#qc2yO

Mieszkam z moim chłopakiem, niestety mieszka też z nami moja młodsza siostra, która przeniosła się do większego miasta, aby uczęszczać do lepszego liceum niż w naszym małym rodzinnym mieście.

Kiedy pewnego dnia byłam przekonana, że nie wróciła jeszcze ze szkoły, zaczęliśmy kochać się z mym wybrankiem w kuchni. Tak, w kuchni. Nagle ze swojego pokoju wyszła moja siostra, która myślała, że jest sama w domu i wystraszyła się, że to złodzieje są źródłem hałasu. Zaczaiła się z kijem od mopa, którego zgarnęła z łazienki. Kiedy tak uzbrojona wbiegła do kuchni i nas zobaczyła zaczęła się śmiać i powiedziała: 'Widzę, że o jeden kij tu za dużo'.

Zawsze upewniajcie się, czy jesteście sami! :)

#O1Rjr

Sytuacja miała miejsce kilka tygodni temu w Krakowie. Jechałam sobie tramwajem, kiedy na przystanku wsiadają "Sebki", siadają za mną i zaczynają swoją inteligentną rozmowę z typowymi dla siebie przerywnikami. Wtem jeden pyta drugiego: "Stary, a jak ta twoja dupa?", chwila ciszy i ten drugi mu odpowiada bardzo poważnie: "Drogi kolego, chciałeś zapytać, co u mojej dziewczyny?", po czym zwraca się do mnie: "Ja bardzo panią przepraszam za kolegę, ale on jeszcze taki nieobeznany w stosunkach z kobietami. Mam nadzieję, że nie uraził pani". Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.

PS. Mam 19 lat, "Sebki" nie byli wiele starsi. Od razu zrobiło mi się miło nie tylko dlatego, że "Sebek" złamał swój stereotyp, ale z tego względu, że zachowuje się jak prawdziwy mężczyzna i pewnie swoją "Angelikę" traktuje jak damę.

#NgOwF

Muszę to z siebie wyrzucić, bo się ugotuję we własnym sosie.

Słowem wstępu, od lat cierpię na depresję, lęki i zaburzenia osobowości. Ostatnio mi trochę odpuściło, przez kilka miesięcy czułam się wreszcie jak normalny człowiek. Ale oczywiście piękno nie trwa wiecznie i nagle bum! Poniedziałek nad ranem, zbieram się do pracy i z każdą chwilą czuję, jak się zbliża... i wybucha. Atak paniki.

Pomyślałam: nie, nie dam rady, pier**lę, nie pójdę. Dzwonię do lekarza, dostaję leki i zwolnienie na tydzień. Rzecz w tym, że w piątek zerwałam się z pracy, a właściwie to mnie wygonili, bo miałam lekko podwyższoną temperaturę. Głupia ja, jak dobrze wytresowany piesek, zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, że chyba coś mnie bierze. Przez następne dwa dni weekendu czułam, jak samopoczucie zjeżdża z zawrotną prędkością w dół po spirali mojego marnego jestestwa... A ona? Przez te dwa dni wypisuje mi "ale jak się czujesz? ale jak temperatura?". Napisałam jej kilka razy, że temperatura spadła, jak się przespałam, że fizycznie czuję się dobrze, ale psychicznie jak g*wno. No i oczywiście nie zrozumiała, bo po co. Jak mi w poniedziałek napisała kolejną listę pytań, zakończoną "ale jesteś na zwolnieniu?", to nie wytrzymałam i napisałam tylko "nie chcę o tym mówić". Przez trzy dni spałam na lekach uspokajających, próbując się pozbyć poczucia winy, że jestem na zwolnieniu na "wymyślone choroby" i że "na pewno mnie zwolnią", co tak często lubi podkreślać moja rodzicielka.

Dzisiaj - o naiwna - postanowiłam zadzwonić. Tłumaczę, że mówiłam, że fizycznie wszystko w porządku, że mnie wkurzyła tym dopytywaniem, bo wspominałam jej, że psychicznie ze mną źle, a ona dalej cisnęła. I co słyszę? "Nie no, rozumiem, nie chciałaś rozmawiać, TO NIC, ŻE JA TRZY NOCE NIE SPAŁAM! Ja sobie poradzę! ALE NIE PRZEPRASZAJ MNIE!" ...

