#c3SP2

Mieszkam w starym domku bliźniaku. Mam balkon, na ostatnim piętrze, który oddzielony jest od balkonu sąsiada niewysokim murkiem. Jakiś czas temu mój ojciec postanowił samodzielnie dokonać licznych napraw i renowacji, niektórych niestety nie dokończył ze względu na chorobę zwaną "słomiany zapał". Właśnie to spotkało moje drzwi balkonowe: mam klamkę tylko od środka, ale nie jest zamocowana na stałe, można ją wyjąć i będąc na balkonie użyć jej z drugiej strony. Tak wygląda tło sytuacji. 

Rzecz odbyła się latem, w środku nocy, około godziny 3. Zachciało mi się palić, zarzuciłam więc na piżamę szlafrok, wzięłam papierosa i parasol - bo akurat padało. Wszystko szło zgrabnie do chwili, gdy chciałam zamknąć za sobą drzwi trzymaną w dłoni klamką. Coś się zacięło, więc balansując z kiepem w zębach, parasolem i klamką w rękach, w rozwiewanym wiatrem i smaganym deszczem szlafroku, rzuciłam się całym ciałem na drzwi, dopchnęłam je, zamknęłam. I w tym momencie klamka wyślizgnęła mi się z dłoni i poszybowała na koniec balkonu. Rzuciłam się ślizgiem w jej stronę, ona zawisła na krawędzi, chwilę łapała równowagę, spojrzała na mnie szyderczo i runęła w dół w chwili, gdy już niemal jej dotykałam. 

Zostałam sama, zamknięta na balkonie. Miałam dwie opcje: 1. czekać do rana, aż ktoś może przypadkiem zauważy brak mojej osoby (co raczej niekoniecznie mogłoby się wydarzyć, bo rodzice wychodzą zwykle z domu zanim ja wstaję) 2. rzucić się z balkonu w dół za klamką (już widzę swój napis na nagrobku). Został jeszcze sąsiad.... 

Zatem wyobraźcie sobie, że budzi was w środku nocy pukanie w drzwi balkonowe. Wstajecie, otwieracie, a tam stoi biedne przemoknięte dziewczę, w roztrzepanych włosach, w szlafroku, z parasolem w ręku i mówi: "Przepraszam, zgubiłam klamkę, możesz mnie wpuścić?".

#gUfOD

Przez epidemię koronawirusa wpadłam w tarapaty finansowe - zredukowali mi etat do 1/2, a za coś musiałam utrzymywać siebie i dziecko. Jako kobieta obrotna, pomysłowa, zaradna znalazłam na to rozwiązanie - zostałam tirówką.

Od początku lata regularnie wystaję pod podmiejską wylotówką. Wbrew pozorom pracuje mi się lepiej niż w korpo - poznałam mnóstwo ciekawych ludzi, a także super przyjaciółkę - również kurtyzanę. Mimo że kokosów z tego nie ma, bo stoję głównie wieczorami, to spokojnie starcza mi na życie. Czuję, że odnalazłam wreszcie ten mityczny sens życia.

#tlaSM

Pewnej nocy we Włoszech, gdy cała okolica spowita była całunem ciemności, na rowerze jechał sobie Murzyn. Nie wiem, czy następującą sytuację zwalić na ciemność, słaby wzrok czy może rasistowskie poglądy trzylatki, ale krzyknęłam: "Patrz mamo! Rower sam jedzie!".

#PQ8XW

Jestem 19-letnim chłopakiem. I od wielu, wielu lat choruję na SED.

Czym jest SED? Cóż, najprościej będzie napisać, że osoba chora zwyczajnie brzydzi się jedzeniem, do którego nie jest przyzwyczajona. I nie, niestety nie jest to nic wymyślonego, nie jest to jej własne "widzimisię", a niestety przymus, gdzie człowiek paradoksalnie staje się więźniem swojego własnego umysłu.

