Cześć mam 27 lat, jestem facetem, mieszkam sam i mam traumę odnośnie... mycia naczyń. Naczynia myję jeżeli już naprawdę nie mam w czym jeść, lub zalegnie się pleść na takim kubku czy talerzu. Herbatę potrafię pić po 15 razy w jednym kubku, kawę tak samo, ale zazwyczaj kupuje napoje w butelkach. Nie stać mnie aby kupować codziennie jedzenie na mieście, a poza tym bardzo lubię gotować, tak więc czasami muszę pobrudzić garnek, a także talerz czy łyżkę.
Trauma powstała w bardzo wczesnym dzieciństwie po tym jak mój ojciec za każdym razem, kiedy moja matka zmywała naczynia podchodził do niej, i patrzył czy nie ma jakiejkolwiek plamki na kubku czy talerzu. Jeżeli była, mój ojciec tłukł ten kubek lub talerz. Raz nawet potłukł talerz na głowie mojej mamy.
Nie piszcie mi abym poszedł do psychologa, bo chodzę do niego już od 5 lat tzn. od tego momentu kiedy wyprowadziłem się na swoje.
Kiedyś, w latach młodości, uzależniłam się od kofeiny. Mama bardzo przejmowała się mną i za każdym razem gdy piłam kawę, truła mi, że w wieku 30 lat będę miała przeróżne choroby serca. Chcąc uniknąć jej gadania, piłam kawę tylko w tygodniu. Mama o 7:15 wychodziła z domu, ja miałam lekcje dopiero na 8:20 (5 min. drogi do szkoły), więc mogłam spokojnie wypić czarną ciecz. Potem zaczęłam palić papierosy. Bardzo posmakowała mi kawa z tytoniem, więc codziennie rano do kubka kawy wypalałam jednego papierosa. Oczywiście o tym moja mama już nie wiedziała.
Pewnego letniego poranka (akurat były wakacje) obudziła mnie chęć na kofeinę i tytoń. Wstałam, poszłam do kuchni, zrobiłam sobie kawę, odpaliłam papieroska i siedzę delektując się chwilą. A tu zaraz do kuchni wchodzi moja mama. Nieprzytomna, ledwo co otwarte oczy, każdy włos w inną stronę i inne tego typu znaki symbolizujące, że dopiero wstała. Zapytała mnie mega spokojnym głosem co robię. Wstałam, podeszłam do lodówki i powiedziałam, że robię śniadanie. Wyjęłam z lodówki bułki, w duchu zadając jedno pytanie: "Jakim cudem bułki były w lodówce?". Zerknęłam na zegar na ścianie, który wskazywał 5:55. Zamarłam. Powiedziałam mamie żeby się kładła spać, bo niedługo jej budzik zadzwoni. Ale jak powiedziałam, tak zrobiła. Mega szybko schowałam bułki do chlebaka, zabrałam kawę i papierosy i biegiem popędziłam do mojego pokoju.
Schowałam w szafie kubek kawy i paczkę fajek, po czym zamknęłam drzwi. Wskoczyłam do łóżka i leżałam z zamkniętymi oczami chwilę. Usłyszałam wkrótce budzik mamy. Po chwili drzwi do mojego pokoju otworzyły się, po czym zamknęły, a ja, cały czas udając, że śpię jednocześnie śmiałam się i płakałam w duchu.
Potem gdy moja rodzicielka wróciła z pracy, opowiedziała mi ze śmiechem, że śniło jej się, że paliłam papierosy w naszej kuchni, a potem wyjęłam bułki z lodówki.
Dawno temu wstawiłam tu historie o zidiociałej dziewczynie brata, która wrobiła brata w dziecko, a po narodzinach podrzucała małego wszędzie, aż w końcu zostawiła go po drzwiami mojego mieszkania.
Idiotka. Wmawia. WSZYSTKIM. Że. Mam. Romans. Z. Sąsiadem-kolegą.
Kurtyna.
Po zostawieniu małego po drzwiami wybuchła afera. Ta tępa dzida obrała strategie, że widziała mnie jak wchodzę do mieszkania mojego sąsiada w objęciach tego sąsiada. Po zostawieniu małego zadzwoniła do drzwi sąsiada i szybko zeszła.
Sąsiad przyznaje, że wszedł do swojego mieszkania, chwile później usłyszał dzwonek, a po otwarciu drzwi zobaczył małego, którego skojarzył ze mną i chłopakiem.
Tylko mnie tam nie było, bo byłam w pracy i mam na to świadków. Wielu świadku. Ba, nawet nagrania z kamer by się znalazły.