I teraz jestem wk**wiona. Na nią, że mimo tylu moich prób walki o własną autonomię, nadal śmie stosować na mnie te tanie sztuczki. I na siebie, że mam 34 lata na karku, 10 lat w terapii, a dalej daję się na to nabrać. Somebody end me.

#IsAqT

Będąc na studiach miałam koleżankę, która była jednym, wielkim, chodzącym kompleksem. Podczas jednego z jej ataków histerii, podczas którego jęczała, że jest gruba i że zawsze będzie gruba i że nikt nie lubi ludzi grubych, usiłowałam ją jakoś pocieszyć mówiąc: „Baśka, daj spokój, wcale nie jesteś gruba. W zasadzie to masz dokładnie taką samą figurę jak ja!”. Na chwilę przestała płakać i załzawionymi oczami spojrzała na mnie od góry do dołu, a następnie jeszcze głośniej załkała, drąc się skrzecząco: „Jestem gruuuubaaaa! Taka gruuuubaaaa!”.

Mając do wyboru pomiędzy wpadnięciem w podobna karuzelę kompleksów a zerwaniem znajomości z Baśką, wybrałam to drugie.

#wBSpj

Trenuję siatkówkę od ok. 10 lat. Mam więcej niż 2 m wzrostu. Szedłem sobie na trening jak co czwartek, gdy zobaczyłem dziewczynę z małym chłopcem, który był strasznie ruchliwy. Może by mnie to nie ruszyło, gdyby nie to, że dziewczyna ledwo chodziła, a to dziecko ciągle biegało i nie mogła dać sobie sama rady. Coś mnie tknęło, żeby jej pomóc... Może to, że była bardzo ładna. Podszedłem do niej i zapytałem, czy pomóc. Pobawiłem się z małym i odprowadziłem ich do domu.

Dostałem burę od trenera za spóźnienie, 5 karnych kółek dookoła boiska i nie mogłem zagrać na meczu, które mieliśmy dwa dni później. Straciłem szansę przejścia do innego klubu, ale za to zyskałem cudowną kobietę ;)

#Fcs5S

W wieku 18 lat poznałam chłopaka. Jak to zawsze na początku związku bywa było cudownie, on był cudowny. Wtedy myślałam, że takiego chłopaka to ze świecą szukać. Miły, uprzejmy, mogłam mu w każdej sprawie zaufać, zawsze na niego liczyć. Wiem, że byłam dla niego wszystkim, a on dla mnie. Po 4 latach związku zamieszkaliśmy razem, póki co to w moim domu rodzinnym, ponieważ jego dom był w trakcie wykończenia. Mieliśmy się tam wprowadzić razem. Moja rodzina uwielbiała "szwagra", "zięcia". Zawsze gdy ktoś potrzebował pomocy był chętny.

Po jakimś czasie zauważyłam, że moja siostra często prosi o coś mojego, już wtedy, narzeczonego. A to trzeba z nią gdzieś jechać, a to trzeba jej coś zrobić, itp. Na początku nie miałam z tym problemu, ale kiedy coraz częściej ona potrzebowała podwózki do miasta i znikali na pół dnia, coś mi zaczęło nie pasować. Rozmawiałam o moich obawach z narzeczonym, ale on twierdził, że tylko jest uprzejmy wobec niej, bo to moja siostra i nie wypada odmawiać pomocy. Dałam sobie spokój. Sytuacja trochę się uspokoiła. Ale kilka tygodni później było znowu to samo. Tym razem wypady zdarzały się w nocy, bo siostra nie ma jak wrócić z imprezy, itp. Zareagowałam, ale znowu mnie zbył.

Pewnej nocy wstałam w celu skorzystania z toalety. Chłopaka nie było w łóżku, pomyślałam, że pewnie jest w toalecie. Czekam i czekam, nie wychodzi, w końcu wstałam i okazało się, że toaleta jest pusta. U siostry w pokoju świeciła się lampka i dochodziły dziwne dźwięki. Serce wtedy stanęło mi w gardle. Nie wiedziałam, czy mam tam wejść i sprawdzić, co się dzieje, czy po prostu żyć w niewiedzy. Stwierdziłam, że co ma być to będzie. Weszłam i zobaczyłam moją rodzoną siostrę z moim chłopakiem w miłosnym uniesieniu. Nie powiedziałam nic. Po prostu odwróciłam się, wyszłam i zamknęłam drzwi. Wróciłam do pokoju, spakowałam swoje rzeczy i w środku nocy wyszłam z domu. On oczywiście pobiegł za mną, ale jedyne co uzyskał to prawy sierpowy.