Dla lepszego zobrazowania tego problemu dam wam przykład: nigdy nie jadłem spaghetti. Miałem okazję wiele razy, ale za każdym razem gdy widzę tego typu jedzenie od razu czuję jakiś lęk, niepokój. Niestety, jedzenie mnie brzydzi, a gdy patrzę jak ktoś je to spaghetti, to po prostu chce mi się wymiotować. A najgorsze jest to, że to nie tylko z tym biednym spaghetti tak mam. Nigdy w życiu nie jadłem pierogów, nigdy w życiu nie jadłem kebaba czy nawet dań na Wigilii. Mam spis swoich "lubianych" potraw do jedzenia, jak np. kanapki z szynką (ale tylko z nią) czy np. rosół, ale nie jest ich wiele.

Ciekawym zjawiskiem jest też to, że nie odczuwam głodu. Jem tylko dlatego, że jestem przyzwyczajony do tego, że rano jem śniadanie, w południe obiad itd. Z tego co czytałem to jest to częste zjawisko wśród osób chorujących na tę przypadłość.

Zawsze stresującą sytuacją było dla mnie to, gdy znajomi zamawiali jakieś jedzenie, albo wiecie, wycieczki szkolne i wizyty w jakichś restauracjach/fast foodach. Zawsze w takich sytuacjach mówiłem, że nie jestem głodny, wymykałem się na zewnątrz albo prosiłem o jedzenie na wynos.

Pewnie ciekawi Was czy zawsze taki byłem? Czy zawsze miałem taki problem? Cóż, nie. Jak byłem młodszy, to nie miałem takiego problemu. Według rodziców jadłem wszystko (np. ser) i mi smakowało. Więc co się stało? Cóż, urodziłem się z rozszczepem obustronnym wargi i podniebienia. Miałem kilka operacji jak byłem młodszy, z czego jedna poszła dość źle. I to właśnie po niej wróciłem odmieniony...

Pewnie zastanawiacie się po co to piszę. Otóż chciałem tylko zwiększyć popularność tego problemu. Słyszałem o wielu akcjach walczących z anoreksją czy bulimią. Dlaczego zatem nie możemy porozmawiać o SED? O osobach chorujących na tę przypadłość? Szczególnie, że nas traktuje się jak małolatów-niejadków. Jest to bardzo bolesne, ponieważ chcemy być normalni, ale jesteśmy więźniami własnego umysłu. Sam byłem ofiarą takiej przemocy werbalnej, czy to na spotkaniu rodzinnym, czy to chociażby podczas Wigilii klasowej. Mam nadzieję, że za kilka lat osoby z takimi problemami jak mój nie będą wyśmiewane, nie będą uznawane za szaleńców i dziwaków.

Kto wie, może sami macie jakiegoś znajomego, który cierpi na ten problem. Może ktoś taki bardzo potrzebuje pomocy? Niestety nie mam pojęcia ile osób mogłoby mieć taki problem w skali całej Polski, ale myślę, że każdy zasługuje na pomoc.

Dzięki. :)

#2apa2

Mój tata nigdy nie pozwala dotykać mi swojego portfela. Zawsze mnie to dziwiło, ponieważ nigdy mu nic nie ukradłam. 

Niedawno zostawił spodnie w łazience, z nich wystawał portfel i jakieś kartki. Kiedy spojrzałam na te kartki, okazało się, że są to moje dwa listy do Świętego Mikołaja, które napisałam, jak miałam z 5-6 lat. Mama powiedziała mi, że jak on jest w pracy i ma zły dzień, to czyta te listy...

Nie chcę mu mówić, że wiem o tym, bo mogę mu sprawić przykrość. Ciekawe, czy kiedyś sam mi powie :)

#cr0rE

Pewnego dnia z koleżanką postanowiłyśmy, że zapiszemy się na wolontariat do schroniska dla zwierząt. Moja mama nigdy nie chciała się zgodzić na psa, więc postanowiłam, że chociaż w ten sposób uzupełnię u siebie brak czworonożnego przyjaciela. Wszystko fajnie, spacerki i te sprawy. Po dwóch miesiącach w schronisku pojawiły się cztery owczarki. Zostały one odebrane właścicielowi ze względu na nieodpowiednie warunki, w których je trzymał.

