Miałem wtedy około 4 lat. Z tego względu, że miałem 3 starsze siostry ciągle w domu słyszałem ich rozmowy o "babskich sprawach".
Pewnego ranka byłem bardzo zaspany i zmęczony. Oparłem się o szafkę i siedziałem tak dłuższą chwilę.
W końcu mama zapytała się mnie dlaczego jestem taki smutny.
Na to ja odpowiedziałem: Nie wiem, ale chyba niedługo okres dostanę.
Tego dnia nie wzięłam nic do przekąszenia w pracy, tak więc wracając do domu zajechałam do sklepu po kefir i bułkę. Nie taką zwykłą, dla śmiertelników, ale z ziarnami, wykwintną, fit i w ogóle. Po skonsumowaniu tego pszennego dobrodziejstwa i popiciu kefirem przystanęłam przed skrzyżowaniem, gdyż zapaliło się czerwone światło. Obok w aucie siedział niebrzydki chłopak, a ja mając jedną rękę na udzie wymacałam ziarenko po tej bułce, chciałam je "zalotnie" włożyć do ust i je przegryźć (kto nie przegryza ziarenek z bułki, niech pierwszy rzuci kamieniem).
Przegryzłam, było nawet to satysfakcjonujące pęknięcie, ale nasionko nie powinno wylać się jakimś dziwnym płynem... W następnych sekundach akcja potoczyła się szybko - z miną defekującego kota na pustyni wyjęłam z ust przepołowioną larwę, powstrzymałam odruch wymiotny, stopa samoistnie puściła sprzęgło, a tył nowego fiata przede mną zdobył piękne wgniecenie.
Policji i znajomym powiedziałam, że się zagapiłam, chłopak z auta obok odjechał w siną dal, a ja mam na koncie plus do doświadczeń kulinarnych z minusem na zniżki z OC.
Mam ambiwalentny stosunek do mojej ciotki. Jest pomiędzy mną, a nią mniejsza różnica wieku niż między nią, a moją mamą, więc zawsze byłyśmy blisko. Jednak jak urodziła dzieci (bliźniaki) bardzo się zmieniła, a dokładniej ma podejście do życia, którego nigdy bym się po niej nie spodziewała.
Dzieci mają cechy autystyczne, nie mówią. Nie są głupie, są bardzo inteligentne, porozumiewają się pisząc na komputerze, ale kosztuje je to dużo wysiłku i dużo pracy nad nimi. Ojciec dzieci odszedł jak te były jeszcze małe, płaci alimenty, zabiera na wakacje, moja ciotka dostaje na dzieci od niego jeszcze dodatkowo sporo pieniędzy na rehabilitację. Dostaje alimenty, pięćset plus na dzieci, ma też faceta, co zarabia sporo i nie żałuję jej pieniędzy, od byłego męża dostaje też odpowiednik swojej pensji, żeby siedziała z nimi w domu i nie musiała pracować. Ogólnie pieniędzy na życie jej nie brakuje. Ma pieniądze na rehabilitację dzieci, na zrobienie sobie regularnie paznokci, na fryzjera, wakacje 3 razy w roku, co chwilę nowe buty/ubrania. Jedzenie najlepszej jakości (super bio, dieta pod dzieci). Nie zazdroszczę jej, potrafi się ustawić i jest zaradna, ale jakby mi coś nie przeszkadzało, to bym nie pisała wyznania.
Facet, z którym jest, jest dla niej super, ale dzieci nie znosi. Nie wytrzymuje z nimi, krzyczy, dzieci się go boją. Przez to nie zajmuje się nimi jak ona będzie musiała coś zrobić. Pomagają jej rodzice, czyli moja babcia i dziadek. Są już starsi, schorowani, nie mają już tak dużo energii, a dzieci są bardzo wymagające. Dzieci mają odruchy, których nie mogą kontrolować (z powodu choroby). Wiedzą, że czegoś nie wolno, ale czasami nie mogą się kontrolować. Dziadkowie biorą dzieci co tydzień na weekend, odbieranie ze szkoły też jest często obowiązkiem babci, która nie jeździ samochodem. Ciotka w zamian nawet nie zaproponuje pomocy w zakupach. Ogólnie bardzo często zajmują się dziećmi dziadkowie, którzy nie potrafią odmówić, a widać jak bardzo ich męczy zajmowanie się młodymi. Facet ciotki unika dzieci, ale ona go nie zmieni, bo dla niej jest dobry i ma pieniądze, a facet musi mieć pieniądze. Sama dostaje w sumie około 10 000zł + kasa faceta. Dała by sobie radę sama, ale ona musi mieć faceta z kasą, aby płacił za wszystkie zachcianki.
