#DbfNj

Moja sąsiadka to typowa ciekawska Grażyna. Osobiście bardzo ją lubię, co jest w pełni odwzajemnione, aczkolwiek nie trawią się z moim tatą.

Wszystko zaczęło się od tego, że moja mama wyjechała ponad miesiąc temu za granicę do pracy. Z kolei moja siostra wyjechała na wakacje. Tak też zostaliśmy z tatą sami w domu. Bardzo lubię oglądać gwiazdy, więc wyszłam w nocy do ogrodu, położyłam się na ziemi i podziwiałam. Na moje nieszczęście zabrałam ze sobą słuchawki.

Leżę sobie spokojnie już dobre pół godziny, aż oślepia mnie światło radiowozu i za kilka minut przyjechała jeszcze straż pożarna. Co się okazało? Okazało się, że moja bohaterska sąsiadka ubzdurała sobie iż mój tata zaciukał mamę i siostrę (bo ich nie widziała od kilku dni), a teraz zabił mnie, bo jak mnie wołała to nie reagowałam i leżałam jak nieżywa. Zapytacie teraz no ale po co straż pożarna? "A no bo myślałam, że ten drań będzie chciał spalić małą, żeby nie było śladów". Funkcjonariusze okazali się bardzo wyrozumiali.

#1mMho

Ostatnio spotkałem się z takim chamstwem, że mnie aż zatkało. Zacznę od początku.

Swoją pierwszą pracę miałem w wieku 19 lat, zaraz po liceum. Pracowałem jako kasjer. Wiadomo, że nie zbiję na tym majątku, ale chciałem już powoli zarabiać. Potem w trakcie studiów pracowałem jako kelner oraz w paru innych zawodach. Po skończonych studiach zatrudniłem się w swoim zawodzie.

Przez kilka lat zbierałem doświadczenie, uczyłem się, poznałem dwa dodatkowe języki (wcześniej znałem tylko angielski i rosyjski, douczyłem się niemieckiego i francuskiego, bo praca tego wymagała). Po przepracowaniu 7 lat postanowiłem złożyć coś swojego. Udało mi się. Firma nie jest duża, zatrudniam też paru pracowników. Dochody nie są jakieś ogromne, ale są większe, niż moja dawna pensja. Pracowników staram się dobrze traktować i płacić im godnie. Moja działalność poradziła sobie z "kryzysem koronawirusowym", głównie dlatego, że mogliśmy pracować zdalnie.

Zawsze jak jestem w sklepie, restauracji, itd, to zostawiam napiwek. Chociaż te 10 złotych. Dlaczego? Bo pracowałem w wielu tych zawodach i wiem jak ciężko się tam pracuje. Zwykle zostawiam więc jakieś 50 złotych, nawet jak nie jest to miła obsługa. Zdaję sobie sprawę, że mogą mieć gorszy dzień, jednak wtedy daje tylko coś koło tych 10 zlotych. Oczywiście czasem nic nie dam bo płacę kartą, bądź zapominam.

Ostatnio wracałem do domu taksówką, z pracy. Samochód był w naprawie, więc zostałem do tego zmuszony. Ubrany byłem w garnitur bo praca tego wymaga. Tylko taksówka ruszyła, a gość zaczął opowiadać historię swojego życia, jak to on nie miał lekko i źle w życiu. Potem mówił, że tacy jak jak go wyzyskują i powinienem się wstydzić (chyba po ubiorze stwierdził, że jestem wysoko postawiony w jakimś korpo), stwierdził, że jego rodzice nie mieli tyle pieniędzy aby zapewnić mu taki dobry start jak mi (od rodziców nie dostałam nawet złotówki, no nie byliśmy zamożną rodziną, ale nie mam im tego za złe) on to taki biedny jest. Typo miał może z 30 lat i gdyby naprawdę chciał to na pewno mógłby coś osiągnąć. Gdy dojechaliśmy rzuciłem mu pieniądze w twarz (wyliczone co do grosza) i bez słowa wysiadłem głośno zamykając drzwi.

Ja się staram być uczciwy, pomocny i moralny, a taki gość co mu w życiu nie wyszło (pewnie z jego winy) będzie mnie gnoić, bo zarabiam lepiej. Nigdy się z czymś takim nie spotykałem i dosłownie po tej gadce taksówkarza aż mnie zamurowało...

#ntUDT

Mam 23 lata, więc teoretycznie jestem jeszcze młoda, ale uważam, że udało mi się dużo osiągnąć. Mimo wieku naprawdę dobrze zarabiam, mam etat w prywatnej szkole językowej, pomagam przy organizacji przyjęć i wesel za grube tysiące, dodatkowo kilka razy w roku jeżdżę na szkolenia za granicę (głównie z wizażu, ale także językowe). 


