Jakiś czas temu rozstałam się z chłopakiem. Byliśmy ze sobą jakiś rok, ale później zgodnie stwierdziliśmy, że nasze zauroczenie sobą nawzajem nie przerodzi się w miłość. No cóż, nie ma co płakać, życie toczy się dalej.
Niedawno dostałam od tego chłopaka wiadomość, w której zapytał mnie, czy pamiętam bluzę, którą kupił mi na urodziny (to były bluzy dla par z jakimś śmiesznym motywem). Trochę się zdziwiłam, chwilę myślałam, co to ma wspólnego... z czymkolwiek, no ale zgodnie z prawdą odpisałam, że pamiętam. Chłopak się ucieszył i poprosił mnie, żebym przyniosła ją na spotkanie z nim, bo chciałby ją odzyskać. Wtedy moje zdziwienie sięgnęło niemal zenitu, ale żeby nie wyjść na materialistkę, zaniosłam mu tę głupią bluzę. Kiedy mu ją dawałam, powiedział, że trochę głupio wyszło, ale zbliżają się walentynki, a skoro on ma jedną bluzę, to chciał dać swojej nowej dziewczynie drugą, a przecież nie kupi nowych, bo po co mu dwie takie same bluzy. No, zamurowało mnie, ale stwierdziłam, że to nie moja sprawa.
Już po walentynkach spotkałam tę dziewczynę w sklepie. Poznałam ją ze zdjęć, jakie dodawali razem na portalach społecznościowych. Miała na sobie tę nieszczęsną bluzę, a ja, z racji, że miałam wtedy wyjątkowo parszywy dzień, podeszłam do niej i zapytałam się, czy wie, że jej piękne odzienie było już przez kogoś używane. Powiedziała, że wie i że to ona namówiła chłopaka na wyegzekwowanie tego ubrania ode mnie, bo skoro nie mam chłopaka, to co mi po bluzie dla par. I po raz kolejny moja szczena wylądowała na podłodze. I tu bynajmniej nie chodzi o tę głupią bluzę, niech sobie ją nosi (chociaż trochę szkoda, bo była strasznie wygodna ;)), ale o szacunek do samej siebie... Chociaż z drugiej strony, jeśli ta dziewczyna jest tak zaradna na każdej życiowej płaszczyźnie, to być może jeszcze gdzieś o niej usłyszę.
Z Martą byłem ponad 3 lata. Na początku szaleństwo, widziałem jaki burdel miała w życiu. Parę dni przed jej 18 zmarł jej ojciec. Jestem starszy, poczułem, że mogę jej pomóc poukładać sobie w głowie. W tamtym okresie była w związku z moim przyjacielem, którego zdradzała z innym kolegą, a w międzyczasie i ze mną. Gdy o wszystkim się dowiedziałem, dałem jej ultimatum. Skończyła toksyczne znajomości i wydawało się, że będzie dobrze.
Po roku zamieszkaliśmy razem w wynajętym pokoju. Nie było to nic bogatego, ale nam wystarczało. Pomogłem jej znaleźć pracę, wspierałem na studiach, sam też pracowałem i studiowałem. Aż pewnego razu poprosiłem ją o rękę. Potem wróciliśmy do rodzinnej miejscowości. Zaczęło się między nami psuć, głównie przez moją zazdrość – jak się potem okazało, miałem rację. W styczniu zerwaliśmy, ale walczyłem dalej.
Parę dni temu dowiedziałem się, że mnie zdradzała. W mieście – z gościem, który miał narzeczoną w ciąży, a potem małe dziecko. Na wsi – ze swoim byłym. Tego dnia pojechałem do niej, powiedziała mi wszystko. Uderzyłem ją, z bezsilności, bólu i żalu o to wszystko. Potem zmusiłem ją do kontaktu z narzeczoną tego gościa. Zabrałem mu w ten sposób rodzinę i opinię, a Marcie obiecaną na powrót pracę.
Nie żałuję tego, co się stało. Nie żałuję, że zniszczyłem tego człowieka. Zabrał mi ostatni element normalności i mojego świata, a ja mu odpłaciłem. Przez to wszystko przeszedłem trzy próby i jestem na silnych lekach antydepresyjnych. Dzisiaj siedzę w pracy, chce mi się płakać, ale nie mogę. Mam urodziny, ale czuję jakby część mnie już umarła.