Wkurza mnie podrzucanie dzieci dziadkom, oraz tak bardzo materialne podejście do faceta... Rozumiem, że chce odpocząć czasami od dzieci, którymi się trzeba cały czas opiekować, rozumiem, że potrzebuje pieniędzy na rehabilitację dzieci i przyzwyczaiła się do życia na wysokim poziomie, ale naprawdę nie rozumiem czemu tak bardzo wykorzystuje swoich rodziców.
Pewnego styczniowego popołudnia wybrałam się na małe zakupy do galerii handlowej, coby sobie jakieś ubrania kupić. Istotnym faktem w całej historii jest to, że u kurtki majtają mi się dwa sznurki od ściągacza.
Tak więc gdy wesoło przechadzałam się po sklepach, wspomniany wcześniej sznurek równie wesoło zahaczył o malutki wieszaczek z majtkami. A majtki nie byle jakie - jakieś koronki, stringi, eje meje dzikie węże. Wyszłam ze sklepu, nie wiedząc, że wynoszę te majtki u boku.
Przeszłam kilka sklepów, ale nic zbytnio mnie nie zainteresowało, poza tym że ludzie patrzą na mnie zaciekawionym wzrokiem. Ja oczywiście cały czas nieświadoma, zlałam na to i niezbyt się przejęłam rozbawionymi spojrzeniami.
Nagle coś pacnęło mnie w rękę. Drugi raz. No coś tu nie gra. Łapię za sznurek i w moich dłoniach ukazuje się wieszak. Z majtkami. Zrobiło mi się gorąco jak nigdy. Podbiegłam do ochroniarza z krzykiem "Proszę pana, ja mam majtki!". Pan choć widać, że się skręcał ze śmiechu, odpowiedział tylko: "To do kierowniczki proszę, ja nic nie wiem".
Ja cała czerwona, przecież ja nie jestem złodziejem! Wybiegłam z tamtego sklepu, lecę całą galerię do salonu, skąd bielizna przywędrowała. Cały czas w strachu, że zaraz ktoś zacznie mnie gonić i oskarżać, że ukradłam majtki. Wbiegam, panie kasjerki umierają ze śmiechu, zwracam bieliznę i szybko wyszłam. Ech.
Wybrałam się na zakupy do jednego z krakowskich supermarketów. Przy wejściu zaczepiła mnie bezdomna z pustym kubkiem po kawie z pobliskiej sieciowej kawiarni, prosząc o pieniądze na leki i jedzenie. Byłam w wyjątkowo złym nastroju po egzaminie, przekonana że go nie zdałam, więc nie chciało mi się bawić w pomaganie biednym, odburknęłam mało grzecznie, że nie mam drobnych i weszłam do sklepu.
Wyrzuty sumienia odezwały się już w momencie, gdy byłam przy pieczywie. Z jednej strony rozsądek przekonywał, że te pieniądze to wcale nie na leki, że je na pewno przepije, że parę złotych nie zbawi świata. Z drugiej było mi jej żal - a jeśli po prostu życie jej się tak a nie inaczej potoczyło, a jeśli naprawdę jest chora, a jeśli mnie też to kiedyś spotka i tak dalej. Postanowiłam zrobić większe zakupy i dać jej trochę jedzenia. Kupiłam jakieś pieczywo, mleko, konserwy i inne niepsujące się produkty.