Studiuję zaocznie i mam w planach rozpoczęcie kolejnego kierunku, bo chcę na maksa wykorzystać swoje młode lata i chęć do działania. Rodzice na początku nie chcieli mnie wspomóc, więc to była dodatkowa motywacja, by jak najszybciej się usamodzielnić. Najprawdopodobniej to wpływa na sposób, w jaki patrzę na mężczyzn. Byłam w kilku krótszych i dłuższych związkach, jednak żaden z nich w pełni mnie nie zadowolił. Pierwszego chłopaka miałam w klasie maturalnej. 


Miałam w głowie ułożony plan dotyczący studiów, wyjazdu do większego miasta, zapracowania na nowy samochód. Tymczasem Karol oświadczył mi, że jego zupełnie zadowoli praca w rodzinnym gospodarstwie, a przy świniach i krowach matura mu nie jest potrzebna. Podobnie uważał Sebastian, z którym byłam później - mimo, że miał 22 lata nie czuł potrzeby zrobienia prawa jazdy i wolał polegać na busach, które przejeżdżały przez naszą wieś dwa razy dziennie.


 Wielokrotnie podawałam mu zalety posiadania prawka i własnego auta, zwłaszcza w sytuacjach awaryjnych i z powodu pracy, ale był innego zdania. Zwierzęta, ciągnik i flaszka w sobotę były szczytem jego marzeń. Podczas gdy moi koledzy chodzili na zabawę do remizy, pili siarczany i robili pierwsze dzieci, ja siedziałam z nosem w książkach i pocieszałam się myślą, że pewnego dnia mi się to opłaci. Dziś dziękuję nastoletniej sobie za takie podejście. 


Rodzice są ze mnie dumni, przy rodzinnych spotkaniach chwalą się moimi sukcesami, wyjazdami do Hiszpanii, Austrii, pokazują zdjęcia. Są to prości ludzie ze wsi, więc obce nazwy i miejsca robią na nich wrażenie. Jestem zabiegana, więc rzadko ich odwiedzam, głównie z okazji świąt albo jakiejś rodzinnej uroczystości. Niemal za każdym razem dostaję oferty matrymonialne od lokalnych "Chłopaków do wzięcia". 


Moi ostatni kandydaci:
- Piotrek, lat 25, umiejętność jazdy kombajnem, dobry, pracowity chłopak, chciałby mieć czwórkę dzieci.
- Mariusz, lat 27, kawałek własnego pola, jego największym marzeniem jest używany Opel i duża rodzina, umie się czytelnie podpisać.
- Stefan, lat 27, grzeczny, mówi "dzień dobry", Polak-katolik, zna pacierz, chciał nawet skończyć szkołę, ale promocja na piwo była zbyt często.

Rodzina zupełnie nie rozumie, że nie interesuje mnie związek z którymś z tych facetów i wolę skupić się na sobie i swoim życiu. To, że jestem jeszcze sama jest dla wielu z nich nie do pomyślenia. Zaczynają krążyć o mnie plotki. Coś czuję, że jeszcze jeden kandydat i przestanę odwiedzać rodzinny Wygwizdów Dolny.

#giG9A

Będąc dzieckiem, jakoś w czwartej klasie podstawówki zainteresowałem się beatboxem (tworzenie muzyki za pomocą narządów mowy). Jak to zazwyczaj z dziećmi samoukami - wychodziło mi to mizernie (oczywiście według innych, bo ja sam uważałem się za profesjonalistę, haha). 

Na przerwie podczas tworzenia jakieś żenującej sekwencji, podszedł do mnie chłopak z szóstej klasy. Zapytał: "Co ty robisz? Dusisz się?". Odpowiedziałem smutnym, zakłopotanym głosem: "Nie... beatboxuję". Chłopak śmiejąc się powiedział: "Ty to nazywasz beatboxem?". I odszedł. Niesamowicie mnie to wtedy zabolało i powiedziałem sobie w myślach, że obiecuję, że coś w beatboxie osiągnę. Że nigdy więcej nie będzie się ze mnie śmiał.

Dziś należę do czołówki w Polsce. Kacper, jeśli to czytasz - dziękuję, że wtedy mnie tak wyśmiałeś. Pewnie gdyby nie Ty, szybko moja pasja z dzieciństwa zniknęłaby. Jednak te słowa dały mi taką motywację, że już sporo osiągnąłem, a jeszcze bardzo dużo przede mną. Mierzcie wysoko, zawsze. A "hejt" i negatywną opinię innych przeobrażajcie w motywację, u mnie się sprawdziło :)

#1mHtz

Było to w technikum, trzecia klasa. Lekcje od ósmej rano do piętnastej. Osiem lekcji. Od rana nie było mojego kumpla. Pomyślałam, że może chory, albo pewnie na wagary poszedł. Mijają lekcje, jedna za drugą. Na ostatniej (od godz. 14:05) mieliśmy mieć godzinę wychowawczą i sporo osób się z niej zrywało. Ja jako że do szkoły dojeżdżam i akurat musiałabym czekać na transport, to zostałam. 

