Ostatnie tygodnie przed porodem spędziłam w szpitalu z powodu zagrożonej ciąży. Okropnie się nudziłam, mało kto mnie odwiedzał, chłopak w pracy, rodzice w pracy, harowali na przyszłego syna / wnuka.
Któregoś równie nudnego dnia, siedzę na łóżku, czytam poradnik dla przyszłych matek, a tu nagle drzwi się otwierają i wchodzi... moja dentystka. Mówi: "Ja do pani S..." (czyli do mnie). Patrzę na nią ze zdziwieniem i zarazem obawą, bo zawsze źle znosiłam wizyty u dentysty i mówię: "Ale ja mam wszystkie zęby zdrowe...".
Nagle ona i pielęgniarka, która weszła za nią zaniosły się ogromnym śmiechem. Patrzę na nie zdezorientowana. Gdy w końcu się uspokoiły, owa dentystka mówi: "Jestem lekarzem internistą i przyszłam panią zbadać, ale chyba pani poznała już moją siostrę bliźniaczkę". Szok.
Lipiec/sierpień/wrzesień 2020 r.
Grupa bachorów w wieku od 10-13 lat paląca fajki na placu zabaw. Przeklinająca, wyzywająca ludzi. I ja wkurwiony po robocie z moim dwuletnim synem na spacerze. Kolejny ciężki dzień w pracy. Wybuchowa mieszanka.
Nigdy nie byłem zwolennikiem bezstresowego wychowania, jak dla mnie to dziecko czasami może dostać, oczywiście jeżeli na to zasłuży. Mój syn tak samo, jak był niegrzeczny, bo chciał abym mu kupił nową zabawkę i tłumaczenia, że ojciec nie może mu kupić, bo nie ma pieniążków, bo jest przed wypłatą itp. nic nie dawały, to też dostał klapa w dupsko. Tylko że on płakał tak bardzo, że prawie się zanosił i tylko klaps jako tako mu pomagał. Ani branie na ręce, ani przytulanie, nic innego nie działało.
To było w sierpniu, akurat przyszły wielkie upały i postanowiłem wyjść z Tomkiem na spacer na plac zabaw. Tam była taka grupka, taki jakby bardziej gang małolatów. 10-14 lat maksymalnie. Jak zobaczyłem, że syna zaczepiają, to aż się we mnie krew zmroziła i chciałem do nich podlecieć. Jednak czekałem dalej. Młody idzie w stronę zjeżdżalni, oni go łapią za kaptur, zwalają na ziemię i zaczynają kopać i pluć na niego. Tzn. raz go kopnęli, bo za ich plecami wyrosłem ja, bydlisko prawie 2-metrowe. Łapię tego co był najbliżej i pytam się: "co to ma być?", na co on mi odpowiada: "gówno", próbuje mi się wyrwać, kopie mnie, szczypie, pluje na mnie. Odwracam go do siebie i jak mu nie zdzielę plaskacza po gębie, aż głowa poleciała na drugą stronę. I mówię mu: jeżeli jeszcze raz tak zrobisz dla kogokolwiek, to będzie dwa razy mocniej, rozumiesz gównie mały? On ze łzami w oczach (najwidoczniej zabolało go to bardziej niż mojego syna, który dalej wesoło bawił się z dziećmi) powiedział "Tak, proszę pana" i polazł skruszony do swoich kumpli.
Już nigdy nie widziałem ich na tym placu zabaw. Dodam tylko, że na tym akurat placu zabaw byłem pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Ktoś musi pilnować porządku, jeżeli rodzice nie potrafią upilnować swoich bombelków, to musi to zrobić ktoś obcy.
Jestem facetem przed trzydziestką. Nie czuję się staro, młodo też nie. Myślałem, że osiągnąłem już taki wiek, że nic innego mi w głowie jak tylko bycie normalnym, odpowiedzialnym facetem. Prawda okazała się brutalna.
Jakiś czas temu poznałem dziewczynę. Dobrze się domyślacie - przez internet. Była ode mnie młodsza kilka lat, ale nie przeszkadzało mi to. Wpadła mi w oko i tak się spotykaliśmy. Ona mimo młodego wieku wiele przeżyła, coś mi wspominała, ale nie była wylewna. Nie lubiła się nad sobą użalać, to pewne.