W międzyczasie zadzwonił telefon i przepełnił mnie euforią - koleżanka informowała, że zdałam egzamin! A już byłam przygotowana na sesję poprawkową! Wyleciałam ze sklepu prawie na skrzydłach, chciało mi się tańczyć, pełna wdzięczności do losu pomyślałam, że wrzucę bezdomnej do tego kubka również trochę drobnych z reszty za zakupy - a co tam, najwyżej. Czułam się jak Bono i księżna Diana w jednym. Przepełniona miłością bliźniego podeszłam do bezdomnej i hojną garścią sypnęłam drobniaki do kubka. Kiedy sięgnęłam po zakupy, żeby wręczyć jej część, nasze spojrzenia się spotkały.
Bezdomna musiała gdzieś sobie pójść, a ja właśnie wrzuciłam jakiejś obcej kobiecie pieniądze do kawy...
Jestem człowiekiem, który ma wielki dystans do siebie. Nie przeszkadza mi, jak ktoś coś palnie na mój temat, często sam się z siebie śmieję. Dodam nieskromnie, że mam całkiem rozwinięte poczucie humoru, więc mam całkiem spory zakres ripost. Jednak mam też pewien kompleks. Chodzi o moją szczupłą budowę ciała. Szczupłą to nawet za mało powiedziane. Mam 21 lat i wszystkie próby przebrania na wadze kończą się niepowodzeniem. Od kilku lat na każdym spotkaniu z rodziną słyszę tylko o tym, że powinienem przytyć. Dobra, rodzina jak rodzina. W szkole też słyszałem teksty typu "ale ty jesteś chudy", "masz anoreksję" itp. Starałem się zawsze obrócić to w żart, jednak w środku zawsze czułem irytację.
Pewnego dnia gdy miałem może 17 lat wybrałem się z tatą do KFC. Miałem wtedy strasznie zły humor. Wybraliśmy miejsce w pobliżu grupki osób. 2 laski i 2 dresów i cisną bekę ze wszystkiego. Tata poszedł zamówić jedzenie. Ja siedziałem przy stole.
Nagle słyszę rechot i ciche gadanie na mój temat. Nagle jedna z dziewczyn wyjechała do mnie z tekstem:
- Ej, chudy. Chyba powinieneś częściej tu przychodzić hahaha!
Jak już mówiłem wcześniej miałem zły humor. W połączeniu z moim szybkim wymyślaniem ripost powstała taka oto odpowiedź:
- Masz rację. Ty natomiast powinnaś ograniczyć przechodzenie tutaj.
Po jej twarzy było widać, że odpowiedź ta była wystarczająca, by ją zgasić. Nawet jej bystrzy znajomi powstrzymywali śmiech.
Jednak to nie koniec. Dziewczyna postanowiła jednak kontynuować. Po chwili ciszy który przeznaczyła na myślenie (proces ten musiał ją zmęczyć, bo przyczepiła się do byle jakiej rzeczy).
- I co tak siedzisz w rozkroku jak pacan?
- Już ci się miejsce kończy? Może poproś o drugi stolik - odpowiedziałem znowu po czym już się nie odezwała. Przyszedł tata zamówionym jedzeniem. Nie ma nic lepszego niż smak zwycięstwa.
Dawno temu, w gimnazjum mieliśmy na w-fie stawanie na rękach przy drabince. Nie wiem, jak to się profesjonalnie nazywa, w każdym razie trzeba była podejść do drabinki, złapać dolny szczebel i podnieść nogi z ziemi aż do samej góry. Dopiero się tego uczyliśmy, więc pani stała obok drabinki i każdego asekurowała.
Gdy przyszła moja kolej byłam bardzo pewna siebie, ale niestety... po pierwsze uderzyłam nauczycielkę butem w policzek, a po drugie strasznie głośno puściłam bąka! Ku mojemu zdziwieniu, nikt mnie otwarcie nie wyśmiał, ale nauczycielka aż zwróciła głowę w drugą stronę i zrobiła niewyraźną minę. Mając głowę na dole i tak doskonale słyszałam ten głośny pierd. To jedna z najgorszych wpadek w moim życiu.
