Właśnie dowiedziałam się, że mam mielofibrozę. Boję się umierania, nie wiem jak przygotować na to dzieci. A jeszcze niedawno dobrze się czułam, tak teraz mam transfuzje, żeby móc wyjść ze szpitala. Nie zobaczę ślubu córki, nie potrzymam wnuków... nie dożyję tylu rzeczy... nie zestarzeję się z mężem. Mam dopiero 40 lat, a życie jest już poza mną. To boli, przeraża. Straciłam nadzieję.
Dodaj anonimowe wyznanie
Życie nie jest już poza Tobą, jeszcze żyjesz i nie wiesz czy będziesz żyła rok czy dziesięć lat. Twoja reakcja jest zrozumiała, ale walcz z tym brakiem nadziei, brakiem chęci do życia. Czasem warto skorzystać z pomocy psychologa, czasem wystarczy rozmowa z kimś ważnym dla Ciebie. Być może zostało Ci niewiele życia i to niesprawiedliwe i boli, ale przynajmniej od Ciebie zależy jak je przeżyjesz, czy poddasz się już dzisiaj, czy będziesz żyć do ostatniego oddechu. Trzymaj się.
Po pierwsze, szukaj jakiegoś świetnego Hematoonkologa. Po drugie nie patrz na statystyki, większość osób zapada na tą chorobę po 65 roku życie, to znaczy że są znacznie słabsi niż Ty z różnymi chorobami współistniejącymi plus najczęściej leczenie stosowane u osób w tym wieku jest paliatywne. Masz szanse, koniecznie się lecz! Szukaj opcji za granicą, np w Niemczech są świetne kliniki hematoonkologiczne i mają cudownych specjalistów - jeśli nie masz pieniędzy załóż zbiórkę (jak już to zrobisz to daj linka tutaj, a na pewno dostaniesz anonimowe wsparcie). Myśl o dzieciach, o sobie i o tym, że absolutnie nie masz nic do stracenia jak zaczniesz walczyć, możesz tylko zyskać.
@Dkshilll
dokładnie! Najgorsze co możesz zrobić to się poddać i przygotowywać na śmierć. Powiedz rodzinie, zobaczysz jaka pomoc ruszy w Twoją stronę, ludzie mają różne kontakty, które mogą pomóc. Mówię to z własnego doświadczenia, gdy wszyscy się dowiedzieli, próbowali pomóc, kontaktowali się ze znajomymi lekarzami. Walcz! Wszyscy w Ciebie wierzymy i wspomożemy Twoją zbiórkę.
Wyzdrowiejesz módl się o to do samego końca! I nawet po tamtej stronie się nie poddawaj.
modlitwa to tylko strata czasu, nie ma niczego do czego mogłaby ona dotrzeć
jeśli jej to pomoże psychicznie niech się modli przynajmniej będzie miała jakąś nadzieje
A nie lepiej, żeby jakoś sensownie spędziła pozostały jej czas, zamiast klepać paciorki?
Polecam Ci gorąco nowennę pompejańską. Spróbuj wierzę w twoje uzdrowienie.
Choćby dlatego, że, moim zdaniem, religia jest złodziejem. Okrada ludzi z jedynego czasu egzystencji, który mamy. Klep paciorki, dawaj nam kasę, żyj w poczuciu winy i upokorzeniu przed naszym przedstawicielem handlowym, nałóż na swoje życie szereg ograniczeń... Bo jak nie, to zostaniesz wrzucony do kotła z siarką. Ale jak będziesz dostatecznie posłuszny i upokorzony (pełen pokory)..to możesz zostać pucułowatym aniołkiem. No, to teraz: na kolana!
Już wiesz, dlaczego nie?
Serio? Niepewność tego, co stanie się po śmierci.. czy będzie to bliżej nieokreślone niebo, piekło, czy co tam jeszcze wymyślono..ma być bardziej pocieszająca od perspektywy tego, że po prostu znikniesz? Czego ludzie się boją w niebycie? To tak, jakby bać się tego, co było przed urodzeniem..
szinigami, dokładnie tak to wygląda, jeśli ktoś głęboko wierzy modlitwa nie jest dla niego marnowaniem czasu.
Jeśli nie była wykryta za późno, to jest wyleczalna i możesz jeszcze żyć wiele lat. Problemem może być przeszczep szpiku kostnego, a raczej znalezienie dawcy.
Powiedz o tym rodzinie. W końcu i tak zobaczą, że ci się coś dzieje.
Zacznij chodzic do Kosciola, czytac Biblie. Zobaczysz, ze sie wyciszysz, uspokoisz, nie bedziesz sie bac smierci.
Zacznij imprezować, cieszyć się życiem i spędzać czas z najbliższymi. Wykorzystaj pozostały Ci czas najlepiej l, jak to możliwe, aktywnie, w pełni, a nie w pokorze, na kolankach klepiąc paciorki. To upokarzające...
Umbriel, sam jesteś upokarzający, aż do porzygu.