Minęły prawie dwa lata od tamtego wydarzenia. Mój brat w końcu kopnął tą kretynkę w dupę. Wygrał się niekończące się naciąganie o małego, a ta dzida wciąż każdemu opowiada, że zdradzam swojego faceta z kolegą. Na początku to było śmieszne, teraz już mniej.
I uprzedzając. Mój facet jest normalny, nie wierzy w te bzdury.
Byłam niedawno na domówce u koleżanki. Jej rodzice pojechali na wakacje, więc korzystając z sytuacji, zrobiła imprezę. Przyszli nasi wspólni znajomi z gimnazjum i kilka znajomych z jej liceum.
Przez całą imprezę rozmawiałam z jednym z jej kolegów, był wygadany, miły, oczytany.
Gdy impreza zmierzała ku końcowi, wymieniliśmy się Facebookami, aby utrzymywać kontakt. Około 3 wrócił z kolegą do domu, ja zostałam na noc u koleżanki.
Po trzech dniach nowy kolega napisał do mnie z propozycją wyjścia na basen. U nas w mieście ten basen to tak naprawdę jezioro zaadaptowane pod basen - jest plaża, zjeżdżania. Poszłam i spędziliśmy miło czas w swoim towarzystwie. Pod wieczór poszliśmy jeszcze do baru, aby za 2 godziny rozejść się do domów.
Napisałam do niego po powrocie, ale przestał odpisywać. Nie odpisywał 2 dni, aż zniecierpliwiona wysłałam mu znak zapytania. Odpisał niemiło, że niestety nie zdałam testu i musi mnie zablokować oraz urwać ze mną kontakt. Na czym polegał test? Chciał sprawdzić, jak wyglądam w stroju kąpielowym i bez makijażu, aby zweryfikować, czy mogę zostać jego dziewczyną.
Dorosły chłopak, który w tym roku pisał maturę. Porażka.
Zdenerwował mnie i zasmucił, więc zwierzyłam się z tego koleżance, organizatorce imprezy, która chodziła z nim do klasy. Ta natomiast powiedziała, że mój niedoszły kolega też jej się zwierzał. Mówił, że bardzo mu się podobam, że świetnie się ze mną rozmawia, spędza czas. Niestety ma dziewczynę (o czym mi nie mówił) i jest ona chorobliwie o niego zazdrosna. Kiedy dowiedziała się o naszym spotkaniu, kazała mu napisać TAKĄ WIADOMOŚĆ i patrzyła, czy ją wysyła. Kazała, bo wiedziała, że po takim tekście nigdy się do niego nie odezwę.
Nie wiem, komu wierzyć. Dlaczego nie dał mi znać? Nie napisał choćby SMS-a potajemnie?
Mieszkam na pojezierzu. Mamy tu dużo jezior, lasów, cisza, spokój - raj dla turystów. Mieszkańcy okolicznych miejscowości wykorzystują fakt, że osób odwiedzających nasze tereny jest dużo. Latem, przy szosie sprzedają różne produkty: truskawki, jagody, grzyby itp.
Pewnego razu wracaliśmy z kolegami trochę podpici z jeziora (kierowca oczywiście trzeźwy). Mijając kolejne produkty na sprzedaż, które stały na stolikach przed domami przy szosie i nikt tych produktów nie pilnował stwierdziłem głośno: Ludzie wystawiają te jagody i jajka przy szosie. Nie boją się, że ktoś się zatrzyma, zabierze i pojedzie bez płacenia, nie czekając aż podejdzie właściciel?
Kolega, który siedział z przodu (najbardziej pijany z nas wszystkich) podłapał temat, ponoć też go to zawsze zastanawiało, że wystawiają i nie pilnują. "Skoro nie pilnują to Krzysiek zatrzymuj się przy stoliku, zapieprz*my coś" - stwierdził. Padło na jajka, stały na stoliku, w wytłaczance. Krzysiek się zatrzymał, a kolega otworzył drzwi, ukradł jajka i szybko odjechaliśmy. Starsza kobieta na podwórku, której ukradliśmy jajka, gdy zobaczyła co zrobiliśmy pokręciła głową." My kontra ta babka 1:0" - wykrzyczał uradowany kolega żartując, że będzie jajecznica na kolację. Parę kilometrów dalej zjechaliśmy na parking żeby zapalić. Kolega wziął tą wytłaczankę, bo chał się podzielić łupem. "10 jajek, po 2 na głowę" - stwierdził. Otworzył, a tam ku naszemu zdziwieniu jajek nie było, były za to cztery mniejsze kamienie (pewnie po to, żeby wiatr nie zwiał wytłaczanki ze stolika). Miny nam zrzedły 10:0 dla tej pani :) Gdy teraz po paru latach przypominam sobie tą sytuację to jest mi wstyd.