Lekcja się zaczyna, a tu patrzę siedzi obok Marcinek - ów kolega którego cały dzień nie było. Nie zdążyliśmy pogadać bo sorka zaczęła listę obecności sprawdzać. Dochodzi do Marcinka i wyczytuje: "Marcin" po czym od razu mówi do siebie "nie ma" (skoro na wcześniejszych lekcjach go nie było - logiczne). A tu zaskoczenie! Marcin wstaje i dumny odpowiada - "Obecny!". Sorka za zdziwieniem patrzy na niego i pyta: 
- Marcinku a dlaczego cię wcześniej nie było?
- Bo zaspałem... - klasa w ryk. 
Sorka też się uśmiechnęła pod nosem, ale starając się zachować powagę drąży temat. - Jak to zaspałeś na siedem lekcji!?
- No tak, bo zaspałem rano na godzinę ósmą, a że następny autobus miałem dopiero po dziewiątej to poszedłem jeszcze spać. No i znów zaspałem. Kolejny miał być za godzinę więc pomyślałem, że zdrzemnę się jeszcze pół godzinki. No i tak jakoś wyszło że sytuacja powtórzyła się jeszcze raz. Ale w końcu jestem!

Sorka nie uwierzyła w tą historyjkę, ale klasa tak. Znamy Marcinka i wiemy że jest do tego zdolny. Zresztą na przerwie bijąc się w pierś zapewniał nas o autentyczności zdarzeń.

#tfvgl

Byłam wczoraj na imprezie ze znajomymi. Jak to bywa w klubach, obowiązuje zakaz palenia. Poszłam więc sama na dymka do palarni. Palarnia duża, kilka stolików, większość zajętych. Palę sobie w spokoju, lekko już uprocentowana, a tu podbija do mnie koleś, nie pytając czy aby nie mam nic przeciwko, dosiada się i zaczyna bajerować. Pan z tych panów, którzy myślą że kasa załatwia wszystko. Więc mi opowiada ile ma na koncie, ile w portfelu, demonstrując oczywiście na stoliku. Jako że nienawidzę takich typów, mówię mu że nie jestem zainteresowana, żeby dał sobie spokój. A tu nagle gościu mówi głośno: "Dam ci 5 tysięcy jak mi zrobisz loda".

Generalnie normalnie dałabym mu w pysk i sobie poszła, ale tak bardzo mnie rozśmieszył tym, swoim szpanem, przekonaniem o swojej zajebistości, że wybuchłam niepowstrzymanym potężnym śmiechem. Rechotam tam sobie w najlepsze, coraz głośniej, a tu znikąd podchodzi koleś i mówi: "Słuchaj stary, ja ci obciągnę, pięć tysi piechotą nie chodzi". Mina mojego "adoratora" bezcenna.

A ja padłam ze śmiechu, jak ta emotinkonka z GG, turlając się w te i we wte.

#dTiHb

Mój chłopak zaprosił mnie i parę swoich przyjaciół na kolację (podwójna randka). Na początku było okay, ale potem zaczęło być... dziwnie. Muszę na wstępie powiedzieć, że mamy problem z seksem. On nie chce go uprawiać, chociaż naprawdę się staram go zachęcić. Jesteśmy razem już pół roku.

Wczoraj on bardzo się upił i założył sukienkę swojej mamy. Bardzo szybko dostał erekcji (znajomi już poszli wtedy) i nagle stał się chętny, ale mi było jakoś tak dziwnie.

Bardzo go kocham, ale nie wiem, czy jestem w stanie poradzić sobie z tą sytuacją.

#IKZYo

Tata po śmierci mamy poprosił mnie, żebym posegregowała pozostałe po niej ubrania. Część oddaliśmy potrzebującym, część pozostawiłam u siebie w szafie, a pozostałą resztę wyrzuciliśmy. Zachowałam jedną rzecz - grube wełniane ponczo, które mama nosiła zimą. Zostawiłam je sobie tylko dlatego, bo nadal pachnie mamą. Czasem wyciągam je z szafy i łapczywie, staram się wywąchać jak najwięcej tego zapachu. Najchętniej schowałabym go w słoik, żeby nigdy się nie ulotnił...

#d73LR

Ostatnio będąc w Zakopanem, spacerowałam z moim psem po Krupówkach. Nagle właśnie mój pies postanowił się załatwić na środku ulicy. Gdy skończył wzięłam chusteczkę i posprzątałam, aby ktoś w to nie wdepnął. Na szczęście kilka metrów obok był kosz, więc miałam, gdzie wyrzucić "pakunek". 

Całej sytuacji przyglądała się grupka około 20-latków. Niemal tarzali się ze śmiechu. Tak więc pozdrawiam ludzi, którzy śmieją się ze sprzątania po zwierzakach, ale wku*wiają się kiedy w to wdepną.
Dodaj anonimowe wyznanie