Umbriel, jak twoja loszka zachoruje (czego nie życzę) to będziesz ją "uzdrawiał" w wiadomy dla wszystkich sposób. Właściwe dla naszej kultury i naszej wiary jest szukanie sił, nadziei i uzdrowienia w Bogu, szczególnie jeśli usłyszysz diagnozę czegoś nieuleczalnego. Jesteś obrzydliwym zboczeńcem, miejże trochę godności by nie wypowiadać się w taki sposób w takiej sytuacji.
Dragomir. Loszki to sobie, chamie, szukaj we własnym chlewie. Człowiek posiadający podstawy kultury osobistej nigdy w życiu nie określi tak nieznajomej kobiety. Najwidoczniej jest ci to obce. Nie, żebym się szczególnie dziwił.
Do rzeczy. To, że sam lubisz się na kolanach taplać w religijnym gównie przed wytworem własnej wyobraźni, niego oznacza, że wszyscy są tak tępi. Jeżeli moja partnerka zachoruje, to skieruję ją do lekarza. Mamy coś takiego jak medycyna. Jeżeli ta okaże się bezsilna, uszanuję decyzję chorej. Jeżeli będzie chciała, będę przy niej do końca, dbając, jak tylko będę potrafił. Ja i, jak sądzę, resztą bliskich nam osób. Jeżeli będzie chciała odejść, w tym także jej dopomogę. Zadbam o to, by, cokolwiek się stało, odeszła czując satysfakcję z przeżytego czasu, wsparcie i bliskość kochanych osób i spokój. Bez strachu.
Jedna w tę czy drugą stronę, co to za problem dla ciebie, szybko zorganizujesz jej zastępstwo.
Rozumiem, że mógłbyś się bulwersować gdybym ją nazwał "jedyną", ale "loszka" to żadna obraza dla kogoś, kto żyje w takim...zezwierzęceniu...ani dla jej knura ;)
Bydlę, które w swoim chorym umyśle tworzy obrazy seksualizowanej sześcioletniej dziewczynki, jara się tym, jak może być "otwarta" i co "podejrzeć" mówi o zezwierzęceniu i kreuje się na obrońcę moralności..
No. To teraz widziałem już, chyba, wszystko..
Dragomir, dlaczego osoba niewierząca miałaby się opierać na czymś, co jest - jak sam napisałeś - właściwe dla wiary? Nie jestem wierząca, byłam kiedyś poważnie chora, przeżyłam długotrwały, najgorszy ból, jaki można sobie wyobrazić - nigdy nie przeszedł mi przez głowę cień myśli o bogu. Najbliższe mi osoby odchodziły na choroby nowotworowe - również nigdy, nawet przez ułamek sekundy, nie pomyślałam o modlitwie. Więcej - one też nie.
Nie piszę tego, żebyś się teraz w moim kierunku miotał. Nie wierzę najpierw dlatego, że nie potrafię (nie umiałam już jako małe dziecko), później - bo nie potrzebuję, na końcu dopiero dlatego, że nie chcę i w wielu aspektach uważam za szkodliwe. Chociaż w jednym wierzącym tej naiwności(?) zazdroszczę - chciałabym umieć myśleć, że moich bliskich zmarłych jeszcze kiedyś spotkam, że znów będziemy razem. Niestety, jestem logikiem, analitykiem, "mózgowcem" i mój rozum nie jest w stanie sam siebie przeskoczyć, czy jakoś oszukać. (Jako ciekawostkę powiem, że mój ojciec, mgr biblioznawstwa, po katolickiej uczelni, ale - jak ja - z logiką i umysłem "ścisłowca", również jest niewierzący ;]).
Dobra, napisałam co wiedziałam, nie chcę wchodzić tu w dyskusje, bawić się w przytaczanie literatury i inne bzdety, bo miałam tego po kokardę w pewnym momencie na studiach - bijcie się dalej ;]
Nawet nie wiecie ile dla mnie znaczą Wasze słowa wsparcia. Będę szukać każdej możliwości wydłużenia życia, a na razie staram się wykorzystywać każdą chwilę tu i teraz. Dziękuję Wam bardzo.
Jeśli masz 40 lat, to spokojnie kwalifikujesz się do przeszczepu szpiku. Nie jest najłatwiejszą sprawą znaleźć dawcę ale jest to możliwe. A po przeszczepie można żyć długie lata.
Pod warunkiem, że jest to wczesne stadium choroby, w późniejszym już się nie przeszczepia. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę.
Nie trać nadziei.
Nadzieja umiera, a Ty razem z nią. Taka jest prawda, że jak ktoś ma siły na walkę z choróbą, to żyje dłużej niż ktoś, kto się jej poddaje.
Wejdz na You Tube i posluchaj Mariusza z Odmladzania na Surowo
Tak, ale równie dobrze może się od razu do trumny położyć
Serio? Przecież zdrowa dieta pozwoli odciążyć organizm, który może lepiej zareagować na leczenie. Nikt tego nie proponuje ZAMIAST leczenia, a OBOK. To zadziwiające, że medycyna nie zna lekarstwa na choroby cywilizacyjne, mimo że niemal 100 lat temu jeden z lekarzy odkrył, że komórki nowotworowe metabolizują w warunkach beztlenowych. Dostał Nobla, a osiągnięcie trafiło do szuflady. I dalej szukają, niby mądre głowy, bo kasa musi się zgadzać.