Spotykaliśmy się kilka mięsiecy. Nigdy się nie pokłóciliśmy. Gdy mówiłem, że muszę wyskoczyć do kumpla mówiła, że mam rację, bo kumpli zaniedbywać nie można. Spędzaliśmy czas, było super, ale w pewnym momencie "odwidziała" mi się. Uznałem, że ten związek nie ma przyszłości. Zacząłem pisać i dzwonić mniej, aż w końcu ja, starszy kilka lat, rzuciłem ją... przez sms. Jak jakiś szczeniak. Odpisała mi tylko "Wiedziałam" i więcej się nie odezwała. Żadnego proszę wróć, czy cokolwiek.
Mijały miesiące, a ja nic nie wiedziałem co u niej, jak sobie radzi, czy jest zdrowa. Parę tygodni temu zobaczyłem ją pod parasolami, wyglądała na bardzo szczęśliwą. Szczęśliwa, w towarzystwie mężczyzny, beze mnie. To mnie zabolało. Zacząłem myśleć o niej, częściej i częściej. Myślę, skoro zabolało, to czuję coś nadal, ale ona już kogoś ma, co robić... Tydzień później spotkałem ją na zakupach. Stanąłem jak debil przepraszając i prosząc o spotkanie. Ona spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi oczkami, uśmiechnęła się i powiedziała "Wiedziałam", po czym odeszła.
Nie popełniajcie moich błędów. Karma jest zołzą.
Kolega mojego taty miał na nazwisko Skaza. Był normalnym facetem. Jednak moje dziecięce wcielenie nie mogło tego zrozumieć.
Tatko miał zwyczaj zapraszać owego sąsiada i kilku innych znajomych na grilla. Jak wiadomo, dorośli robią swoje, dzieci swoje. Rodzice włączyli mi "Króla Lwa", żebym się zbytnio nie nudziła. Zadowoleni, że mi się podoba, wyszli przypiekać kiełbasy i raczyć podniebienie chmielowym napitkiem.
Po owej scenie, gdzie nawet najwięksi twardziele płaczą, wybiegłam do ogrodu z żądzą mordu w oczach. Zaczęłam płakać i rzucać w sąsiada lalkami barbie, uprzednio zabranymi z mojego pokoju. W gniewie wykrzyczałam pytanie dlaczego zabił tatę Simby i czemu jest taki zły.
Sąsiad ze stoickim spokojem uspokoił mnie wyjaśniając, że to nie on, lecz jego brat bliźniak. On zaś uciekł z Afryki, żeby mnie przed nim chronić. Podobno złość przeszła mi jak ręką odjął.
Moje dziecko zmarło przez covid. Nie na covid, tylko przez covid.
Pewnego dnia mój 2-miesięczny syn dostał gorączki 38,5 stopnia. Diagnoza? Przychodnia? Gdzie tam, teleporada! A do przychodni nie dało się, kur#a mać, dodzwonić. Próbowałam sto razy, w końcu się wkurzyłam, zadzwoniłam na pogotowie. Dodam jeszcze, że samochodu nie posiadam i nie miałam czym dojechać. Dyspozytorka zaczęła się dopytywać, czy nie mam objawów, czy dziecko nie ma objawów itp. Powiedziałam, że ma gorączkę i aby przyjechali do mnie, bo cały czas płacze i nie wiem co robić! Babka powiedziała, że niedługo ktoś powinien przyjechać.
Czekałam godzinę na karetkę. W międzyczasie gorączka się podniosła, dziecko zaczęło mieć duszności, kaszleć, kichać. Dzwonię jeszcze raz, pytam się kiedy przyjedzie ta pieprzona karetka? Kobieta mówi, że już są pod blokiem.
Przyleźli w tych kombinezonach, zaczęli mierzyć temperaturę dla mnie, dla dziecka, to im mówię, że dziecko 10 minut temu zaczęło się dusić i chrychać, ma gorączkę, na co oni, że jedziemy do szpitala w takim razie. Pierwsze co na wejściu, to oczywiście czekanie godzinę na lekarza, bo jego oczywiście nie ma. Dziecko zaczęło mi się osuwać, wyszłam na korytarz, zaczęłam się drzeć, że dziecko mi umiera i może by ktoś łaskawie przyszedł tu do mnie. I po kolejnych 20 minutach łaskawie przyszła lekarka w kombinezonie, zrobiła testy dla mnie, dla małego, odesłała nas na oddział patologii noworodków i niemowląt. Wbili mu wenflon, podłączyli kroplówkę, powiedzieli mi tylko, abym nie wychodziła w ogóle na korytarz, nawet do łazienki, dopóki nie będę miała testu na koronawirusa. I poszli. Zostawili mnie z maluszkiem.