Niestety nie mogliśmy ich wyprowadzać, były szczególnie chronione, bo ich właściciela czekała jeszcze rozprawa. Pewnego dnia jednak jakiś pracownik schroniska powiedział, że jedna z suczek ma cieczkę, więc została przeniesiona do innej klatki. Poprosił, abym ją wyprowadziła. Poszłam po smycz, a piesek od razu ucieszył się na mój widok. Od tamtego czasu Sunia nie dała się już nikomu innemu wyprowadzić. "Zakochałyśmy" się w sobie po uszy. Wychodziłyśmy ze schroniska i wracałyśmy po pięciu godzinach.

Nieważne, jaka była pogoda, czy temperatura. Śnieg, deszcz, słońce... Brałam ją z tego schroniska, miejsca które ją tak bardzo przerażało, zapominałyśmy o wszystkim, a kiedy był czas na powrót, Sunia zapierała się łapkami, widząc bramę. Nie chciała wracać. 

Powiedziałam dość... Zapoznałam rodziców z Sunią, wyprosiłam ich i się zgodzili. Mogłam ją wziąć! Mimo, że sprawa sądowa jeszcze się nie wyjaśniła, pracownicy schroniska pozwolili mi na to, widząc naszą relację. 

Trzeciego lipca minęły trzy lata, jak Sunia ma swój wymarzony dom. Przepiękne, kolorowe trzy lata. Niestety kilka dni temu się dowiedziałam, że mój ukochany, najcudowniejszy piesek ma chłoniaka - nieuleczalnego raka. Ale będę robiła wszystko by jej pomóc, nie oddam jej chorobie bez walki. Bardzo ją kocham, myśl, że może jej już ze mną nie być, rozrywa mi serce. Trzymajcie za nas kciuki.

#Ur7M8

Wczoraj byłam u jubilera. Chciałam skorzystać z okazji, bo jestem jak sroka, uwielbiam świecidełka, a że sklep się właśnie otwierał i miał wiele promocji, to kilka okazji na dobre zakupy było.

W środku sporo ludzi, każdy w ciszy podziwia precjoza, ludzie szepczą jakby w świątyni byli. I wtedy na scenę wkraczam ja, człowiek przypał.
Zaaferowana naszyjnikami postanowiłam je szybko lepiej zobaczyć, dokładniej... Tak się do nich przybliżyłam, że z impetem przywaliłam twarzą centralnie w witrynkę, której wcześniej nie dostrzegłam. Na szczęście nic sobie nie zrobiłam ani nic nie potłukłam, ale huknęło na cały sklep, ludzie momentalnie na mnie spojrzeli, a widząc moją zdziwioną zdarzeniem minę połowa z nich wybuchła gromkim śmiechem.
Poczerwieniałam jak burak, chwilę się jeszcze pokręciłam i uciekłam stamtąd jak najdalej.

Niby nic strasznego, dostarczyłam kilku osobom trochę radości, ale jednak przez jakiś czas tam się nie pokażę ;)

#77MJz

W pierwszą i jedyną ciążę, zaszłam mając 30 lat. Poród z komplikacjami, słowa ginekologa, że następnych dzieci już nie urodzę. 

Parę lat później, wracając z pracy natknęłam się w sklepie na małego chłopca. Uważnie mi się przyglądał. Zapytałam, czy rodzice wiedzą, gdzie jest. Odpowiedział prostym zdaniem: "Mama śpi". Spotykałam go potem w tym sklepie co jakiś czas i rozmowa wyglądała zawsze tak samo. Zupełnie, jakby ktoś kazał mu mówić jedno i to samo. Dowiedziałam się, że chłopiec ma 7 lat, na imię ma Sebastian, ojca nie ma, a mama cały czas śpi. Strasznie mnie ciekawiło, co kryło się pod słowem "spać". 

Pewnego dnia zaproponowałam Sebastianowi, że odprowadzę go do domu. Kiedy przeszłam próg mieszkania, do moich nozdrzy wdarł się odór wódki i tytoniu. Mama rzeczywiście spała, zalana w trupa. Powiedziałam wtedy chłopakowi, że nie będziemy przeszkadzać mamie. Wzięłam go do siebie na obiad, uprzednio informując męża o całej sytuacji. Takie prawie rodzinne obiady, odbywały się przez trzy miesiące. Sebę zawsze odbierałam ze sklepu i wiozłam do mnie. 

