Mimo że nie jestem spokrewniona z żadnym obcokrajowcem, mam dość południową urodę. Teraz, gdy jestem starsza, tego tak nie widać, ale gdy byłam mała, wyglądałam prawie jak Murzyn. Przy mojej rodzinie o jasnej karnacji i typowo polskiej urodzie wyglądałam jak "czarne na białym".
Od małego jeździliśmy do Chorwacji na wakacje. Pewnego dnia, gdy przejeżdżaliśmy przez granicę, zatrzymali nas, by sprawdzić nasze paszporty. Dodam, że wracaliśmy wtedy do Polski, więc bardzo się opaliłam i byłam jeszcze ciemniejsza niż przedtem. Pan policjant po otrzymaniu mojego paszportu przyjrzał mi się uważnie, po czym poprosił mojego tatę i mnie o wyjście z samochodu. Moja mama mi wytłumaczyła, że to są koledzy taty i chcą zamienić z nim parę słów i zaraz wrócę do samochodu.
Szłam obstawiona policjantami, a przede mną szedł mój tata, który również był nimi obstawiony. Gdy doszliśmy do pewnego miejsca kazano mi usiąść i policjanci siedzieli z mojej lewej i prawej strony i mówili coś do mnie w niezrozumiałym dla mnie języku. W tym czasie mój tata "rozmawiał ze swoimi kolegami". Po dłuższym czasie tata po mnie przyszedł i wróciliśmy do samochodu.
Przez kilka lat żyłam w przekonaniu, że mój tata faktycznie ma znajomości nawet wśród policjantów za granicą. Okazał się jednak, że moi rodzice byli podejrzani o uprowadzenie Murzyna...
Moja mama wychowywała mnie i mojego młodszego brata sama, odkąd skończyłam 8 lat. Nie będę wnikać w szczegóły dlaczego tak się stało.
Mieszkaliśmy w małym, bardzo małym mieszkanku. Nie mieliśmy nawet łazienki, w tym toalety. Mieliśmy tylko jeden kran z zimną wodą i nic więcej. Pieniędzy również zawsze brakowało. W końcu moja mama zaczęła brać pożyczki, żeby choć trochę poprawić nasz byt.
Pogubiła się w tym, spłacała jedną pożyczkę następną.
W końcu dopadł ją komornik i nic w tym dziwnego.
Zajął jej 50% pensji, w tym momencie już nie mieliśmy w ogóle pieniędzy, zdarzało się, że nie mieliśmy co jeść. Rodzina nam nie chciała pomóc w żaden sposób.
Ośrodek opieki społecznej również nam nie pomógł, mama dostała pismo odmowne z uzasadnieniem, że dochód na osobę przekracza ileś tam złotych, a komornika w to nie można wliczać. Musieliśmy przeżyć za 800 zł miesięcznie. Było naprawdę ciężko, ale jakoś dawaliśmy radę.
Mama w końcu nie miała z czego płacić rachunków.
Odcięli nam prąd. Pożyczaliśmy go od sąsiadki poprzez przedłużacz za oknami.
Bywały dni, gdzie nie mieliśmy co jeść, bo skończył się gaz w butli, a nie było pieniędzy na jej wymianę.
Bywały dni, gdy nie mogliśmy się umyć, bo gazu w butli zostało tyle co na zrobienie obiadu.
Z biegiem czasu udało się nam trochę wyjść na prostą, moja mama się nie załamała, tylko dzielnie dawała radę i pokonywała wszystkie przeciwności.
Udało jej się po kilku latach uzbierać na zrobienie prowizorycznej łazienki (dla nas ważne, że była toaleta i prysznic).
Zawsze stawała na głowie, żebym z bratem miała jak najlepiej, bardzo ją za to podziwiam.
W tym momencie z bratem już się wyprowadziliśmy. W mieszkaniu dalej nie ma ciepłej wody, ale robimy wszystko, żeby to zmienić. Ona o tym nie wie, ale aktualnie mamy uzbierane już kilkadziesiąt tysięcy - chcemy zrobić mamie niespodziankę i kupić jej normalne mieszkanie za wszystko, co dla nas zrobiła.