Całą noc nie spałam, czuwałam przy nim, a nad ranem on zmarł. Na moich rękach. Wziął ostatni oddech i przestał oddychać. Poszłam do lekarki i powiedziałam jej o tym, na co ona, że spodziewała się tego.
Nigdy nie wybaczę lekarzom, że zaniedbali mnie i moje dziecko i przez to ono zmarło, zanim jego życie się jeszcze zaczęło.
Mając około 7-8 lat, obejrzałam z tatą i młodszą siostrą film "Super pies". Bardzo mi się spodobał, a ten niezwykły pies zaimponował, chciałam być taka jak on.
Wzięłam prześcieradło, przywiązałam sobie do szyi i pomyślałam, że skoro on był nazywany psem, a był chłopakiem, to ja będąc dziewczynką, nie mogłam tak się nazywać. A jak może nazywać się kobieta pies? Wyciągnęłam rękę przed siebie, zupełnie jak Superman i biegałam po podwórku z okrzykiem:
- Jestem Super Suką! Jestem Super Suką! Jestem Super Suką!
Ale to jeszcze nie koniec. Podeszła do mnie babcia i wytłumaczyła, że suka to tak brzydko trochę. Obiecałam, że już tak nie będę mówiła. Później krzyczałam:
- Jestem Super Suczką! Jestem Super Suczką!
Wyobraźcie sobie miny sąsiadów...
U mnie w domu bywało ciężko, podstawówka w latach 60. i liceum w 70. Dostawałam lanie od 11 do 19 roku życia... Dość szybko dojrzałam i ciągnęło mnie do chłopaków, spotkań itp., za bardzo, co moi biedni rodzice traktowali jakbym się strasznie zbiesiła i stosowali jedyną znaną metodę ludziom z małego miasteczka wówczas - ostre lanie. Najgorsze baty dostałam chyba w wieku lat 17, kiedy nie wróciłam na noc od chłopaka. Matka szalała, a ojciec na zimno stwierdził, że skoro tak się szanuję, to on pokaże jak nie szanuje mojej d... Wyjął cały arsenał przyrządów do bicia, rozebrali mnie, bracia i matka trzymali, a ojciec zaczął swoje wielkie dzieło naprawcze: po kolei pasem jednym, drugim, kijem, kablami, skakanką i w końcu 7-palczastą dyscypliną z węzełkami. Ja tylko pokrzykiwałam z bólu, wyła z płaczu za to moja 14-letnia siostra, biedna krzyczała "nie bijcie jej, proszę, nie". Tyłek miałam czerwono-śliwkowy, potem granatowy, uda w krwawych prawie pręgach, pręgi na plecach i na ramionach (bo wierzgałam). Takiego bólu nie przeżyłam wcześniej, a po... chyba też nie (poród się nie liczy!). Nie mogłam spać inaczej niż na brzuchu przez 10 dni - siadanie było trudne, ale dało radę udawać. Gorzej na WF-ie, ale połowa dziewcząt obrywała lanie, więc... Dwa dni później i tak poszłam do chłopaka, który całował wszystkie pręgi, więc byłam szczęśliwa... Paradne, nieprawdaż?
Chciałam wam napisać, jak to było u mnie w dzieciństwie. Co o tym myślicie? Mimo że tyle lat minęło, jakoś nie mogę o tym zapomnieć.
To była wczesna klasa podstawówki, jakaś ważna i trudna klasówka. Bardzo się stresowałem. Pani wychowawczyni rozdała testy i wziąłem się do pracy. Pytania były trudne i zróżnicowane, z wiedzy ogólnej. Odpowiedziałem na pytanie co trzeba zrobić zanim przejdzie się przez ulicę. Wypisałem wszystkie warstwy lasu. Wykonałem skomplikowane działania z tabliczki mnożenia. Obliczyłem ile jabłek trzeba dać każdemu chłopcu, żeby mieli po równo. Wiedziałem jak napisać "żółw", "biurko" i "krzesło".