Wyprowadziłam się do przyjaciółki w innym mieście. Póki co to mieszkam u niej. On stara się mnie odzyskać, ale ja nie potrafię mu wybaczyć. Najgorsze jest to, że jestem z tym zdrajcą w ciąży... Jestem załamana, ponieważ nie tak miało wyglądać moje życie, zupełnie nie tak...

#YWh6D

Czy jestem jakaś dziwna?

Jakiś czas temu poszłam do lekarza, ponieważ od dłuższego już czasu miałam kaszel i chrypkę. Oczywiście na początek test na koronawirusa, jednak ten nic nie wykazał. Jako że i dziadek, i ojciec zmarli na raka płuc, mama wybłagała mnie, żebym poszła prywatnie na prześwietlenie.
Mam dopiero 30 lat. Nie pałę, no gdzie rak płuc… Po głębszej diagnostyce okazało się, że mam to cholerstwo, w dodatku jest to niedrobnokomórkowy rak płuc w IIIB stadium zaawansowania. Za późno już na resekcję. Zaproponowano mi radykalną radioterapię. Tylko że ja chyba tego nie chcę. Widziałam, jak mój ojciec umierał w męczarniach mimo chemii I radioterapii, to one go tak zniszczyły. W ciągu roku z faceta, który lekko kasłał stał się workiem na kości, załatwiającym się pod siebie. Poza tym ja wcale nie czuję się chora. Nie do końca do mnie to dociera, że tak właściwie umieram. Nie mam żadnych przerzutów, nic mnie nie boli, jem normalnie.

Ta diagnoza to dla mnie abstrakcja. Do tego gdy dowiedziałam się o raku, nic się we mnie nie zmieniło. Nie mam listy rzeczy, które chciałabym zrobić, listy miejsc, które chciałabym odwiedzić. Nie mam jakiegoś żalu, że niedługo prawdopodobnie mnie nie będzie. Tak, boję się śmierci, ale jeszcze bardziej boję się chemii i spędzenia reszty czasu w szpitalach. Naprawdę świadomie podjęłam tę decyzję, bo wiem jakie są rokowania. Tylko dlaczego nic nie czuję? Dlaczego mi nie żal, dlaczego nie buntuję się, nie próbuję walczyć? Żyję z dnia na dzień. Rano idę na spacer z psem, potem zbieram się do pracy, jem kolację, oglądam głupi serial i idę spać. Czas mija, a ja nie mam poczucia, że chciałabym coś jeszcze zrobić…

#L5GOh

Kilka lat temu mieszkałam z moim, już eks, chłopakiem. Pochodził on z wioski i był przyzwyczajony, że nie ma obiadu bez ziemniaków i mięsa. Jako że ja nie przepadam ani za jednym, ani za drugim, uznaliśmy, iż każdy będzie gotował dla siebie.

Biedni studenci, z kasą się nie przelewało, więc kupowaliśmy jedzenie raczej tańsze. Jednak po drobnym przypływie gotówki udałam się do sklepu w celu kupienia sobie kawałeczka bardzo drogiego sera pleśniowego i bułeczek. Wróciłam do domu, zakupy włożyłam do lodówki i poszłam spać marząc już o moim pysznym śniadanku.

Wstaję rano i patrzę - nie ma ani bułek, ani sera. No cóż, pewnie mój luby zrobił sobie kanapki do pracy. Trudno, zjadłam coś innego. Kiedy wrócił, spytałam, czy smakował mu serek. Jego odpowiedz brzmiała: "Chyba zwariowałaś, że miałbym to jeść?! Kupiłaś zepsuty ser, cały w zielonej pleśni! Bułki zjadłem z szynką, a ten ser ton do kosza wyrzuciłem!".

Po wytłumaczeniu co to za ser stwierdził tylko, że to obrzydliwe jeść zepsuty ser, że tego nie rozumie i że bardzo dobrze, iż znalazł się w koszu, bo jeszcze bym się pochorowała od tej pleśni...

#vvgKJ

Historia miała miejsce ponad 3 lata temu. Politechnika Śląska, Centrum Edukacyjno Kongresowe, aula B (na 200 osób). Jako student kończący I rok studiów podchodziłem do egzaminu z Mechaniki. Kompletnie się nie uczyłem na ową mechanikę, tylko zarwałem kilka nocy z rzędu na zakuwanie innych, mniej ważnych przedmiotów, ale mimo to stawiłem się na auli wypełnionej po brzegi.