Pewnego dnia wracałam wieczorem do domu po dość udanym wyjściu do pijalni, więc lekko podpita. Od przystanku do domu w moim przypadku idzie się dość długą ulicą, na której zamieszkuje chytry pies, czerpiący energię życiową ze straszenia ludzi. Chowa się za krzakami, a w momencie przechodzenia obok jego bramy, jak tylko tracisz go z oczu, wyskakuje zza krzaka z bardzo głośno szczekając, czym może doprowadzić i do zawału.
Akurat zaraz miałam mijać bramę, ale wyprzedził mnie rowerzysta, który stał się ofiarą psiego szczekania. Biedny koleś prawie spadł z roweru, a ta bestia patrzyła i triumfowała. Stwierdziłam nagle, że to moja szansa się odegrać za te wszystkie razy, kiedy ta paskuda mnie doprowadzała do stanu przedzawałowego.
Co zrobiłam? Naszczekałam na tę psinę głośno i na tyle przeraźliwie, że się przestraszyła! Dumna z siebie poszłam dalej, że choć raz to ja byłam górą. Po chwili usłyszałam, że za mną szła grupka kobiet i skomentowały "Po co tym psycholom przepustki dają...". Dodam, że mój dom jest obok psychiatryka.
To był kolejny wieczór, który spędziłam, oddając się słodkiemu marnowaniu czasu przed komputerem. Mama w kuchni, robi ciasto ze śliwkami, a brat (lat 8) biega po domu z mieczem samuraja nabytym w jednym z zamków, które odwiedziliśmy w trakcie wakacji i się bawi. W coś na pewno.
Jak to nierzadko bywa, moje biurko zastawione było wszelkiej maści pozostałościami po wiktuałach, których konsumpcja umilała mi wieczorne lenistwo. I tak oto butelka po piwie, talerzyk ze złotkiem po czekoladce, woreczek z pączkami i reszta rurek z kremem były już bliskie wylądowania na podłodze, kiedy zarzuciłam blat biurka kolejnymi rzeczami. Przyszło mi nawet na myśl, żeby po prostu, po ludzku, wziąć to wszystko i odnieść do kuchni, ale w ówczesnym stanie rozleniwienia nie uśmiechała mi się wędrówka piętro w dół, a póżniej piętro w górę, zwłaszcza, że istniało spore ryzyko, że mama przypomni sobie o moim istnieniu i postanowi je wykorzystać do nader nudnych celów domowo-kuchennych.
Na ratunek przyszedł mi jednak na szczęście mój brat, który z zabawą przeniósł się na górę, gdzie, zadowolony z siebie, wymachiwał mieczem, mamrocząc coś o walce, nieprzyjaciołach i smokach. Jest między nami 13 lat różnicy, więc uznałam, że trzeba się cieszyć tym ostatkiem szacunku i posłuszeństwa, na które mogę z jego strony jeszcze liczyć.
- Misiu - zagaiłam - mogę mieć dla ciebie zadanie?
- Nie - odparł, przyczepiając coś do rękojeści miecza.
- Proszę, tylko jedno.
- Nie, bawię się.
- No nie bądź taki... Zanieś te rzeczy do kuchni.
- Nie.
Młody był nieugięty, więc postanowiłam podejść go inaczej.
- Dzielny rycerzu...- jego oczy zabłysły, kiedy zwróciłam się do niego w ten sposób. - Czy mogę liczyć na twoją pomoc?
- A o co chodzi? - odpowiedział, dumnie prezentując miecz i ustawiając się w pozycji z założenia reprezentacyjnej.
- Do zamku królowej Renaty (imię mamy) zbliżają się wojska nieprzyjaciela. Problem w tym, że w twierdzy brakuje zapasów i nie będą mogli przetrwać oblężenia. Czy wykazałbyś się tak ogromną odwagą i śmiałością i dostarczyłbyś tam te oto zapasy pożywienia (wskazałam na pączki i rurki z kremem), fiolkę eliksiru uzdrawiającego (butelka po piwie) i szczerozłote monety (złotko, które w istocie było złote, a nie srebrne).
- Już się robi! - odpowiedział, cały rozpromieniony. - Tylko popilnuj mi miecza!