Mam ledwie 17 lat, a już ponad 3 lata temu musiałem dorosnąć i być jak dorosły. Nie dość, że doszło mi wychowywanie mojej siostry, to jeszcze babcia z demencją. Jest mi cholernie ciężko, ale nie chcę zawracać tym głowy rodzicom. Mimo to boli mnie, jak widzę, że zamiast zająć się domem, posprzątać, cokolwiek, to wolą oboje zaszyć się w garażu i pić. Nigdy nie będę nastolatkiem, z dziecka musiałem skoczyć od razu do dorosłości. Tak jak inni w moim wieku chcę poczuć miłość, przywiązanie, ciepło, mój jedyny związek to gdy w 8 klasie podstawówki byłem miesiąc w związku. To było kilka lat temu, chciałbym znów doświadczyć miłości, i posiadania walentynki. Chciałbym mieć przyjaciół, z którymi mógłbym wychodzić latem wieczorami, nawet napić się pierdolonego piwa. Nie mogę. Bo obowiązki. Już dłuższy czas z nikim się nie spotkałem w wolnym czasie. Nie mam siły i nie mam osób, które z własnej woli chciałyby ze mną spędzać czas. Mój wolny czas, czyli wieczorem po godzinie 22, spędzam przed komputerem, słuchając gorenoise'u, raw black metalu i grindcore'u. Mam naprawdę dość, myślałem czasem nad samobójem, ale nie mogę, bo nie wiem, co by się stało z moją siostrą, gdyby nie było mnie, który by się nią zajmował. Kocham ją, ale to mnie męczy, nie bylem gotowy na zastąpienie ojca, mimo że go posiada. Koniec wywodu.
Mam praktyki w sporym laboratorium medycznym. Ostatnio siedzę na analizie moczu i kału (czyt. przelewam siku ze słoiczków do probówek). Nie myślałem, że mocz potrafi aż tak śmierdzieć. Czuję ten zapach w nozdrzach nawet kilka godzin po powrocie do domu.
Ostatnio odkryłem doskonałą metodę jak sobie ulżyć.
Przy moim stanowisku jest płyn do odkażania na bazie alkoholu. Zacząłem więc bardzo często pryskać i przecierać blat.
Innymi słowy, upijam się oparami alkoholu, żeby nie zwariować od zapachu moczu.
Nigdy nie czułam się tak samotna, jak odkąd zostałam mamą. Myślę, że tym zdaniem mogę rozpocząć moją historię. Mam 25 lat, a czuję się, jakbym miała 40. Jestem zmęczona i to nie jest tak, że nie wiedziałam, jak będzie. Spodziewałam się, że nie będzie łatwo.
Gdy urodziłam mojego synka, trafił do inkubatora. Nie wspominam pobytu w szpitalu dobrze. Czasem odwiedził mnie mąż, czasem inni, ale wszyscy na chwilę, to oczywiste, a później zostawałam sama. Gdy wróciliśmy do domu, cieszyłam się, że wszystko się poprawi, niestety zmierzyłam się z okrutną rzeczywistością. Mój mąż sporo pracuje, więc wychodzi o 7 rano, wraca przeważnie o 18-19 bądź 20, raczej rzadko wcześniej. Pracują z bratem, z którym także mieszkamy i on tak samo od rana do wieczora poza domem. Jest jeszcze teściowa, która przed 7 wychodzi do pracy i nawet jak kończy wcześniej, to i tak wraca 15 lub 16. Ona też, gdy wraca, to zajmuje się raczej swoimi sprawami. Mały jest fajny na chwilę, ale gdy tylko ja jestem na horyzoncie, to szybciutko jest mi podawany pod pretekstem tego czy tamtego. Mój mąż jest złoty, wiem, że się stara, ale wciąż starałam się mu tłumaczyć, że nie nadrobi wszystkiego w godzinę, a czasem jak wraca, to mały już i tak śpi. Staram się być silna, ale dla mnie to też była nowa sytuacja, zwłaszcza na początku, a i tak byłam praktycznie sama. Staram się także zrozumieć, że jego praca jest ważna, ale dla mnie to przesada pracować tak długo 6 dni w tygodniu. Czasem brakuje mi czasu dla siebie najnormalniej w świecie... Zwykłej rozmowy z kimś dorosłym. Staram się jeździć do mojego domu rodzinnego, ale miewam dni, w których już nic mi się nie chce, nawet wychodzić, gdzie w moim przypadku to aż dziwne. Nie wiem, co mam robić, jak sobie poradzić z tym wszystkim. Dodam jeszcze, że mąż spędza wieczory na zmianę ze mną i małym w pokoju, to znowu na kolejny dzień idzie do brata i oglądają coś bądź gadają i to także mnie denerwuje, bo nie spędzamy dużo czasu razem. W nocy do małego wstaję tylko ja. Ma już 6 miesięcy. Proszę o dobrą radę...
„Choruję” na marzycielstwo dezadaptacyjne. To zaburzenie psychiczne, polegające na nieustannym zatracaniu się w swoich marzeniach i fantazjach, przez co zapominam o otaczającym mnie świecie. Potrafię godzinami siedzieć i marzyć, wszystko, co sobie wyobrażę, jest niezwykle szczegółowe i rozbudowane. Jednak najgorsza jest dla mnie muzyka. Każda piosenka, każdy gatunek powoduje u mnie automatyczne zatracenie się w swojej głowie, wymyślanie nierzeczywistych scenariuszy, zachowywanie się jak nawiedzona (potrafię stać i bujać się w rytm swoich myśli).
Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedna z najgorszych rzeczy, która mi się przytrafiła. Nie potrafię odnaleźć się w życiu codziennym, czas wręcz przelatuje mi przez palce (potrafię się wyłączyć i ocknąć kilka godzin później), izoluję się od ludzi z powodu wstydu, że tak bardzo zatracam się w swojej głowie. Wystarczy, że ktoś na mnie spojrzy, a ja od razu zaczynam sobie wyobrażać, jak może wyglądać życie z taką osobą, może ktoś zwrócił na mnie uwagę, bo mu się podobam. Nie da się tak żyć, a terapia mi nie pomaga, specjaliści są bezradni. Czuję, że długo tak nie pociągnę...
Wiele lat temu jechałem sobie rozklekotanym pociągiem relacji Łódź-Gdynia. Na jednej ze stacji, chyba w Toruniu, do wagonu wsiadł chłopak w długich włosach i przechodząc od przedziału do przedziału kładł na stolikach, mały tandetny breloczek z pocztówką. Na niej napisane było, że gość jest głuchoniemy i że zbiera hajs na cele fundacji zajmującej się leczeniem dzieci z wadą słuchu i mowy. Miło mu jakoś z oczu patrzyło, więc dałem typowi piątaka i stałem się szczęśliwym posiadaczem tandetnego breloczka i pocztówki. Oba te przedmioty wepchnąłem do kieszeni w moich bojówkach.
Dwa dni później kumple z Trójmiasta wyciągnęli mnie na imprezę będącą przeglądem lokalnych zespołów grających ekstremalne odmiany metalu. W skrócie - było to około sześciu godzin nieustannego darcia paszczy. Trafiło się kilka melodyjnych utworów ("Harrrgh gburrgurburrr!") oraz parę chwytających za serce ballad ("AArrghhh burdugurburburrrrr!"). Na sam koniec zagrać miała kapela, która według koneserów gatunku była prawdziwym odkryciem roku i generalnie - cud, miód, świeżynką.
Na scenę wtoczył się zespół ze znajomym mi głuchoniemym chłopakiem z pociągu. Mało tego - gość chwycił za mikrofon i przez bitą godzinę pruł się do niego wyśpiewując trudną do zrozumienia poezję - coś o złamanym sercu, petuniach kwitnących na łące i rączym jeleniu pomykającym po leśnej polanie - no, bo o czymże innym może śpiewać gość z mordką utytłaną mrocznymi flamastrami i łapą przepasaną taśmą izolacyjną nabitą gwoździami?
Po tym występie, który nomen-omen naprawdę był udany, podczłapałem do zespołu, który właśnie pakował swój sprzęt. Zlokalizowałem wokalistę. Czy wspomniałem, że jestem nauczycielem języka migowego i od lat pracuję z głuchymi dziećmi? I w tymże języku właśnie pogratulowałem "głuchoniememu" muzykowi występu. "Eeeee?" - wymamrotał gość. Sięgnąłem do kieszeni spodni i wyjąłem breloczek oraz zmiętą już nieco pocztówkę. Chłopak spalił takiego buraka, że przez jego biały makijaż przebiła soczysta czerwień nadająca jego obliczu świnkowo-różowego odcienia. Uśmiechnąłem się do niego szczerze, a następnie popukałem się w czoło i pokazałem mu faka. Ten przekaz już zrozumiał.
Po chwili obaj wybuchliśmy głośnym śmiechem. Z boku musiało to wyglądać wyjątkowo absurdalnie.
Nienawidzę mojego brata. Jest niepełnosprawny od małego, to on zabrał mi rodziców, to przez niego zostawałam sama w domu na kilka dni w środku tygodnia, to on był bardziej kochany i to nim się każdy opiekował.
Przez niego musiałam szybciej dorosnąć, muszę pomagać więcej w domu BO ON NIE UMIE, BO JEST CHORY, BO BIEDNY. Mam już tego dosyć. Tym bardziej że nie jest aż tak CHORY, chodzi, rozmawia, znęca się nade mną psychicznie jednak nikt nie widzi w tym problemu, ponieważ jest CHORY i nieświadomy.
Podczas jednej z imprez oświadczyłem się mojemu przyjacielowi, oczywiście dla żartów. Takiej odpowiedzi od niego się nie spodziewałem. Powiedział, że bardzo długo na to czekał i że mu się cholernie podobałem od kiedy pamięta.
Nie mam serca go informować o tym, że to tylko żart...
Kiedyś, gdy byłam małą gówniarą usłyszałam wyrażenie "uprawiać seks", jednak nie znałam jego znaczenia. Kojarzyłam tylko, że "to coś" zachodzi między kobietą a mężczyzną.
Razu pewnego tak od niechcenia powiedziałam mojemu bratu właśnie, że chcę z nim uprawiać seks, a on później pół mojego dzieciństwa mnie szantażował, że opowie o tym rodzicom. Całe moje kieszonkowe szło do niego, wszystkie słodycze...
Co za dupek.
Dodaj anonimowe wyznanie