W końcu doszedłem do ostatniego pytania. Trzeba było wypisać wyrazy przeciwstawne do danych słów. Pierwszy wyraz - "ogień". Łatwe, napisałem "woda". Drugi wyraz - "babcia", dałem sobie radę - napisałem "dziadek". I tak kilka wyrazów później dochodzę do ostatniego. Ostatniej rzeczy w całym teście. "Drogi". Nie wiedziałem jaki wyraz przeciwstawny należy napisać do tego słowa. No i klapa. A tak dobrze mi szło.... Ale nie poddałem się! Wysiliłem moje szare komórki... I wymyśliłem! Napisałem "Chodniki" i oddałem test.
Dostałem 5, maksymalną ilość punktów i miłą uwagę od pani, że myślę nieszablonowo. Wtedy nie wiedziałem o co jej chodzi.
Miałem w lipcu dziwną sytuację. Otóż byłem na treningu (street workout) na wysłużonym już placu zabaw. Rzadkością jest spotkać tam dzieci. Być może przez wysłużony już sprzęt jaki tam się znajduje lub po prostu w tych czasach wakacje spędza się w domu przed komputerem i to jest "normalne". Ale mniejsza z tym przechodząc do sedna.
Znalazł się jakiś dzieciak, który przyszedł z ojcem pohuśtać się. Obok tej huśtawki miałem swoje rzeczy, no i jak to bywa w pewnych momentach trzeba sięgnąć po wodę, co też zrobiłem. Udałem się po nią, a znajdowała się w plecaku. Ojciec tego dzieciaka był z 20 metrów od niego i gadał z kimś. Gdy podchodziłem normalnym odruchem jest zerknąć przed siebie, a że centralnie przede mną huśtał się ten chłopiec, to przez parę sekund popatrzyłem w tamtą stronę, a dziecko wyskoczyło do mnie z tekstem "Co się gapisz?". W myślach rodzi się myśl, że zaraz zacznie krzyczeć i wyjdę na jakiegoś pedofila. Po chwili znowu "Co się gapiłeś? Dlaczego się na mnie gapiłeś? Coś ode mnie chciałeś?". Nie ukrywam, że dziwnie się poczułem i wolałem się nie odzywać, bo nie wiadomo, co by jeszcze wymyślił.
Przezorny chłopak, a ja tylko chciałem się napić. Nie jest to historia śmieszna, ale bardzo zastanawiająca. Być może dobrze, że ma taką reakcję, ale czy nie jest ona na wyrost? W szkole to będą nauczycielki i nauczyciele nosić chusty na oczy chyba, a jak nie to codziennie będą jego rodzice.
Rzecz miała miejsce 4 kwietnia 2005 roku, czyli dwa dni po śmierci Jana Pawła II. Miałam wówczas 13 lat, a w sercu wielki ból, nad którym jednak zdawała się dominować duma z narodowego pojednania.
Siedziałam wieczorem przy oknie i dumałam nad tym, że wszyscy Polacy to wielka rodzina, gdy w oknach sąsiadów zauważyłam zapalone świece. Ostatecznie wydumałam, że na znak osiedlowej solidarności i ją muszę taką mieć. Znalazłam tylko jedną, dość mizernych rozmiarów świeczkę i stwierdziłam, że nikt jej nie widzi. Dobrym podwyższeniem dla świeczki stała się ziemia w doniczce z kaktusem.
Zadowolona z pomysłu pomaszerowałam do drugiego pokoju oglądać z rodzicami telewizję. W przerwie reklamowej udałam się do łazienki, jednak w połowie drogi stanęłam jak wryta. Kaktus, a właściwie około półmetrowy, kolczasty badyl, płonął niczym pochodnia. Buchający z niego ogień smyrał już lekko firankę. Przez chwilę podziwiałam najjaśniejsze okno tego wieczoru, po czym przygotowana na konsekwencje mojego czynu spokojnym głosem oznajmiłam: "Mamo, kaktus się pali". Pomijając wszystkie przekleństwa, to mama nie powiedziała nic.
Dodaj anonimowe wyznanie