I tak oto, mój dzielny brat wypakowany po zęby zaniósł moje śmieci do kuchni, a ja mogłam dalej oddawać się nicnierobieniu. Tak się teraz zastanawiam... Jestem zła, czy raczej powinnam zostać przedszkolanką?
Klasyka gatunku: siedzę w autobusie, przystanek, wchodzi babka około 60 lat, staje nade mną, rozgląda się dookoła i tak do mnie rzecze: "Taka młoda dziewczyna i nie wie, że starszym ustępuje się miejsca?". Grzecznie wyjaśniłam pani, że mimo że jeszcze tego nie widać, to jestem w ciąży, słabo mi i niedobrze i niestety nie ustąpię jej miejsca, bo stać nie dam rady.
Moje argumenty tej pani nie przekonały. Obracając się dookoła (pewnie szukając sprzymierzeńców) zaczęła lamentować: "Co to się porobiło, jeszcze nawet ciąży nie widać, a już chora. Ja czworo dzieci wychowałam i nie było narzekania, czasy były gorsze, bla, bla, bla, a teraz młode to wszystko pod nos mają, bla, bla, bla...".
Jasne, pod nos, pomyślałam. Poroniłam już jedną ciążę, z mężem długo staraliśmy się, żebym drugi raz zaszła w ciążę, a nie jestem taka młoda, bo jestem już trochę po trzydziestce, ale ta babka wie lepiej. Wkurzyłam się, ale przecież nie mogę się denerwować, więc szybko się uspokoiłam. Dojechaliśmy do przedostatniego przystanku mojej podróży, na którym wsiadła staruszka z dwiema kulami.
Wiedziałam, że mój przystanek będzie za około minutę, poza tym nie chciałam już słuchać gadania tego babska. Wstałam, wszystkowiedząca o ciążach matka czwórki dzieci pomyślała, że jej ustępuję i zaczęła pchać się na moje miejsce. "Gdzie pani się pcha?" - zapytałam. "Nie ustępuję miejsca pani, tylko tej starszej kobiecie" - po czym zwróciłam się do tej starszej babci, zapraszając ją, żeby usiadła.
Babsztyl poczerwieniał, coś jeszcze pomarudził, ale mnie to już nie obchodziło, bo po chwili dojechałam do przystanku, na którym wysiadam i wyszłam z autobusu.
Będę się streszczała i bez owijania w bawełnę postaram się Wam powiedzieć, coś co ciągnie się za mną i czego najbardziej w świecie się wstydzę.
U mnie w domu rodzice nigdy nie rozmawiali z nami o tematach damsko - męskich. Z lekcji o zapładnianiu itp. nas wypisywali.
Pięć lat temu brat mnie... dotykał. Kiedy powiedziałam to rodzicom, to ja musiałam go przeprosić za prowokowanie. Byłam mała, wierzyłam, że to moja wina.
Trzy lata temu zaczął mnie podrywać chłopak. Zbliżał się, ale w sposób który był "okej" (po tym co przeżyłam z bratem nawet nie uważałam tego za złe). Z tyłu głowy miałam upokorzenie sprzed dwóch lat, więc nawet nie brałam pod uwagę myśli by powiedzieć to rodzicom.
Dwa lata temu zakochałam się w nim.
Rok temu złamał mi serce w najbardziej bolesny sposób.
Jako zawsze zakompleksiona nastolatka obwiniałam o to swój wygląd, bo "Gdybym była ładniejsza to by mnie nie odtrącił".
Po paru miesiącach siedzenia w zamknięciu złamane serce i kompleksy postanowiłam "uleczyć" pisaniem przez internet z chłopakami.
Z jednym rozmowy toczyły się dłużej... i tak jakoś się stało, że pisaliśmy przez następne miesiące. Był starszy o 5 lat. Po pewnym czasie na jego błagania wysłałam mu swoje zdjęcie. W ubraniach, ale bez twarzy. Zachwycał się moją figurą. Nie będę się usprawiedliwiać dlaczego potem zrobiłam to co zrobiłam.
Wysłałam mu swoje nagie zdjęcie. On swoje. Wszystko kwitło. Jednego razu zaproponował żebym do niego pojechała, na wiadomo co. Przestraszyłam się. Odmówiłam. Potem nie było już tak jak wcześniej, choć ten gwarantował mi że to rozumie.
