#Swung
Lekarz mnie poinformował że niestety ciąża martwa. Szok. Noc nieprzespana. Smutek z powodu straty dziecka przeplatał się ze strachem przed wizytą w szpitalu, w którym czekało mnie czyszczenie. I teraz Wam opiszę jak wygląda to w szpitalu. Na izbie przyjęć w szpitalu położniczym podaję babie kartkę z drukowanym napisem ABSOLETA - obumarcie płodu.
Baba na mnie z mordą co jej tu daje i co na ma se z tym zrobić. Moją odpowiedź do niej słyszał chyba cały 4 piętrowy budynek. Nie znoszę chamstwa. Trafiłam na oddział ciążowy, jednak w sali nie mogły leżeć dziewczyny w zaawansowanych ciążach z dziewczynami z ciążami martwymi. To zrozumiałe, żeby żadna z nas nie miała dodatkowych traum. Tak więc leżałam z dwiema dziewczynami w tej samej sytuacji co ja.
Przeszłyśmy badanie, po czym dostałyśmy dopochwowo globulki na poronienie. Ból był ogromny. Skurcze porodowe. Dostałyśmy kaczki do których miałyśmy wydalić płód w toalecie na korytarzu, do której w każdej chwili mógł ktoś wejść, bo jak wiadomo w szpitalnych ubikacjach nie ma zamków. Po kilku godzinach męczarni udało nam się poronić.
Ja widziałam tylko kulę w krwi ale dziewczyna nóżki, raczki. Na drugi dzień jedna z dziewczyn dostała pokarm w piersiach. Lekarz nie mógł przypomnieć sobie nazwy leku na to wiec zaproponował owinięcie piersi bandażem. Położna po cichu powiedziała, żeby w ogóle go nie słuchać. Później przyszła inna położna zmierzyć ciśnienie. Zagadała czy nasze dzieciaczki dobrze spały. Myślała ze jesteśmy po porodzie. Koleżanka w płacz. Położna zmieszana zmieniła temat czy byłyśmy już na grobach posprzątać bo za dwa dni wszystkich świętych. Masakra.
Ja na szczęście wyczyściłam się sama, ale te dwie dziewczyny i tak musiały mieć czyszczenie. Po dwóch miesiącach okazało się ze znów jestem w ciąży. Znów strach czy ciąże utrzymam bo lekarze kazali zrobić minimum 3 miesiące przerwy. Dzień przed porodem sen- 3 gołąbki. Mama tata i malutki gołąbek. Ze snu obudził mnie lekarz z informacją, że jadę na porodówkę. Mamy cudowną córeczkę. Może moje wyznanie nie jest anonimowe, bo nigdy nie ukrywałam że poroniłam. Dopiero opowiadając o tym koleżankom i rodzinie dowiadywałam się, że sporo z nich przechodziło przez to samo.
Niestety nie da się ukryć, że w polskich szpitalach panuje burdel.
Trzymajcie się, niech wam córa zdrowo rośnie!
Gratulacje drugiego udanego. Życzę ci żeby zlikwidowalo traumę
To jest skandal, burdel i brak jakiegokolwiek poszanowania do człowieka. Na korytarzu, do kaczek...Jezu porażka. Dzielna jesteś. Powodzenia, trzymaj się.
Moja koleżanka też miała mieć zabieg czyszczenia i przed zabiegiem czekała w pokoju położnych, gdzie przychodziły dziewczyny w zaawansowanej ciąży na ktg. Mowila, że w życiu nie przeżyła gorszego momentu w życiu, gdy czekając na zabieg czyszczenia słyszała bicie serduszek innych dzieci...
Ja nie czaję tej rozpaczy po poronieniach na początku ciąży kiedy wiadomo że zdarza się to bardzo często. Moim zdaniem traumy wynikają z tego z od wiadomości o ciąży wszyscy srają emocjami i potem taki suprajs. Czemu nie można pohamować emocji do momentu jak ciąża będzie w bardziej stabilnym stadium?
A ja nie czaję jak można popisywać się takim brakiem empatii.
