#96xP6

Mam niskie poczucie wartości. I wiem, że nie jestem jedyną, bo mnóstwo ludzi ma zaniżoną samoocenę. Ale w moim przypadku dotyczy ona każdej kategorii. Każdy sukces jaki podniosę nie rekompensuje uczuć, jakie dostarczają mi porażki. Sukces umniejszam do minimum, porażkę rozciągam na maksa. I ciągle jestem za gruba, za brzydka, za niska.
Ale gdyby chodziło tylko o mój wygląd, chyba dałabym jeszcze radę. Ale niesamowicie ciężko jest spędzać 24 godziny na dobę z osobą, którą się pogardza. A ja, czasem mocniej, czasem słabiej, odczuwam do siebie odrazę. Jestem żałosna. Żałosna. Żałosna. To słowo odbija się w mojej głowie. I chyba niektórzy znający mnie ludzie też tak myślą.
Jestem dziwna. Nie pasuję do moich rówieśników. Stresuję się przy ludziach i robię z siebie idiotkę, chociaż podobno nie brakuje mi inteligencji. Dzisiaj byłam spotkać się z rodziną od strony taty. Tam wszyscy są jakimiś szychami, a ja jestem tylko córką elektryka i sprzątaczki. I zawsze czułam się gorsza i wyobcowana w tej rodzinie. Więc choć mam już 18 lat i jestem dorosła, zachowywałam się jak głupiutka blondynka. Czyli zrobiłam dokładne przeciwieństwo tego, co chciałam zrobić. Chciałam udowodnić im, że jestem interesującą, mądrą, dorosłą dziewczyną. Zamiast tego utwierdziłam ich w ich przekonaniu, że jestem żałosną sierotką, która nawet nie potrafi się poprawnie wysłowić czy zachować. Więc oto jestem teraz, z pogardą do siebie i echem słowa "żałosna" w głowie. I niestety znajduję się w takim położeniu bardzo często.

#XNMhb

Jako małe dziecko byłam molestowana przez osobę z rodziny. Wszystko to trwało od trzech do czterech lat. Ciężko jest mi to uporządkować chronologicznie w głowie. Nie wiem, czy to nie ze względu na to, że przez długi okres czasu starałam się o tym zapomnieć tak, jakby to wszystko się nigdy nie wydarzyło.

Molestowanie zakończyło się tak naprawdę dzięki mojej własnej interwencji. Gdy trochę podrosłam, odważyłam się komuś o tym powiedzieć (co wcale nie było takie proste). Przyznałam się osobie z rodziny, która musiała przekazać to dalej (nie wiem ile osób wie, na pewno moi rodzice). Już wtedy czułam się strasznie 'brudna". Osoba, której się zwierzyłam, zapewne ze względu na swój podeszły wiek, też nie wytłumaczyła mi tego w rzetelny sposób. Powiedziała, że ten kontakt fizyczny, w tym wieku i to w dodatku z "nim" jest strasznym grzechem i za takie czyny mogę się potem smażyć w piekle (tak, teraz gdy już nieco dorosłam widzę, jak niedorzeczne to brzmi).

Nikt nigdy o tym ze mną do dziś nie porozmawiał. Nawet rodzice nigdy nie poruszyli ze mną tego tematu, co mnie po prostu bardzo boli.
Wiem, że wiele kobiet jak i mężczyzn przeżyło molestowanie, a nawet o wiele gorsze rzeczy. Wiem też, że wiele z tych silnych ludzi radzi sobie po tym w mniejszy lub większy sposób. Ale ja po prostu nie potrafię.

Od gimnazjum zmagam się z ciągle nawracającymi myślami samobójczymi. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Zaczęłam się samookaleczać i udawało mi się to maskować przed wszystkimi przez ponad rok. Mama odkryła moje rany przypadkiem, w końcu nie mogłam tego ukrywać w nieskończoność. Nie potrafiłam i nie potrafię się nikomu zwierzyć, przez co gdy dopytywała w kółko, czy robię to dla "atencji", w końcu ze łzami skłamałam, że tak. Chciałam jak najszybciej uciec od tej rozmowy.

Dziś, gdy jestem w klasie maturalnej, doszło mi wiele nowych problemów, nie tylko tych szkolnych. Nie wiem, do czego dążę, a tym bardziej po co. Nienawidzę swojego odbicia w lustrze, brzydzę się tym, co w nim dostrzegam. Boję się dotyku. Mam ochotę ze sobą skończyć i choć kilka lat temu bałam się śmierci, dziś jest mi naprawdę obojętne to, czy żyję.

Na szczęście dzięki koronawirusowi nie spotkamy się na święta. Nie będę musiała znowu sztucznie uśmiechać przy świątecznym stole, dzielić się z nim opłatkiem i słuchać pochwał rodziny, jaki to on nie jest wspaniały, na jakie to studia nie chodzi i jaką to on ma wspaniałą i piękną dziewczynę. Dobre i to.