Cztery miesiące temu zerwał się kontakt. Po prostu przestał odpisywać. Ćpał, pił alkohol, palił i miał depresję, zatem nie wiem czy to dlatego bo mu odmówiłam (ale raczej nie, nie był taką świnią).
No i kończąc tą obrzydliwą historię: doszłam teraz do wniosku, że jednak kocham tamtego (nazwę go Kuba) chłopaka sprzed kilku lat, ale okłamywałam się, że nic do niego nie czuję, bo upokorzona, próbowałam zachować jakiekolwiek resztki honoru, które przez następne lata straciłam zupełnie.
Rodzice o żadnej z dwóch ostatnich wspomnianych znajomościach nie wiedzą. Uważają mnie za osobę ogromnie religijną i pobożną. Przyjaciele tak samo. Uchodzę za tą "dziewicę Orleańską".
Mam zrujnowane zdrowie psychiczne i jestem dziurą w dziurze. Rozumiem jeśli nazwiecie mnie dzi*ką. Macie do tego zupełne prawo i rację.
Jestem niezłym wariatem i uwielbiam wkręcać ludzi. Zawsze mam głowę pełną pomysłów, ale ostatnio chyba przeszedłem sam siebie. To akurat nie był mój pomysł, tylko zainspirowałem się zasłyszaną pewien czas temu historią i postanowiłem ją powtórzyć.
Któregoś dnia po południu kumpel wybierał się do przychodni, a ja poszedłem razem z nim. Oczywiście byłem odpowiednio przygotowany, aby zrobić swój kawał. Uprzejmie postawiłem kubeczek napełniony niby moczem (w rzeczywistości sokiem jabłkowym) na blacie i grzecznie spytałem, czy mogę go zostawić do badania. Pani odpowiedziała, że mogę, tylko żebym przyszedł rano i przyniósł świeży. Dokładnie o taką odpowiedź mi chodziło. Oburzony spytałem jak to rano i jak to świeży, skoro już tu jestem, wszystko ze sobą mam, chcę tylko zostawić do badania. Pani ponownie powtórzyła, że nic zrobić nie może i zaprasza jutro.
Wtedy odkręciłem pojemniczek, jednym łykiem wypiłem wszystko i wyszedłem z przychodni. Mina recepcjonistki i wszystkich ludzi dookoła bezcenna. Myślę, że ten żart będą wspominać bardzo długo.
Moja historia w sumie nie jest historią, jest moim życiem.
Banalnie to zabrzmi ale tak jest...
Mam tylko 18 lat, każdy powie, że tak naprawdę całe życie przede mną, że nie ma co przejmować się szczegółami i błahostkami.
I tak jest, ale czy powinno być tak, że ciągle zadaje sobie pytanie dlaczego nie mogę być lepsza, dlaczego nie mogę znaleźć motywacji do nauki, do przygotowania do matury. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że ciągle nie wiem co chciałabym robić. Kim być, jedyne co chodzi mi po głowie to to, że jestem nikim i już tak zostanie. Nie umiem nawet znaleźć sobie znajomych, moja klasa doszła do wniosku że nie jestem warta tego żeby ze mną normalnie rozmawiać, jedynie czasami mogą ze mnie zażartować, nic więcej....
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że osoby z najbliższego otoczenia ciągle dokładają mi swoich zmartwień, staram się jak mogę żeby każdy był zadowolony, żeby jakoś pomóc, coś doradzić. Ale jak mam to zrobić, gdy przy wszystkich udaje, że jest dobrze. Zawsze jestem tą pogodną, wesołą i pozytywną osobą, każdy tak myśli, nikt nie wie, że czasami mam dni, gdy płaczę nocami zastanawiając się czy komukolwiek by mnie brakowało. Czasami myślę, że gdyby mnie nie było, każdemu w jakimś stopniu by ulżyło, a większość by się nie przejęła. Oczywiście nie mam i prawdopodobnie nigdy nie będę mieć na tyle odwagi żeby cokolwiek z tym zrobić... Wiem też, że na pewno nie jestem jedyną osobą, która może mieć podobne problemy.
