#ulCK1
Wszystko szło pięknie, wbiłam, usiadłam, okna otwarte, wiatr we włosach, wszystko super. Do chwili gdy pojazd nie stanął w korku. Wiatr z włosów zniknął i zaczęło się robić duszno. Jako że chcąc nie chcąc, organizm był trochę osłabiony więc zaczęło mi się robić słabo. Poczułam, że oblewają mnie poty, nogi jak z waty i ogólnie te klimaty, więc szybciutko wysiadłam na przystanku i cudem doczłapałam się na przystankową ławeczkę.
Usiadłam, podejrzewam że raczej blada i nie wyglądająca zbyt kwitnąco. Obok na ławce siedziała dziewczynka na oko 6 może 7 lat z błyskotliwą mamuśką. Dzieciak spojrzał na mnie i chyba ogarnął sytuację, że coś jest nie tak i rzecze do mamuśki:
- Mamo ta pani chyba źle się czuję. Pomożemy jej?
- Przestań Zosiu, nie patrz na nią, to ćpunka.
#1llOa
#KTvgh
Podczas nieobecności rodziców dokładnie obejrzałam zawartość domowego barku i zauważyłam napoczętą zapomnianą flaszkę wódki, nieznanej mi zagranicznej marki, która stała z tyłu, zasłonięta innymi butelkami. To była idealna okazja, żeby odlać jej część do innej butelki i wziąć na wyjazd.
Udało się. Podczas "szalonej" nocy w pokoju w ośrodku, w którym się zatrzymaliśmy, pierwszy raz piłam wódkę z kieliszka. Była wyjątkowo okropna i ledwo przechodziła przez gardło, dlatego zaczęłyśmy pić ją rozcieńczoną sokiem. Niewiele to pomogło. Impreza zakończyła się totalnym zgonem i rzyganiem moim i kilku innych osób. Nie wchodzac w szczegóły, stwierdziłam że wóda jest obrzydliwa i nie da się jej pić...
Po kilku miesiącach zapomniałam o całej akcji. Nadeszło uwielbiane przez wszystkich święto - tłusty czwartek. Jako że jestem największym pożeraczem faworków w rodzinie, mama zagoniła mnie do roboty i chciała nauczyć przepisu na ten specjał. Przy wyrabianiu ciasta mama poprosiła mnie, żebym przyniosła spirytus, który dodany do masy nadaje faworkom wyjątkowej kruchości. Jakie było moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, że pita przeze mnie pierwszy raz "wódka" tak naprawdę była przelanym do innej butelki czystym spirytusem 98 procentowym...
#PporK
#jODIR
Zanim powiem prawdę, muszę zaznaczyć, że ani ja, ani mąż (jesteśmy po ślubie trochę) nie jesteśmy romantykami. Zawsze uważałam, że chcę mężczyznę podobnego do mnie, bo tylko z takim się dogadam. Jesteśmy szczęśliwi, mimo że ani ja, ani mąż nie pamiętamy o swoich urodzinach, rocznicach ślubu, ważnych datach, nie kupujemy sobie prezentów, nie robimy sobie niespodzianek, cenimy codzienność po prostu.
A teraz prawdziwe zaręczyny.
Z mężem przed zaręczynami znaliśmy się niecały rok. Rano oglądaliśmy wiadomości leżąc w łóżku, gdy mój mąż powiedział:
- Aha, mam dla ciebie pierścionek zaręczynowy w kieszeni w kurtce.
- OK, jak będę szła do łazienki, to sobie wezmę.
Po godzinie wracając z łazienki wyjęłam z jego kurtki pierścionek i założyłam na palec, wróciłam do łóżka, powiedziałam, że piękny i że go kocham. Tego samego dnia zadzwoniliśmy do restauracji zamówić salę na pierwszą wolną sobotę (była za 6 miesięcy) i tyle. Wiedziałam, że będzie się oświadczał, bo tydzień wcześniej wybrałam sobie pierścionek, czyli zero niespodzianek ;)
A teraz dlaczego nie powiedziałam prawdy innym. Wieczorem poszliśmy do znajomych i przyjaciółka zauważyła pierścionek. Powiedziałam jej prawdę o zaręczynach, po czym ona na mnie spojrzała zszokowana, powiedziała, że nie spodziewała się takiego chamstwa po moim M, współczuje mi i ona by nie przyjęła zaręczyn, a w ogóle to powinnam go zostawić, bo będę żałować jak już teraz jest taki (padło to z ust dziewczyny, która się właśnie rozwiodła po dwóch latach małżeństwa, a miała oświadczyny jak z bajki...).
No cóż, przeprowadziłam rozmowę z moim i oboje uznaliśmy, że żeby nie był uważany za świnię, wymyślimy romantyczną historyjkę.
