Wczoraj mój syn dostał wymarzony, zdalnie sterowany helikopter.
Rano mąż zawiózł dzieciaki do babci i... od tamtej pory wraca do domu tylko po to, żeby naładował helikopterek. Za chwilę będzie północ, a ja powoli zastanawiam się gdzie dziś mój ukochany spędzi noc - ze mną w łóżku czy na parkingu z helikopterkiem?
Takich wyznań było już na pewno sporo. To też nie będzie jakieś inne od reszty.
Z moją żoną kochamy się bardzo mocno. Wiem to po ilości czułości, którą dostaję od niej na co dzień. Nie chciałbym spędzić życia z kimś innym, wiem, że to ta jedyna. Widzę to w niej, gdy śmieje się z moich głupich żartów, kiedy potrafi mnie pocieszyć po ciężkim dniu. Dogadujemy się, dzielimy się obowiązkami, lubimy spędzać ze sobą czas. Naprawdę wiele osób, o których tutaj czytam mogłoby nam pozazdrościć szczęścia.
Jest tylko jeden mały mankament. Żona ma problemy z tarczycą, ale problemem nie jest tu żadna impulsywność albo skoki nastrojów. Po prostu ma prawie zerowe libido. Była chora od początku naszej znajomości, ale nigdy tego seksu nie było tak mało - raz na tydzień lub dwa. Czasami raz na trzy tygodnie. Wybłagane. Wyproszone. Z jej strony nie ma nic, żadnej zaczepki, nawet najmniejszego błysku w oku. Czuję się przez to jak gorszy sort. Jak nikogo niepociągające gówno. I nie, nie zastanawiam się nad zdradą. Nie zdradzę jej. Ale się męczę.
Jestem dziewczyną. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla tej historii to dość istotne. Trenuję kolarstwo grawitacyjne, a konkretniej BMX Racing. Nie jest to zbyt 'kobiecy' sport i każdy wam to powie.
Był to listopad. Zimno, a na trening jechać trzeba, więc stwierdziłam że założę zimową kurtkę. Do tego spodnie motocrossowe które dosyć porządnie spłaszczyłyby tyłek nawet Kim Kardashian. Stylizację dopełniała czapka z pomponem, włosy pod kurtkę żeby nie latały na boki i można jechać. I jeszcze okulary przeciwsłoneczne. I tak jadę sobie tym BMXem przez miasto, z wielką torbą sportową na plecach i nagle słyszę głośne "Cześć przystojniaku!". Odwracam się a tam jakieś dwie gimbery, a ja nie rozumiejąc w tym momencie o co im chodzi, tylko się na nie popatrzyłam i pojechałam dalej. Ale najlepsze miało się dopiero wydarzyć :)
Na treningach, wiadomo, kask z gardą i gogle motocrossowe, twarzy nie widać i jeszcze tego dnia byłam w luźnej bluzie, więc cycków również brak. Nagle patrzę, te dziewczyny przyszły, siedzą na ławce obok toru i się śmieją. Wpadłam na szatański plan. Podjechałam do ławki obok gdzie leżała moja woda, dziewczyny chichoczą jeszcze bardziej, a ja ściągam kask, rozpuszczam trzymanego pod nim kucyka i jakby nigdy nic zaczynam pić wodę. Ich miny zmieniły się nagle na zdziwienie z domieszką zażenowania. Wstały z ławki i popędziły do wyjścia niczym Usain Bolt.
Na treningi jeżdżę tamtą drogą dosyć często i nie miałam okazji spotkać tych dziewczyn po raz drugi :)
Mój pierwszy chłopak zawsze zaskakiwał mnie prezentami mimo tego, że ich nie oczekiwałam. Bardzo często dostawałam różne prezenty. Kiedy pytałam się go o okazję, on odpowiadał mi albo że jej nie ma, albo że chciał mi sprawić tym przyjemność. Wydaje się kochane, prawda?
Ostatnim prezentem jaki mi "sprawił" był film, który mi wysłał w moje urodziny, a na nim nagrane, jak mnie zdradza. Pół roku później dowiedziałam się od jednego z jego byłych kumpli, że te liczne prezenty "bez powodu" były rodzajem, jak sam to nazwał, "odpokutowania zdrady".
Mam depresję od 4 lat. Ostatnio przestałam jeść, ale dzisiaj miałam ochotę zjeść coś słodkiego, jak nigdy. Zjadłam, jestem z siebie dumna.
Pewnego razu do naszego schroniska zgłosili się chętni do adopcji psa. Dresik (napakowany i 2 m wzrostu) ze swoją dziunią chcieli jakieś "potężne" zwierzę, owczarka albo co... Wyszli ze schroniska ze szczeniakiem mieszańca - wyglądało toto jakby jakiś trochę większy pies wyłomotał shih tzu.
Dresik oglądając psy w pewnym momencie spojrzał w głąb klatki, gdzie leżała ta kupka nieszczęścia. Piesek popatrzył na niego i zaskomlał... i to był koniec. Nieważne, że dziunia próbowała go przekonać, że z takim czymś to na dzielni się przecież nie pokażą... Miał to gdzieś. Jak wziął psa na ręce, ten go polizał po dłoni, to widać było po jego wzroku, że cała dzielnica może go w du.. pocałować!
Może to dziwne, ale przed chwilą mój tata spytał mnie, ile ja właściwie mam lat. Mamie ręce opadły ;)
Jestem od kilku lat trenerem personalnym, pracuję głównie z naprawdę otyłymi ludźmi mimo tego, że czuję do nich ogromny wstręt.