#5mS9N

Moja historia wydaje się nieprawdopodobna, ale zdarzyła się naprawdę. Postanowiłam pojechać z rodzicami nad morze. Wzięliśmy ze sobą naszego psa (taki malutki, malusieńki). Radośnie, wszyscy razem spacerujemy po plaży. Nagle podlatuje ogromne ptaszysko i KRADNIE MI PSA. Tak. Ptak ukradł mi psa.

Podleciał i złapał go w swój dziób za szelki i j****y odleciał. Biegłam za nim i w ogóle, ale bez rezultatu. Niestety nie odnaleźliśmy go. Byłam w takim szoku, że prawie zemdlałam. No cóż, najbardziej się zastanawiam co się z Januszkiem stało. I co skłoniło tego ptaka do tak nikczemnego czynu.

#8cca9

Kiedyś, gdy nocowałam u mojego chłopaka, śnił mi się nocnik, ale to nie taki zwykły... Kojarzycie te nocniki, w które jak dziecko sika, to idzie z niego melodyjka? No to z mojego grał Slayer. Pięknie i długo grał...

Niestety obudziłam się za późno. Resztę nocy spędziłam na czyszczeniu łóżka, wywietrzaniu pokoju itd. Pierwszy raz doceniłam to, że moja przyszła teściowa jest zagorzałą katoliczką i nie pozwala nam spać w jednym łóżku ani pokoju :)

#3Rte9

Zeszłoroczna zima, ja lat naście, mój pierwszy raz na łyżwach. Wchodzę na lodowisko. Każda z nóg biegnie w innym kierunku, w dodatku reszta ciała wygina się na wszystkie strony w poszukiwaniu równowagi. W końcu OK. Stanie na lodzie opanowane. Czas na jazdę. Trzymam się barierki. Nie jest źle. A nawet idzie mi coraz lepiej. Wyjeżdżam na środek lodowiska, niech patrzą. Jadę z uśmiechem, że w ogóle jadę, aż tu nagle pojawia się przeszkoda. Jakiś mężczyzna kuca i poprawia łyżwy swojemu dziecku. Jeszcze nie opanowałam sztuki skręcania, trzeba działać inaczej. A nie... hamować też nie potrafię...
Co było robić? Spanikowana wskoczyłam temu facetowi "na barana".

Dobrze, że mamy zdalne nauczanie, bo ten pan uczy w moim liceum i jak się okazało, doskonale mnie pamięta.

#uC25h

Kiedy miałem osiem lat i jako dość utalentowany, ambitny dzieciak umiałem już z dużym powodzeniem składać proste zdania z literek, postanowiłem wykorzystać moją wiedzę w szczytnym celu. Jako że zbliżały się urodziny mojego taty, zapragnąłem kupić mu prezent. Mój trzynastoletni sąsiad Szymek powiedział, że jego mama posiada konto na jednym z serwisów aukcyjnych i że jak znajdę konkretny produkt, to w moim imieniu dokona zakupu, a ja oddam mu pieniądze, które przez ostatnie miesiące ciułałem w skarbonce. Korzystając z nieobecności rodzicieli, „włamałem” się na ojcowego laptopa i wpisałem w wyszukiwarkę aukcji hasło „zabawka dla dorosłych”, uważając, że skoro ja - mały gówniak - uwielbiam zabawki, to na bank istnieje wersja tych gadżetów dla osób starszych. No i znalazłem „usta do masażu”. Był to silikonowy odlew połowy kobiecej twarzy z rozdziawiona buzią. Wyglądało to dość ładnie, więc pokazałem sąsiadowi co chcę kupić, a ten zajął się resztą.

Potem na jaw wyszło, że w skarbonce miałem 8 zł, a ten (jak się okazało) ordynarny wibrator kosztował prawie 300 zł. Na domiar złego mój „prezent” przyszedł na adres sąsiadów i mama Szymka zrobiła jego ojcu gigantyczną awanturę. Niesłusznie skarcony ojciec, dowiedziawszy się o szczegółach tej operacji, zrobił awanturę mojej mamie, a ta z kolei zrugała mojego tatę (cholera wie czemu). Ten wziął na siebie koszty „zabawki”, a następnie przyszedł do mnie do pokoju, przytulił mnie i powiedział, że bardzo dziękuje za wysiłek, który włożyłem w ten zakup, ale wolałby, abym konsultował z nim takie inicjatywy.
No i założył blokadę rodzicielską na wszystkich komputerach.