Jakiś czas temu pojawiło się wyznanie związane z IQ. Tak się składa, że też mam owe ponad 140 (144) i szczerze mówiąc nie czuję się jakoś specjalnie inteligentny.
Umiejętność rozwiązywania testów to pierdoła. To, że ukończyłem studia inżynierskie, jako jedyny facet z mojej pierwotnej grupy bez urlopu dziekańskiego, że zdawałem wszystko planowo (wcale nie żadne pięć-zero), że miałem pełno zainteresowań, że łatwo się uczyłem itd. itp. ma jakieś tam znaczenie, ale niewielkie. Dziś zarabiam okolice 2 średnich krajowych i czuję się absolutnie niezrealizowany, niespełniony. A nie mam pojęcia, co by mnie spełniło. Wolałbym mieć zawodówkę, a być obdarzony zdolnościami biznesowymi, tą żyłką do interesu. Faktycznie uważam, że ściemniam - pracuję jakieś kilka procent czasu, wyrabiam się, choć jestem bardzo zdekoncentrowany, bardzo ciężko mi skupić uwagę i faktycznie od wielu lat nie rozwijam się. Jakbym się wysycił do pewnego momentu i potem zainteresowania uleciały, nie mam ochoty w nic wnikać, większości rozpoczętych spraw nie kończę, moja praca mnie niezbyt interesuje, wszystko odkładam, przesuwam, nie mam poczucia rywalizacji, ambicji, w nic nie wierzę, czuję się pusty. Nie mam pojęcia, czego chcę, nic mnie nie porywa, nic nie jest pasją. A właściwie coś mnie porywa na chwilę - wnikam, kupuję akcesoria i naraz puff... jakby ktoś wyłączył mi jakiś przełącznik. Przestaje coś dla mnie znaczyć i popadam w apatię do następnego zainteresowania. Jadę w pracy z rozpędu, bo w sumie nauczę się wszystkiego, choć sam wiem, że przyswajam bardzo mało treści - raczej dobrze "nawiguję" pomiędzy kilkoma punktami.
Kiedyś jakoś oczekiwałem, że może IQ mi w czymś pomoże - teraz w wieku średnim marzę o emeryturze, o samotności, o braku rozmów o codzienności, o tym, żeby nikt nie przychodził z problemami, o niczym nie mówił, każdy dał spokój. Czuję się rozczarowany sobą.
Miałem obsesję na punkcie mojej dziewczyny.
Zerwała ze mną, ponieważ ciągle robiłem sceny, śledziłem i kontrolowałam ją, za każdym razem kiedy szła do koleżanek wpadałem w furię i non stop do niej wypisywałem.
Po zerwaniu zrobiłem jej straszną opinie, opowiadałem, że mnie zdradzała etc. Mimo tego wciąż liczyłem na to, że się zejdziemy. Myślałem, że nie wie co o niej wygaduję, a ona wiedziała o wszystkim, jednak to olała i żyła sobie dalej.
Dzisiaj X ma męża, drugie dziecko w drodze, jest wykształcona, ma świetną pracę, piękny dom, podróżuje po świecie i wciąż jest piękna jak wtedy.
Ja natomiast jestem sam jak palec, nie mam znajomych, nie mam kobiety, ponieważ każdą porównywałem do X, o której non stop mówiłem same złe rzeczy. Mam beznadziejną pracę, nie chciało mi się poprawić niezdanej matury, mieszkam u rodziców.
Po rozstaniu wmawiałem sobie, że kiedyś wróci na kolanach, że będę bogaty i jeszcze jej pokażę. Coś mi nie wyszło...
Coraz częściej boję się, że zmarnowałam 10 lat życia.
Mam 29 lat, jestem wykształconą kobietą z ustabilizowaną pozycją zawodową. Może nie na najwyższym szczeblu, ale żyje mi się całkiem dobrze. Od 10 lat też żyję ze swoim chłopakiem, Marcinem. On także nie narzeka na swoją karierę.