Napisałam tutaj swoją "historię", po to żeby wyrzucić to z siebie, nie mogłabym tego powiedzieć komuś w twarz, uważam że byłoby to zbyt atencyjne, a niektórzy doszliby do wniosku, że moje problemy nimi nie są i po prostu dramatyzuję...
Chciałbym podzielić się swoimi dylematami i problemami. Poznałem żonę w pracy, ale mniejsza z tym. Na samym początku było wszystko ładnie pięknie. Do momentu kiedy wzięliśmy ślub i po staraliśmy się o dziecko. Od tego momentu wszystko się zmieniło o 180 stopni.
Żona zmieniła się nie do poznania, ciągłe narzekania, marudzenie, ciągle zmęczenie etc. Czasami odczuwam, że jestem jej potrzebny do posprzątania domu, przyniesienia pieniędzy. W sumie nie mam nawet dostępu do pieniędzy, za każdym razem muszę prosić żeby jakieś pieniądze wypłaciła albo mi dała, a zarabiam dość dobrze. Ciągle się waham czy odejść, szkoda mi dziecka, bo kocham je strasznie, ale z drugiej strony marnować sobie życie? Proszę, pomóżcie.
Mam ponad 30 lat i dobrą pracę. Moja siostra od zawsze była tą, która radziła sobie gorzej. Rodzice obiecali nam nowe rowery za "czerwone paski"? Ja takowy miałam, ona nie. Obie dostałyśmy rower, bo inaczej "ona byłaby poszkodowana". No OK.
Zaraz po maturze siostra wyszła zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Rodzice żeby jej pomóc na start pozwolili jej mieszkać w domu po dziadkach, który miał odziedziczyć ojciec. Wciąż OK. Ja studiuję, póki co nie planuję zakładać rodziny, na wynajmowanym jest spoko.
Kiedy kończyłam studia, siostra zdecydowała wyprowadzić się zagranicę, pracuje tam fizycznie za najniższą krajową. Przez 2 lata dom po dziadkach stał nieogrzewany i niszczał.
Akurat złożyło się tak, że rozstałam się po 8 latach związku z facetem. Szukałam mieszkania na wynajem, więc rodzice wpadli na pomysł "po co masz płacić obcym, jak tam dom stoi pusty i niszczeje?". Stwierdziłam, że super, ja zaoszczędzę, oni też będą mieli zysk, bo domem ktoś się zaopiekuje. W sumie sytuacja typu win-win.
Tymczasem okazało się, że dom jest ruiną. Trzeba w niego zainwestować kilkadziesiąt tysięcy (jak nie więcej), żeby miało to sens. W najpilniejsze prace zainwestowałam, ale stwierdziłam też, że w międzyczasie okolicę przejęli deweloperzy, w związku z tym z cichej wioski zrobił się moloch i na wyjazd z osiedla czekam tyle, że do pracy w najbliższym dużym mieście (10 km) dojeżdżam godzinę. Rodzice też w kółko powtarzali "dom zapiszemy w spadku A (siostrze), bo to było jej obiecane". Nic dziwnego więc, że nie mam ochoty w niego inwestować więcej niż to konieczne. Stwierdziłam, że odłożę pieniądze na wkład własny i kupię coś bliżej centrum, skoro nie jestem uwzględniona w żadnym "spadku".
Dziś w rozmowie pochwaliłam się mamie, że mam już na wkład własny na 2 pokoje w miarę blisko centrum dużego miasta, gdzie pracuję. Myślałam, że się ucieszy, że tak szybko mi poszło. Spodziewałam się czegoś w stylu "Brawo, córeczko! Jesteśmy z ciebie dumni", a usłyszałam, że jestem najgorszą córką na świecie, bo:
a) chcę się wyprowadzić 10 km od nich i "kto się będzie nami zajmował na starość, skoro twoja siostra wyjechała" (dodam, że oboje są w sile wieku, więc ta "starość" to może nadejść za 20 lat)
b) "dom zniszczeje i straci na wartości" (przypominam, że jedynym spadkobiercą jest siostra).
Po tym był jeszcze wyrzut, że odwiedzam ich zbyt rzadko (co weekend, siostra może raz do roku).
Od teraz zacznę się pojawiać chyba raz w miesiącu... albo do roku. Może wtedy docenią.
Dodaj anonimowe wyznanie