To było w zimę. Na budowie mojej przyjaciółki. Była godzina 20, właśnie wracałyśmy z miasta i postanowiłyśmy posiedzieć jeszcze u niej (na tej budowie). Chciała ona iść jeszcze do domu, więc kazała mi iść już do środka, a ona zaraz przyjdzie. Jej podwórko jest położone tak, że piwnica jest na takim spadku, a garaż od drugiej strony na górze. Jak odchodziła powiedziałam jej jeszcze, że tam jest ciemno i się boje. Dała mi ona swój telefon i kazała iść. Z zapaloną latarką zeszłam usiadłam w piwnicy i czekałam minęło 5, 10, 15 minut nic. Pomyślałam, że jak to ona przebiera się, ogarnia i jeszcze gada z mamą. Czekałam na nią cały czas. Po 30 minutach na jej telefon dzwoni mama pomyślałam, że może coś się stało. Odebrałam i nic, cisza po czym się rozłączyła. Ja już taka trochę zdenerwowana stwierdziłam, że chce mnie nastraszyć. Postanowiłam, że nie wyjdę z piwnicy. Po 15 minutach znowu zadzwoniła jej mama. Odebrałam i znowu cisza. Wtedy już całkowicie stwierdziłam, że chce mnie wystraszyć. Wyłączyłam muzykę i czekałam. Równo o 21 znów dzwoni. Ja już taka bardzo zła odbieram i pytam gdzie jest ona odpowiada, że w garażu. Chwila ciszy. Zadaje mi to samo pytanie, a ja ledwo wytrzymując ze śmiechu odpowiadam, że w piwnicy.
Okazało się, że była ona w garażu cały czas i dzwoniła od mamy, a jak tylko słyszała, że jestem gdzieś na budowie rozłączała się i mnie szukała :D
Do tej pory mamy z tego niezły ubaw.
Mam starszego brata, który od zawsze uwielbiał mi robić różne psikusy. Ta historia wydarzyła się, kiedy byłam dzieckiem. Pewnego dnia po jednym z właśnie takich chamskich żartów, przyszedł do mnie z tym żółtym jajeczkiem, który jest w kinder niespodziankach (ten z zabawką). Powiedział, że niestety zjadł już jajko, ale ma dla mnie zabawkę w ramach przeprosin. Wybaczyłam bratu zjedzenie jajka. Ucieszona biorę to żółte jajeczko, otwieram je, a z niego wybiega nagle ogromny pająk. Z wrzaskiem rzuciłam jajkiem na oślep, a mój brat się zesikał ze śmiechu.
Traumę przed tymi jajeczkami mam do dziś. Ale morał z tej opowieści jest taki, żeby nigdy nie ufać braciom.
Będąc małym dzieckiem mieszkałem na wsi, miałem wtedy około 6 lat. Mój dziadek hodował wtedy typowe zwierzęta wiejskie, krowy, kury, kaczki, itd. Jedna z kur chyba bardzo mnie nie lubiła, ponieważ zawsze jak wychodziłem pobawić się na podwórku to ona biegała za mną i starała się dziobnąć mnie w nogę (bo akurat tam dosięgała). Kilka razy jej się nawet udało, a ja wtedy z płaczem biegłem do babci i dziadka i żaliłem się, że "udziobciała" mnie kura.
Pewnego dnia kiedy byłem na podwórku kura znów za mną biegała i udało jej się mnie dziobnąć, ale wtedy ból był mocniejszy, więc znów z płaczem poleciałem do babci i dziadka. Dziadek wtedy bardzo się zdenerwował na tę kurę, wziął z domu tasak i pobiegł do kury, jednym ciachnięciem odrąbał jej głowę i powiedział do niej, że to dlatego, że dziobała mnie w nogi. Kilka godzin później babcia na obiad podała rosół.
Dziadek powiedział do mnie:
- Zła była ta kurka, ale przynajmniej smaczna, a tobie smakuje?
- Tak - odpowiedziałem zmieszany.
Nie do końca zrozumiałem, co dziadek miał na myśli. Ale kilka dni później zrozumiałem, że to był rosół z tej kury, która mnie dziobała. Od tamtej pory gdy wychodziłem na podwórko unikałem kur, bo nie chciałem, żeby dziadkowie robili z nich rosół.
Dodaj anonimowe wyznanie