Brzydziłam się i nie miałam do nich za grosz szacunku. Celowo układałam im naprawdę bardzo ciężkie treningi i rygorystyczna dietę, oczywiście zgodną z zapotrzebowaniem danej osoby. Każdy trening to przekroczenie kolejnych granic klienta i nie ma taryfy ulgowej, a szczególnie dla młodych dziewczyn. Jeśli tylko zmarnują szansę i zawiodą moje zaufanie i przez dłuższy okres się obijają i podjadają, kończę z nimi współpracę oraz mówię wprost, co o nich myślę.
Mam czasem wrażenie, że znęcam się nad nimi, ale przecież mają wybór i sami mi za to płacą.
Sama jako nastolatka byłam tłusta, III stopień otyłości... A jak udało mi się schudnąć?
Będąc tłustą świnią bardzo chciałam mieć chłopaka, jak większość dziewczyn w moim wieku, i poznałam, chłopaka o 6 lat starszego. Kilka tygodni pisaliśmy, aż w końcu zaproponował spotkanie w jego mieszkaniu i jak pewnie niektórzy mogą się domyślić, zrobił mi ogromną krzywdę.
Do dziś pamiętam jego słowa, mimo że minęło ponad 10 lat: "Mogę zrobić z tobą co zechcę, a wiesz dlaczego? Bo jesteś tak spasła, że nikt w życiu ci w to nie uwierzy. Jesteś tak obrzydliwa, że nikt palcem cię nie tknie i powinnaś mi dziękować, bo gdyby nie ja, to do końca życia byłabyś dziewicą". Śmiał mi się prosto w twarz i na pożegnanie dodał, że jestem rozlazła i w sumie to żałuje, bo było to kiepskie...
Nigdy tego nie zgłosiłam, bo bardzo się tego wstydziłam i bałam, że nikt w to nie uwierzy. Po tym zaczęłam obsesyjnie się odchudzać, aż popadłam w anoreksję i próbowałam sobie wiele razy odebrać życie.
Dlaczego o tym piszę?
Dziś na trening przyszła młoda dziewczyna, udało już się jej zrzucić kilka kg i dzięki temu nabrała pewności siebie. Na tyle, że poszła pierwszy raz do łóżka ze swoim chłopakiem. On wyśmiał ją i powiedział, że to był zakład...
Nazwałam ją dzisiaj grubasem, a gdy wybuchła płaczem, wycisnęłam z niej powód.
Wróciłam do domu i wyłam długi czas do poduszki. Zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo samotna, zakompleksiona i sfrustrowana jestem. Mimo tego, że mam idealną figurę, jestem najzwyczajniej w świecie zepsuta i pusta.
Jeśli czyta to którykolwiek z moich klientów, to chciałabym przeprosić, bo wielu z was już nigdy nie spotkam, a zapewne wiele razy skrzywdziłam Was moim zachowaniem.
Jest mi naprawdę wstyd.
Czwartek, 10 grudnia, parę minut przed 19. Ucieszona wychodzę z pracy i kieruję się w stronę samochodu. Wypłata jest, hajsy się zgadzają, można jechać do centrum handlowego i kupić prezenty dla najbliższych. Pożegnałam się z koleżanką i przeszłam na drugą stronę jezdni, gdzie na parkingu równoległym czekał na mnie mój wóz.
Niestety - pstrykanie na pilocie w celu otworzenia drzwi nie przynosiło żadnych efektów. Myślę sobie: "może wyładowała mi się bateria?". No więc wkładam klucz do drzwi. Kręcę w jedną, w drugą stronę. Nic. Obchodzę samochód i próbuję od strony pasażera, dalej nic. W międzyczasie, cały czas naciskając przycisk otwierania, dzwonię do mamy, żeby przywiozła mi zapasowy klucz. Niestety, tata zabrał auto. No więc dzwonię do taty, akurat wrócił z wycieczki. Okej, przywiezie mi za chwilę klucz. Aby umilić sobie czas oczekiwania na tatę, oczywiście cały czas próbując otworzyć drzwi, bo przecież nie takie rzeczy się z tym autem działy, dzwonię do chłopaka i rozmawiamy sobie o różnych sprawach.
I nagle widzę jego. Miłego pana z pieskiem, wiek około 35 lat. Mój wybawiciel kieruje do mnie pytanie: "Przepraszam, czy pani otwiera to auto?", ja pełna nadziei na pomoc odpowiadam: "Tak, ale chyba wyładowała mi się bateria!". Na co on odwraca się, wyciąga palec wskazujący i spokojnym tonem: "Bo tam, dwa samochody dalej takie samo auto cały czas się otwiera i zamyka!" Tak. Próbowałam się komuś włamać do auta. Rodzina do końca tygodnia się ze mnie śmiała, że takiej rudej blondynki, to jeszcze nie znali.
Do mojego ślubu przygotowywałam się przez niemalże rok. Dzięki rygorystycznym treningom schudłam kilkanaście kilogramów, zadbałam o cerę, nauczyłam się tańczyć (co szczególnie wielkie dla mnie osiągnięcie, bo z natury jestem straszliwą łamagą) i udało mi się opanować sztukę chodzenia w butach z nieco większym obcasem. Ostatnie miesiące spędziłam przed lustrem, powtarzając tekst przysięgi małżeńskiej.
Kiedy przyszło mi stanąć przed ołtarzem, a ksiądz podsunął mi pod nos mikrofon, tak bardzo się zestresowałam, że na oczach zebranej w kościele rodziny i znajomych ordynarnie narzygałam na garnitur mojego przyszłego męża oraz sutannę zszokowanego moim nieoczekiwanym zachowaniem duchownego.
Dodaj anonimowe wyznanie