#3SbST
#pVgVq
Bardzo lubię ubierać się na czarno, podkreślić oko, nosić bandany, nieśmiertelnik itp. Moim zdaniem to nic takiego, tylko czasem wyglądam "mrocznie", ale mi to nie przeszkadza. Czasami jednak ubieram się zupełnie normalnie.
Od niedawna wynajmuję nowe mieszkanie, więc jeszcze nie wszystkich sąsiadów ogarniam, tylko tych najczęściej widywanych. Wracałam ostatnio do domu w "normalnym" ubiorze. Spotkałam sąsiadkę, starszą panią, którą mijam codziennie o tej porze. Kultura obowiązuje, więc słuchawki z uszu i mówię "dzień dobry". Oczywiście usłyszałam również "dzień dobry", powiedziane z uśmiechem na twarzy i życzeniem mi miłego dnia.
Następnego dnia wracałam w moim ulubionym stroju. Jak się spodziewałam, spotkałam ową staruszkę. Więc znowu słuchawki z uszu, uśmiech na twarz i "dzień dobry". Jednak tym razem pani sąsiadka dziwnie się na mnie popatrzyła i usłyszałam jak odmawia "Zdrowaś Maryjo".
#iOMem
Nie piję już prawie 3 lata nie licząc wpadki w te wakacje kiedy przez pomyłkę wypiłem żony piwo alkoholowe zamiast mojego bezalkoholowego.
Nigdy nie chodziłem na żadne terapie ani do innych szamanów. Po prostu przestałem pić.
A jak to zrobiłem? Któregoś dnia wypiłem dużo za dużo, urwał mi się film, ale jak przez mgłę pamiętam że wymiotowałem w ubikacji, pamiętam też, że miałem rozstrój żołądka i moje zwieracze nie wytrzymały gdy pochylałem się nad ustępem. Efektem było to, że ubikacja wyglądała fatalnie, gorzej niż najgorsza taka placówka w pociągu czy na dworcu.
Fekalia były wszędzie (miałem urwany film nie wiem jak to się wszystko stało) jakby ktoś wrzucił petardę do wiadra pełnego nieczystości, a moja żona to sprzątnęła żeby dzieci nie widziały, kocham ją bardzo mi było wstyd że musiała to zrobić. W każdym razie wstyd ten spowodował że nie pije. Z żoną na ten temat nie rozmawiamy, nie wracamy do tego a ja czasem w nocy budzę się zalany potem ze strachu że znów mi się to przydarzy.
Trzymam kciuki za wszystkich anonimowych, którzy walczą z nałogiem. Mam nadzieję, że wam się uda tak jak na razie udaje się mi.
#fNMOP
Mój mąż był miłością mojego życia. Uwielbiałam jego poczucie humoru, szalone pomysły, czułość, romantyczne gesty. Jednak jeden temat od początku leżał - seks. Mąż nie tylko nie umiał, ale też nie lubił. Naiwnie liczyłam na to, że z czasem mu się spodoba... Niestety... (Pozdrawiam w tym miejscu hejterów, którzy sobie pomyśleli - pewnie jesteś zimną rybą w łóżku. Nie jestem)
Nie szukałam, ale kiedyś w jakimś komunikatorze nawinął mi się żonaty facet, z którym świetnie mi się rozmawiało. Po wielu miesiącach pisania spotkaliśmy się. Poszliśmy do łóżka. Facet był niski, gruby, wąsaty i miał małego ptaka, ale uwielbiał seks. Spotykaliśmy się rzadko, może raz na dwa miesiące, ale seks z nim był tak dobry, że chciało mi się czekać. Miałam potworne wyrzuty sumienia. Kochałam mojego męża. Wiele razy kończyłam tę znajomość, ale tamten zawsze jakoś mnie znajdował i namawiał na spotkanie. To nie był nawet romans. Żadne z nas nie chciało kończyć swojego małżeństwa, byliśmy bardzo ostrożni i nikt się nigdy nie dowiedział. Chodziło tylko o seks.
Ta znajomość trwała około dziesięciu lat. Tak! 10 lat! I paradoksalnie pozwalała mojemu małżeństwu trwać.
Któregoś dnia mój wąsacz oznajmił, że to koniec, bo właśnie się zakochał. Rozwodzi się z żoną i przeprowadza do nowej oblubienicy. Cóż za ironia losu, co za niespodziewany zwrot akcji! Mój świat się zawalił. Straciłam bardzo ważny filar równowagi mojego życia.
Rok później byłam już rozwiedziona. Nie chciałam znów zdradzać męża ani żyć niewidzialna jako kobieta. Seks jest dla mnie ważny tak samo jak inne elementy udanego związku.
Morał? Nie czekajcie z seksem do ślubu. Jeśli wasze temperamenty okażą się bardzo różne, to lepiej żebyście wiedzieli to wcześniej. Taki związek może po prostu nie zadziałać.