Poroniłam w domu, z własnego wyboru. Lekarz podczas wizyty stwierdził, że serce nie bije i przedstawił mi kilka opcji. Nie rozpaczałam, choć była to bardzo trudna chwila.
Rozumiem jednak rodziców, którzy pokochali swoje dziecko w momencie, kiedy zobaczyli pozytywny test ciążowy i nie odmawiam im prawa do żałoby. Bez względu na to, jak bardzo jest się przywiązanym do dziecka, ciąży, płodu, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, to poronienie jest traumatycznym przeżyciem i wszyscy, a personel medyczny w szczególności, powinni wykazać się ogromnymi pokładami empatii i wyrozumiałości.
poniekąd rozumiem. Moja koleżanka dowiedziała się że jest w ciązy.. 4-5 tydzień więc bardzo wcześnie. Powiedziała każdemu. Rodzicom, teściom, znajomym kilku osobom w pracy... Sama mówiłą przy tym aaa jeszcze nie czuje tego, nie dziwie się że kobiety są w stanie robić aborcje tak wcześnie ona też nie czuje jeszcze więzi tym bardziej że nieplanowane i w sumie to jeszcze nie dziecko tylko jakiś zlepek. Dosłownie 2 dni później dzowni wielce zrospaczona że poroniła, wielka żałoba pretensje do świata i wszystkich żyjących. Awantura jak ktoś może nie rozumieć że straciła DZIECKO. Dodam, że sama "żałoba" trwała dłużej niż jej świadomość nt ciązy.
Tragiczna historia, jednak dobrze, że masz swoją córcię... Ja dzięki Bogu nie przeżyłam niczego podobnego osobiście, jednak współprzeżywałam z towarzyszkami na sali, bo - uwaga - na oddziale nikt nie przejmował się, czy dziewczyny, które straciły dzieci, nie mieszają się z tymi przebywającymi tylko na badaniach lub do porodu. Patrząc na ból niedoszłych matek, przylapywalam się na tym, że czuję się winna, iż moje dziecko jest całe i zdrowe... Oczywiście szybko odpedzalam tę myśl. Co nie zmienia faktu, że nie wiedziałam, jak się zachować... Pocieszyć? Co może pocieszyc matkę po stracie dziecka? Płakać razem z nimi? I narażać siebie samą i swoje nerwy? Często po prostu nie mówiłam nic, ale czy to też było dobre..? Co ciekawe, działo się tak dwa razy, w dwóch różnych szpitalach, więc myślałam, że taka praktyka jest powszechna. Nie chcę nawet myśleć o tym, co czuły takie młode matki widząc mnie, przygotowującą się na poród za kilka tygodni...
Tobie w każdym razie gratuluję maluszka i życzę, abyś w życiu przeżywała już tylko radości.
Moja żona przed porodem leżała jakiś czas na patologii ciąży. Kiedyś zobaczylem taką kartę na której przy każdej pacjentce było zapisane która ciąża który poród. Ponad połowa miała różne liczby!
Poronienia są bardzo częste, zwłaszcza w pierwszym trymestrze. Po prostu teraz zwykle wiemy o nich.
Współczuję, to naprawdę okropne co przeżyłaś w tym beznadziejnym szpitalu.
Cieszę się, że masz córeczkę, dużo zdrowia i wytrwałości dla Was!
Lekarz którego lepiej nie słuchać? To skąd on się tam wziął? Egzamin na specjalizację jest bardzo trudny i nie można go zdać wieczorowo ani na płatnych studiach. Chyba że wzięli kogoś z łapanki bez specjalizacji.
W swojej karierze spotkałam kilku lekarzy, których nie warto było słuchać, bo odkąd skończyli studia nie tknęli żadnych książek albo po prostu żyli w swoim świecie, mając swoje przekonania i nie dalo się ich zmienić. Szczególnie ta przypadłość dotyczyła starych profesorów. Hitem był jeden profesor, z którym miałam zajęcia, który nie mógł się nadziwić pacjentce, że nie je mięsa. Potem na korytarzu nas pytał czy kiedykolwiek słyszeliśmy o takim dziwactwie. Jak mu powiedzieliśmy o weganizmie to nie mógł uwierzyć i był w ciężkim szoku. Naprawdę