#6C0JR

Chodziłam do technikum ekonomicznego. Naszym wychowawcą był młody nauczyciel języka angielskiego. Młody, przystojny, kawaler, czegóż chcieć więcej. Nie zadziwi was pewnie fakt, że każdej się podobał. A że było nas 20 bab, to głupie teksty leciały z każdej możliwej strony. Ale ja byłam wyjątkiem. Nie znosiłam pana X, on mnie zresztą też. Zawsze na wszystkich sprawdzianach, kartkówkach czy przy odpowiedzi musiał się do czego uczepić do mnie, bo tu nie taka litera, to już ocena niżej. Chciałam zmienić szkołę, lecz moja mama bardzo mnie wspierała wtedy. Starałam się, więc w efekcie oceny miałam dobre, zwłaszcza z języka angielskiego - jego przedmiotu.

W dniu zakończenia technikum, już po rozdaniu świadectw na odchodne powiedziałam mu, że wreszcie się cieszę, że dzisiaj ostatni raz oglądam go na oczy. On odpowiedział mi jedno zdanie, które pamiętam do dziś: "Y zobaczysz, że się się jeszcze spotkamy". Ja tylko odwróciłam się i sobie poszłam w swoją stronę.

Skończyłam filologię angielską i złożyłam CV do mojego byłego technikum. I był tam też on. Poznał mnie od razu. Zebrałam się na odwagę i zapytałam go, dlaczego mnie tak nienawidził przez te wszystkie lata. Rozmawialiśmy bardzo długo, wyjaśniając sobie wszystko. Wyznał mi, dlaczego mnie traktował w ten sposób. Nie, nie byłam zła, tylko raczej zdziwiona.

Teraz jesteśmy małżeństwem. I wiecie co? Mam wspaniałego męża. Gdybym wtedy zrezygnowała z tej szkoły, to wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej. Tak więc morał z tego krótki, że nigdy nie wiesz jak cię życie zaskoczy.

#Pm9Y4

Każdy student wie jak to jest z osobami pracującymi w dziekanacie. Tytuł magistra broniłam kilka lat temu we wrześniu. Na początku września zmieniłam nazwisko z powodu wyjścia za mąż. Udałam się do dziekanatu, by prosić o zmianę nazwiska w Usosie, by na dyplomie widniało już nowe nazwisko. 

Tydzień przed obroną zauważyłam, że moje nazwisko zostało przekręcone. Więc dzwonię wyjaśniać tę sprawę - nazwisko poprawione. Po miesiącu po obronie dyplom był gotowy do odebrania. Udałam się szczęśliwa do dziekanatu po odbiór. Kobieta szuka, szuka, w końcu znalazła:
- Proszę, to pani dyplom.
- To nie jest mój dyplom.
- Jak nie jak tak, dane się zgadzają! 
- A czy ja wyglądam tak jak na zdjęciu? 
- No nie...

Okazało się, że na mój dyplom zostało przyklejone zdjęcie innej dziewczyny.
Po miesiącu idę kolejny raz. Nazwisko - zgadza się. Zdjęcie też. Ale znów nie odebrałam... Dlaczego? Bo zamiast roku obrony 2015 wpisane było 2012. Zdenerwowana wychodzę z dziekanatu, no bo ile można?! Gdy ochłonęłam, zadzwoniłam kolejnego dnia do kierownika dziekanatu ze skargą. Kierowniczka mnie wysłuchała i przeprosiła, obiecała, że zaraz coś będzie w tej sprawie robiła i będzie ze mną w kontakcie telefonicznym. Pół godziny później zadzwonił chłopak, który jest pracownikiem dziekanatu i jest odpowiedzialny za dyplomy. Doszło do tego, iż sam osobiście do domu przywiózł dla mnie dyplom oraz papiery do podpisania :)

Czuję się jak Chuck Norris - jestem tak zajebista, że to dziekanat przyjeżdża do mnie :).

#sx3pP

W egzystencji płodowej walczyłam o możliwość wyjścia na świat, gdyż moje życie było zagrożone, wręcz wisiało na włosku. Udało mi się zapobiec najgorszemu tylko ze względu na moją wrodzoną zaradność i pomysłowość w kwestii rozwiązywania problemów.

Otóż byłam poważnie okręcona pępowiną, która perfidnie zaciskała mi się na szyi. Lekarz prowadzący był na tamtym etapie rozwoju medycyny bezradny, nawet nie próbował martwić mojej mamy, więc ta chodziła sobie spokojnie całą ciążę, nie będąc niczego świadomą. Przy porodzie lekarz był bardzo zaskoczony, gdy zobaczył mnie, wychodzącą na świat z rączką do góry. Stwierdził, że poradzę sobie w życiu, bo nie każdy płód wpadłby na to, by włożyć sobie rękę pod pępowinę okręcającą się na szyi i asekurować się przed niedotlenieniem i, co za tym idzie, kalectwem. Brawo ja!

PS Dalej trzymam prawą rękę tuż przy szyi, kiedy zasypiam.
Dodaj anonimowe wyznanie