Pewnego razu, Seba nie zjawił się w spożywczym, więc czym prędzej zapytałam sprzedawczynię, gdzie podział się chłopiec. Ze smutkiem na ustach powiedziała: "To pani nic nie wie? Zabrali do Izby Dziecka. Policja znalazła jego matkę nieżywą w mieszkaniu.. Szkoda chłopaka...". W pierwszym momencie pomyślałam że może to dobrze, bo chłopiec nie będzie musiał patrzeć na matkę, dla której liczył się tylko alkohol. Następnie wdarło się niedowierzanie! Jak to? Mojego Sebastiana zamknęli w Izbie Dziecka? Udaliśmy się tam z mężem i powiedzieliśmy małemu, że znajdziemy dla niego rodzinę. 

Ta historia wydarzyła się prawie dziesięć lat temu. Dzisiaj Sebastian nie jest już zlęknionym maluchem, którego prześladuje widok matki z wódką w ręku. Jest przykładnym uczniem i synem. Moim synem. Moim drugim dzieckiem, które kocham jak swoje.

#qyoWO

Wiem, że temat wyczerpany i wszystko już wkurwia, ale będzie o koronawirusie.

Generalnie jestem młodą osobą, niby w grupie ryzyka, ale od początku twierdziłam, że nawet lepiej, jak się zarażę - przejdę chorobę, uodpornię się i będzie spokój, jak po każdej chorobie.
Oczywiście świat oszalał. Wszyscy wiedzą, jak to wygląda. Ale dzisiaj uświadomiłam sobie ludzki debilizm tak dosadnie, że rzygać mi się chce.

Dwa dni temu pradziadek mojej przyrodniej siostry poczuł się cholernie źle. Dziadek miał już lat 80. Jego żona wezwała lekarza rodzinnego, który stwierdził, że nie przyjedzie, ponieważ "koronawirus" (nikt w tamtym domu nie miał nawet objawów).
Dziadek dostał zawału.
Wczorajszy dzień spędził w szpitalu.
Dzisiaj rano jego córka zadzwoniła do mojej mamy z płaczem, w rozsypce przekazując złe wieści. Dziadek zmarł. Zawał był zbyt rozległy.

Nie znałam go dobrze. Widziałam tylko raz, za to moja siostra, jej ojciec, babcia, prababcia i mnóstwo innych osób z rodziny byli z nim związani.

Może nie pożyłby już długo. Był stary. Ale nie musiał umierać dzisiaj. Gdyby tylko ten złamas-lekarz przyjechał i dał mu leki przeciwzakrzepowe... Mógł jeszcze żyć.

Więc oto mój apel do lekarzy, jeżeli tu są, lub jeżeli ich znacie, to przekażcie im:
Jebnijcie się w te puste łby, zaślepieni debile. Koronawirus to wirus jak każdy inny. Lekarze powinni to wiedzieć najlepiej ze wszystkich i panować nad strachem. W dupach Wam się przewraca od dobrobytu. Po cholerę idziecie na studia, jeżeli nie leczycie ludzi? Jeżeli przeraża Was wirus, który zmutował, tak jak grypa? Jeżeli powołujecie się na klauzulę sumienia i swoje "bezpieczeństwo"? Dla dobra wszystkich wypierdalajcie na misje i tam spróbujcie odmówić leczenia.

Ten ww. lekarz ma na sumieniu człowieka. Bo nie chciało mu się zajrzeć DO ZDROWEGO starszego człowieka bez objawów tego "strasznego" wirusa. Mam nadzieję, że już do niego dotarła ta wiadomość, ponieważ miejscowość, w której żyje jest mała.
Mam nadzieję, że dzisiaj w nocy sumienie nie da mu spać. Bo doprowadził do śmierci osobę, która mogła żyć.
Dodaj anonimowe wyznanie