Mogłoby się wydawać, że wszystko pasuje, ale jest jeden problem. Brak oświadczyn. Brak ślubu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem panną, która na siłę ciągnie faceta do ołtarza. Owszem, rozmawialiśmy o ślubie, dzieciach i wspólnej przyszłości już po 4 latach związku i ten temat cyklicznie się powtarza. Dałam Marcinowi jasno do zrozumienia, że chcę tego wszystkiego. Mija jednak dekada, znajomi już dawno po ślubie, często już z dziećmi, w małych domkach na przedmieściach, a my nic. Od dwóch lat robiłam aluzje, odkąd ostatnia para z naszej paczki wzięła ślub, ale to nic nie dało. Ostatnio zaczęłam mówić wprost, atakować pytaniami "kiedy ślub?" i strasznie mi się to nie podoba. Może komedie romantyczne mnie skrzywiły, ale zawsze chciałam tego typu miłości, w której nie muszę się upominać o pierścionek i chęć życia jako małżeństwo. Na te werbalne ataki Marcin albo reaguje ciszą, albo głupim pytaniem "a co ci się tak spieszy? I czy musisz się porównywać do innych?". Nie chcę się porównywać i staram się tego nie robić, ale wszyscy jesteśmy na podobnym etapie życia i każdy ze znajomych jest już ustabilizowany.
Obietnice i super opowieści Marcina o gromadce dzieci powoli przestają mi wystarczać i bardzo powoli zaczynam go nienawidzić za mydlenie mi oczu przez 10 lat. Kocham go jak głupia i nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale nie daje mi tego, co obiecywał już dawno. Ile można czekać? Zastanawiałam się już wiele razy nad ultimatum, ale to chyba żadne wyjście. Nie chcę go zmuszać, ciągnąć za sobą na siłę. Nie tak to powinno wyglądać.
Jak patrzę na białe suknie albo dzieci to aż chcę mi się płakać.
Moja mama poroniła 3 dzieci (a zaszła w ciążę w wieku 20 lat), moja babcia to samo. Wiele kobiet z naszej rodziny miało zagrożoną ciążę. Boję się, że z każdym rokiem będzie mi coraz trudniej. Marcin o tym wie. Na moje obawy mówi, że jak chcę mieć dzieci to powinnam nie pić alkoholu i zacząć się badać. Z tym, że to głupia wymówka, bo na kontrolę chodzę raz na pół roku, a piję sporadycznie, na imprezach i to 2 drinki góra.
Po prostu musiałam się wyżalić. Nie wiem co mam robić. Rozmawiałam już o tym nawet z jego mamą i sama nie wiedziała co począć. Parę razy mu wspomniała, że nie robi się młodszy i pora myśleć o rodzinie, ale to nic nie dało.
Chyba będę musiała się z nim rozstać, choć boję się, że mi serce pęknie.
Mój chłopak ma na swoim laptopie folder z różnymi, starymi zdjęciami, w tym zdjęciami swojej byłej dziewczyny, ich wspólne jak się obejmują itd. Kiedyś nie wytrzymałam i tam zajrzałam i ze stresu, że robię coś złego oraz, że z kimś innym był tak szczęśliwy, rozbolał mnie brzuch i musiałam lecieć do toalety.
Wiem wiem, bezprawnie naruszyłam jego prywatność, ale nadal to robię w celach zdrowotnych. Kiedy miewam problemy z zaparciami, znów otwieram ten folder, brzuch wariuje i problem momentalnie znika. Zawsze działa.
Wydarzyło się to, gdy moja mama wyjechała za granicę i mną opiekowała się moja starsza siostra. Dzień jak co dzień. Plac zabaw pod blokiem. Wokół pełno biegających dzieci i ja bujający się na huśtawce. Nagle wpadłem na genialny pomysł: "A sobie skoczę, co mi tam". Jako że lat miałem niewiele, siła w moich krótkich nóżkach była bardzo mała, więc nie zdołałem się wystarczająco wybić podczas skoku.
I tu zaczyna się moja historia. Po skoku wylądowałem pod huśtawką. Niczego nieświadomy podniosłem głowę wprost pod powracające metalowe krzesełko. Rozległ się krzyk i płacz na pół osiedla. Moja siostra szybko przybiegła na plac zabaw i zobaczyła mnie zakrwawionego leżącego na ziemi. Spanikowana wzięła mnie na ręce i zabrała do domu.
Krwawiłem, jak gimnazjalistka w czasie pierwszego okresu. W czasie, gdy moja siostra przeszukiwała domową apteczkę w celu odnalezienia wody utlenionej i bandaży, by zatamować rwący potok z mojej czaszy, ja postanowiłem, iż pójdę do łazienki i sam sobie z tym poradzę. Wziąłem duży, biały "plaster", który leżał w opakowaniu i przykleiłem go sobie na głowę, po czym wybiegłem na podwórko.
Gdy siostra zauważyła, że zniknąłem z domu natychmiast wybiegła przed blok. Widok, jaki ujrzała zwalił ją z nóg, bowiem na placu zabaw zobaczyła mnie biegającego z przyklejoną do głowy podpaską ze skrzydełkami.
Dodaj anonimowe wyznanie