Egzamin, 3 zadania, robimy pierwsze na papierze kancelaryjnym, doktorzy zbierają od wszystkich kartki i tak po każdym zadaniu, jako że był to I termin nie przejmowałem się za bardzo tym że nie potrafię (bez spiny, są drugie terminy). Po drugim zadaniu zostały zebrane kartki i zaczynamy zadanie nr 3. Pani prof. podyktowała treść zadania i miałem już tego dość, gdyż już godzinę przesiedziałem nie robiąc nic, postanowiłem opuścić imprezę, siedziałem na krawędzi więc nikogo nie musiałem przepraszać czy omijać, powiedziałem tylko kumplowi siedzącemu obok, że się zwijam bo chce mi się spać i już dłużej tu nie wytrzymam.

Wstaję z krzesła i udaję się po schodach do górnego wyjścia po czym słyszę pytanie, zadane bardzo donośnym głosem pani profesor: "GDZIE PAN IDZIE?", nie zastanawiając się nawet sekundy odpowiedziałem: "DO DOMU" równie donośnym głosem, po czym usłyszałem największą salwę śmiechu jaką do tej pory udało mi się wywołać. Około 200 osób śmiało się w niebogłosy. Przyspieszyłem kroku i usłyszałem tylko jak pani prof. mówi "NIECH PAN ZACZEKA". Złapałem za klamkę i wybiegłem z Auli a następnie z Centrum Edukacyjno Kongresowego, tak szybko że aż mi się podeszfy przytopiły. Byłem zadowolony, że udało mi się uciec. Po chwili namysłu stwierdziłem jednak, że wrócę na aulę po egzaminie i przeproszę panią prof. bo i tak mnie rozszyfrują, bo sprawdzą kto nie oddał trzeciego zadania i już nigdy nie zaliczę egzaminu z Mechaniki.

Zaglądam do Auli przez dolne drzwi chcąc powoli do niej wejść, lecz mój kumpel macha mi gwałtownie ręką, wywnioskowałem że chodzi mu o "Run Forrest Run!". Wycofałem się szybko i oddaliłem w bezpieczne miejsce, po czym kumpel dąłączył do mnie i oznajmił mi, że pani prof. najpierw wszystkich pytała kto go zna itp. itd. nikt mnie nie wydał, po czym powiedziała że i tak policzą kartki i sprawdzą kto nie oddał 3 zadania...

Na szczęście mam bardzo dobrego kumpla, który podpisał za mnie kartkę i przerysował rysunek i oddał pracę 'moją' i swoją. Tak bałem się, że zostanę rozpoznany przez panią prof., że stawiłem się dopiero na kampanii wrześniowej na 3 terminie, obyło się bez żadnych konsekwencji. Założę się że pani prof. do dzisiaj się głowi jak to się stało, że mnie nie złapała. A koledzy opowiadali że jak wybiegła za mną z Auli i zobaczyła że mnie nie ma to jej mina mówiła sama za siebie, a była tak czerwona ze złości jak czerwony Fiat 126p. Dodam jeszcze że ostatecznie dałem radę i jestem na V roku.

#nPVqS

Za dzieciaka mieszkałem w małej, prawie bieszczadzkiej wiosce, równiutko zabitej dechami. Miałem sąsiada, starszy człowiek, raczej biedny, spożywający od czasu do czasu, wszyscy mówili na niego Pan Michał. Myślę, że na imię miał Michał, ale nie jestem pewny.
Łazimy po okolicy z kolegą Dawidem i robimy nic. Będąc koło posesji Pana Michała zauważyliśmy, że ten idzie do swojego wychodka za oborą. Wychodek raczej elegancki, przechył 10 stopni, drzwi były, ale bez tyłu/pleców. Pan Michał zasiada na tronie i szok! Widzimy dwa wielkie, owłosione arbuzy powiewające na wietrze.
"Dawid, legendy są prawdziwe! Pan Michał jednak ma największego zaganiacza w całej zapchlonej okolicy" mówię.
Odwracam się i widzę, jak Dawid sięga po jabłko. Rzuca. Przeraźliwy ryk Pana Michała niesie się po okolicy. Dawid trafił.

Widok Pana Michała, jak w amoku rozpieprza wychodek i wychodzi z drzwiami - bezcenny.
Kara od ojca, jak dowiedział się, że obiliśmy Panu Michałowi jaja - niezapomniana.
Dodaj anonimowe wyznanie