gdy dom zaczął już w miarę wyglądać ja zaczęłam częściej jeździć a teściowa rzadziej. Byłyśmy kiedyś razem i pierwsze co powiedziała do mnie: ty wiesz, że te firanki ŹLE powiesiłaś?
Od tego są te sznurki żeby firankę zmarszczyć! Zawsze musi wtrącić swoje dwa grosze. Mi byłoby wstyd zwracać uwagę komuś jak ktoś ma porobione w domu. Ja się nie wtrącam do niej jak ona ma porobione. Firanki powieszone idealnie za to okna brudne jakby z kilka lat niemyte. Od samego początku mnie nie lubiła bo plotkować nie lubię, nie jestem wygadana, nie jestem lizusem i jak ona twierdzi zbyt energiczną. Charakter mam całkowicie inny.
Po urodzeniu pierwszego dziecka zamieszkałam z teściami na miesiąc bo nie miałam doświadczenia jak zajmować się niemowlakiem. Bardzo tego żałuję. Nauczyłam się czegoś, to prawda, ale za jaką scenę. Nie wytłumaczyła mi po ludzku tylko mówiła podniesionym głosem, że wszystko źle robię. Umyć dziecko źle, przewinąć źle, ułożenie dziecka do snu źle, wygotowanie butelki też źle chociaż sama przed karmieniem butelka zawsze oblizywała smoczek. Skończyło się to gdy poszłam z nią na szczepienie i pielęgniarki solidnie ja ochrzaniły, bo zauważyły co wyprawia. Przez jej akcję płakałam i prawie dorobiłam się depresji poporodowej. Robiła zdjęcia dziecka nie pytając się o zgodę i wysyłała nie wiadomo gdzie bo chciała się pochwalić. Przychodziła położna, dawała rady na temat dziecka, to teściowa się do nich nie stosowała, no bo jak to jakaś młoda siksa mogła się znać lepiej na dzieciach skoro ona trójkę urodziła. Mój facet stawał po mojej stronie, ale postawić się matce nie potrafił żeby swoje zachowanie zmieniła. Teraz przy drugiej ciąży jak różnica wieku będzie niewielka bo tylko 2 lata, boję się znowu się zacznie, ale wtedy będziemy na swoim na szczęście. Cieszę się że nie będę już musiała codziennie jej oglądać.
Uwaga będzie obrzydliwie!
Od razu zaznaczam, że mam ponad roczne dziecko, które bez przerwy wymaga uwagi i nie może przetrzymać tego, że mama wyszła na sekundę do łazienki, a także brak zamka w wyżej wspomnianej łazience.
Historia właściwa: obudziłam się pewnego pięknego, słonecznego, sierpniowego poranka. Poprzedniego dnia dostałam okresu, tak więc pierwsze co zrobiłam to poszłam do łazienki zmienić pampersa. Zaglądam do pokoju dziecięcego patrzę: uff dzieciak jeszcze śpi. Zjadłam szybko śniadanie, wypiłam kawkę i postanowiłam wyjść na balkon zapalić. Od razu zaznaczam, że nie palę więcej niż jednego, dwa fajki na dzień, a czasami nawet w ogóle.
Tak więc palę sobie na spokojne, a nagle czuje bul bul: woho, moje jelita się odzywają myślę sobie. Prut prut jelita się odezwały. Nagle czuje przeszywającą moje ciało falę gorąca. Rzucam fajkę za siebie i lecę jak najszybciej do kibla. Podczas mojego szaleńczego biegu dupsko mnie oszukało i zesrałam się w gacie. Wbiegam szybciutko do kibla, zdejmuje gacie patrzę, a tu większość zostało na podpasce, a połowa na moich udach.
Nagle słyszę malutkie stopki, które stukają o podłogę. Następnie walą w drzwi od łazienki i drą się: mama, mama. A następnie biorą krzesełko (mamy takie malutkie krzesełko i stolik, przy którym dziecko je śniadania, obiady, kolację) i próbują otworzyć drzwi. Ja jedną ręką próbuje się powycierać, drugą trzymam drzwi aby dziecko nie otworzyło i nie zobaczyło matki pół nagiej próbującej wytrzeć gówno ze swoich nóg. W trakcie szarpaniny zachlapałam połowę podłogi krwią, a drugą połową obsmarowałam sobie koszulę nocną.
W końcu postanowiłam się poddać i puściłam drzwi. Dziecko weszło, otworzyło szeroko buzię widząc mamę całą zakrwawioną (gówienko całe szczęście udało mi się powycierać z grubsza), wrzasnęło i uciekło trzaskając drzwiami.
Po tej historii namówiłam w końcu męża na to, aby zamontował zamek w drzwiach, oczywiście nie mówiąc co się dokładnie stało.
Byłam na zakupach z moim narzeczonym w jednym z hipermarketów. Była to zima. Moda jaka jest każdy wie i 90% młodych mężczyzn jest ubrana podobnie, czyli czarna kurtka z "futerkiem" przy kapturze, dżinsy i jakieś ciemne buty. Tak też ubrany był mój facet. Dodać muszę ze zakupy z nim to porażka. Tylko wchodzimy do sklepu ten porywa koszyk i gdzieś znika, a ja z naręczem zakupów muszę go szukać po całym sklepie. Tym bardziej pechowo, że nie ma tam zasięgu. Nie można zadzwonić, by dowiedzieć się gdzie jest, tylko trzeba latać miedzy półkami. Nie inaczej było tamtym razem.
Ja już nieźle wkurzona dostrzegłam go przy płatkach śniadaniowych. Wrzuciłam mu moje zakupy do koszyka. Złapałam za rękę i mówię, żeby się mnie pilnował, bo nie będę tego wszystkiego nosić. Ciągnę go i dalej nawijam, że jeszcze papier toaletowy i margarynę musimy kupić. A mama chciała pół kilo pomidorów.
W tym momencie widzę, że mój facet stoi na drugim końcu alejki i dziwnie się na mnie patrzy. Ja szybko spojrzałam kogo trzymam za rękę i aż mnie zatkało. Ciągnęłam po sklepie około 16 letniego chłopaka, który w niezłym szoku nic się nie odzywał tylko poszedł ze mną :) Jego rodzice stali niedaleko i ze śmiechem przyglądali się całej sytuacji. Przeprosiłam, wyjęłam swoje zakupy i uciekłam. Długo później musiałam znosić docinki narzeczonego, że wolę młodszych.
Dodaj anonimowe wyznanie